Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS

playlista

czwartek, 12 lipca 2012

(bo kobieta, zanim się wypowie, musi się podeprzeć jakimś autorytetem)

Milion lat temu czytałam w gazecie wywiad z Zuzą Ziomecką. Ówczesna naczelna Activista powiedziała tam, że uwielbia jeździć taksówkami i gdyby miała sobie kupić samochód, to chciałaby, by był on taksówką.

Ja też uwielbiam jeździć taksówkami. Może to jakaś skaza przekazana genetycznie przez babcię J., która nawet w czasach swej rześkiej młodości, które były zarazem czasami komuny, w których o taksówkę nie było łatwo, zawsze się nimi rozbijała - a to dosiadając się do kogoś, a to jakimś sposobem przepychając na czoło kolejki. Gdy spacerowałam z nią po Poznaniu jako dziecko, zawsze prędzej czy później zaczynałam narzekać na bolące nogi, szłyśmy na postój, gdzie babcia demonstrowała pełną godności postawę staruszki - inwalidki, a ja obolałej sierotki, co skutkowało szybkim złapaniem wozu. Poza tym moja mama nie miała przez większość życia samochodu, a że zdarza się jej zaspać do pracy, to taksówki, zwłaszcza odkąd są na telefon, stanowią element codzienności.

Od kiedy prowadzę gospodarstwo domowe, w którym jest szara fiesta, taksówkami jeżdżę dużo rzadziej, najczęściej zdarza się to w Poznaniu, a w Krakowie maksymalnie raz w miesiącu i to raczej w nerwowych okolicznościach. 

We wrześniu mieszkałam przez tydzień w innej dzielnicy Krakowa, w mieszkaniu dwóch postaci literackich, które kiedyś zaprosiły mnie i dziennikarza muzycznego na szczaw. Gdy tam mieszkałam, wsiadałam do pociągu na stacji Łobzów i pewnego dnia zaczytana w Good night, Dżerzi ucieszyłam się mimochodem, że przyjechał taki ładny szynobus, zamiast tego rzęcha co zwykle i równym mimochodem do niego wsiadłam. Po pięciu minutach zorientowałam się, że szynobus jest przyjemną twarzą PKP przeznaczoną dla jadących na Balice Airport. Gott sei dank, że nie sprawdzali biletów, bo bilet strefowy nie wiedzieć czemu na tej trasie nie obowiązuje. Gdy już wysiadałam koło erportu, sprawa dostania się do pracy stała się nagląca. Postanowiłam, że udam się tam piechotą, bo według moich obliczeń to powinno być około kilometra. Po 10 minutach marszu w szpilkach wzdłuż pobocza uznałam, że pomysł jest szalony i trzeba jednak pojechać do pracy taryfą. Ale skąd ją wziąć? Zamówić na adres droga/korek/okolice lotniska? Bez sensu. Więc wróciłam jak niepyszna te paręset metrów, które uprzednio przeszłam, dotarłam do samego portu lotniczego i tam wsiadałam do taksówki. 70 złotych, 2/3 dniówki.

Wracając do współczesności - w ubiegły wtorek bardzo mi zależało na punktualnym przyjściu do pracy, ponieważ przede wszystkim zależało mi na punktualnym z niej wyjściu, gdyż jechaliśmy do Poznania na Faith No More, a po drodze miało nas spotkać dużo przygód, z burzą gradową na czele. Otaczając troską myśl, że wyjdę z pracy o 16.00, zaklęłam soczyście muskając palcami odjeżdżający tramwaj numer 50. Z kolejnego wysiadłam równo z odjazdem pociągu, więc zamówiłam przewóz osób marki Ikar. Pan taksówkarz był dość gadatliwy i opowiadał mi o życiu. Że ma 27 lat i żonę, która pracuje w domu starców. Dwoje dzieci ma. A wakacji nie ma. Ponieważ wakacje to aktualnie temat palący, a nawet punkt zapalny, to kontynuowałam temat i dowiedziałam się, że pan nie był na wakacjach od czterech lat. Bo buduje dom. W związku z tym pracuje przez 10 dni z rzędu, 5 na taksówce, potem 2 w tartaku i potem znowu 3 na taksówce, po czym następuje dzień wolny, bo przecież ktoś kiedyś musi ten dom wykończyć. Pan się zawziął, i póki chata nie będzie wymuskana na wakacje nie pojedzie. Pytałam go trochę o ten dom, wielkiego z żoną nie chcieli, bo kto by to ogrzał i sprzątał, ludzie u niego w miejscowości sobie wielkie chaty stawiają, po trzysta metrów, na co to komu. Oni wybrali mały domek z katalogu, metrów 200. Przyjęłam to wszystko z godnością i już ciesząc się na Schadenfreude zapytałam taksówkarza, ile ma kredytu. A on mi na to, że mieli z żoną mieszkanie po dziadkach, to sprzedali za 100 tysięcy, no ale na całość nie wystarczyło, więc niestety musieli ten kredyt wziąć. 20 tysięcy, bo pan więcej nie chciał. I dostałam rachunek - 31 złotych, 1/6dniówki.

W Poznaniu, po koncercie FNM poszliśmy jeszcze na spacer, odetchnąć i poprzeżywać. Ja już dygotałam z zimna, ale dziennikarz muzyczny odparowywał emocje maszerując półnagi (w sensie bez koszulki) wzdłuż Jeziora Maltańskiego. Pokazałam mu jeszcze Śródkę, Most Jordana z Recyclingu oraz Katedrę, Ostrów Tumski i pomnik brzydkiego prawdziwego papieża (to znaczy zawsze wydawało mi się, że jest brzydki, ale po nich widziałam tysiące brzydszych) i tam zamówiliśmy taksówkę. Po piętnastu minutach przyjechała kobieta jak z Almodowara, tyle, że blondynka. Wsiedliśmy w wyśmienitych nastrojach, ale na wstępie zostaliśmy zbesztani, że zamawiamy taksówkę w złe miejsce. Pani miała obawy, że ktoś ją wykiwa, no bo kto w środku nocy stoi pod Katedrą. No i co to ma być w ogóle, że wołamy taksówkę i centrala ją ściąga aż z centrum. Przy Placu Bernardyńskim pani udobruchała się na tyle, że zapytała nas, czy i na jakim byliśmy koncercie. Nazwa zespołu jej nic nie mówiła, także nasze popisy wokalne (śpiewaliśmy Easy) nie przybliżyły jej twórczości artystów. Zamiast rozwodzić się nad sztuką, pani przeszła do konkretów. Zapytała, po ile były bilety. Dziennikarz muzyczny podał kwotę i w ramach anegdotki dodał, że przyjechaliśmy z Krakowa.

- 180 złotych?! Ja bym sobie buty porządne za to kupiła. No nie, no nie - gderała wiercąc się w fotelu - Ja bym za taki koncert nawet 50 złotych nie zapłaciła! Pewnie było dużo ludzi?

Przytaknęliśmy.

- To pewnie nic nie było widać - powiedziała ucieszona.

- Nie no, było. Staliśmy pod sceną. Zresztą były telebimy.

- To ja bym obejrzała w telewizji.

- W telewizji nie było.

Mieliśmy odpowiedź na każde jej pytanie, a to wyraźnie jej nie odpowiadało.

- Młodzi to teraz mają łatwe życie! Wy to pewnie dzieci nie macie? - powiedziała ze znawstwem i przyganą - Jakbyście mieli, to byście tak lekko pieniędzy nie wydawali. 

- Nie mamy. Ale póki nie mamy, to przecież możemy sobie pozwolić...

- Kryzys jest! Trzeba oszczędzać! - huknęła taksówkarka wjeżdżając w Rolną, a na miejscu wystawiła nam rachunek. 18,50.

Czy muszę dodawać, że obraziła się gdy daliśmy jej 50 złotych? Bo z czego ona ma wydać! Ludzie naprawdę nie myślą.

Następnego dnia zasiedzieliśmy się trochę z koleżankami w Piece of Cake i na umówione spotkanie z babcią J. musieliśmy pojechać taksówką. Ewa odprowadziła nas na Plac Kolegiacki, a w końcu wzięliśmy taryfę z postoju na Szkolnej. Ten pan taksówkarz był milczący i werbalnie nie udzielił nam żadnej lekcji, ale za kurs na Wierzbięcice skasował 18,50. Zdziwiłam się, ale nie dałam tego po sobie poznać, ani też nie wzięłam paragonu. Oszukani i zdezorientowani wysiedliśmy z taryfy i obiecaliśmy sobie, że nie będziemy więcej zapominać o historii z kuflami, o której w następnym odcinku.

wtorek, 01 marca 2011

Gdy ulubiony dziennikarz muzyczny przyjechał do mojego domu po raz drugi, wręczyłam mu z dumą pudełko po butach Ryłko, a w tym pudełku była kolekcja kaset - nie wszystkich, jakie przez lata zgromadziłam, bowiem część z nich w poczuciu obciachu wyrzuciłam. Tak stało się na przykład z pierwszą zakupioną przeze mnie kasetą Jasona Donovana, zawierającą wielki, rozdzierający me bardzo młode serce hit. Niejedyny zresztą na tej kasecie.

Dziennikarz muzyczny obejrzał kolekcję już bez Jasona Donovana z uznaniem, tym większym, że chyba on sam nigdy kaset nie zbierał - dzisiaj uświadomiłam sobie, że on chyba zaczął przygodę z muzyką od formatu mp3. Przed wyjazdem do Poznania poprosił mnie, żebym przywiozła do KRK kasetę Faith No More.

Kasetę ową dostałam na Boże Narodzenie w prezencie od pewnego dżentelmena, z którym wiąże się dość okrutna historia.

Tak się bowiem złożyło, że na początku liceum trafiłam w środowisko ludzi znacznie ode mnie starszych, raczej studentów. Było to dla mnie demoralizujące, nie tylko dlatego, że studenci prezentują inny stosunek do używek, aniżeli winny mieć szesnastoletnie podlotki, ale także z tego powodu, że na dwa lata stałam się tam atrakcją towarzyską. Ot, taka sobie mała dziewczynka z semicką urodą, trochę pyskata, trochę urocza, śmiertelnie poważna jeżeli chodzi o politykę. Chodziłam z nimi do knajp, na imprezy, kluby dyskusyjne, wykłady po, a nierzadko zamiast lekcji. Bardzo to było rozwijające intelektualnie, ale powiedzmy sobie - nie musiałam ani trochę się starać o pozycję w grupie, całą atencję dostawałam za sam fakt istnienia.

Jednym z chłopaków, z który się do mnie bardzo przyczepił był wtedy ofiarodawca wspomnianej kasety FNM. Może i słuchał fajnej muzyki i był na ciekawych studiach (większość pozostałych studiowała wtedy w tym środowisku ekonomię), ale był strasznie nudny, wyjątkowo upierdliwy z tym chodzeniem za mną, wyciąganiem do knajp, zwierzaniem się z nieszczęśliwej miłości do pewnej młodej dziennikarki i próbami obdarowywania mnie książkami, a nawet biżuterią. Gdybyż on jeszcze był przystojny, to wyłączyłabym fonię, włączyła wizję i moglibyśmy się tak kolegować jeszcze jakiś czas, ale przystojny, to on nie był. Mówiąc zwięźle - jego twarz nosiła wszelkie znamiona zarówno walki w otwartym polu, jak i partyzantki, a nawet i nalotów dywanowych trądziku. Nie przypadkiem większość moich znajomych mówiła na niego (tak wiem, że to okrutne) Ropień. Nie pomagały mu nawet błękitne koszule i żółte krawaty, estetycznie - miazga.

Ale ponieważ byłam generalnie miłą osobą i nie umiałam spławiać starszych o sześć lat adoratorów, to dawałam się zapraszać od czasu do czasu na te kawki, wybieranie perfum dla niespełnionej miłości, przyjęłam prezent w postaci kasety a nawet  zaproszenie na sylwestra.

Sylwester ten odbył się w redakcji pewnej gazety, było studencko, młodzieżowo i bawiłabym się dobrze, gdyby nie to, że młody ów człowiek uklęknął w pewnym momencie przede mną i zaczął rozpaczać nad swoim życiem uczuciowym. Słuchałam go z narastającym przerażeniem w obawie, że nastąpią jakieś wyznania, ale na szczęście cały ten akt zakończył się tym, że mój rozmówca wtulił się z łkaniem w moje uda. Albo trochę wyżej.

Nie umiałam mu powiedzieć wprost, żeby się ode mnie odczepił, więc unikałam go przez jakiś czas jak się tylko dało, a dało się, bo zaraz potem była sesja, zjawisko mi wówczas nieznane. Ale po jakimś czasie zaczął znowu dzwonić do domu (nie było jeszcze komórek) i postanowiłam wykorzystać fakt, że nawet mój własny, rodzony ojciec myli mój głos z głosem mamy. I gdy kiedyś zadzwonił powiedziałam, że mnie nie ma, podając się za rodzicielkę.

Podstęp się nie udał, ale cel osiągnęłam. Adorator wyczuł ten szyty grubymi nićmi podstęp, powiedział, że nie da się wozić gówniarze i nie tylko obraził się na mnie, ale i na całe towarzystwo. I wszyscy, a zwłaszcza ja, odetchnęli z ulgą.

 

poniedziałek, 03 stycznia 2011

Trzeba uważać, czego człowiek sobie życzy  na nowy rok. Taki jest mój wniosek po przeczytaniu ubiegłorocznego wpisu z postanowieniami noworocznymi. Przynajmniej jedno bowiem się spełniło - więcej podróżować. Niestety los postanowił się do mnie ironicznie uśmiechnąć, nie dokładnie o takie podróżowanie mi  chodziło. Raczej marzyły mi się Nowe Jorki, podróże po Europie i wędrówki górskie, aniżeli przewozy regionalne i TLK.

Co do pozostałych postanowień z czasów gdy miniony rok był jeszcze nowym, to wszystkie są w zasadzie aktualne.

Jakkolwiek bym nie była marudna i niezadowolona z siebie, to uczciwie trzeba przyznać, że 2010 był rokiem szalenie ciekawym. I mimo, że były wspomnienia, rocznice, postanowienia i rozczarowania jakieś też, to per saldo Muchy miały rację i był to dobry rok.

W niektórych sferach nawet bardzo dobry.

 

 

czwartek, 16 grudnia 2010

Szykuje się nowy kierunek w sztuce. Kierunek ten, podobnie jak trupizm, sadyzm i inne istotne a elitarne prądy w kulturze ma szansę uczynić prawdziwy ferment we wszelkiej działalności twórczej XXI - wiecznej Polski.

Wszystko zaczęło się od wrocławskich krasnali. Znawcy miasta poinformowali mnie, że stoją sobie te krasnalki to tu to tam i faktycznie można je spotkać - wybierają pieniądze z bankomatu, remontują, wszystko prawie jak u Tuwima (Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania...), który wszakże zdupistą nie był. We Wrocławiu ponad dwa miesiące temu mój ulubiony dziennikarz muzyczny zaprowadził mnie do krasnoludków - golfistów. Po uważnym obejrzeniu okazało się, że golf w ich wykonaniu byłby utrudniony - są to bowiem krasnoludki niepełnosprawne: niewidomy, niesłyszący i na wózku.

Żeby jednak nie psuć koncepcji, że to są golfiści, postanowiliśmy do sprawy podejść bez uprzedzeń a nawet ekumenicznie i stworzyć historę o tych krasnalach. Z grubsza była ona taka, że przyszli trzej krasnale zagrać w golfa, jeden dostał w ucho piłką i przestał słyszeć drugi tak się wysilał grając, że mu oczy trzasnęły i wtedy kijem golfowym tak rąbnął trzeciego, że ten przestał chodzić. A może była to zupełnie inna historia, nie pamiętam dokładnie, bo jednak w jej wymyślaniu celował dziennikarz muzyczny, który dąży do bycia prekursorem sponsorującego dzisiejszą notatkę zdupizmu. Bo przyznacie, że historia ta jest zupełnie z dupy.

Doceniając walory artystyczne, poznawcze i partiotyczne zdupizmu nie myslałam o nim jednak zbyt często, do wczorajszego poranka, gdy zupełnie z dupy przyplątały się do mnie dwie piosenki.

 

Od tej pościelówy nie mogę się od wczoraj uwolnić do tego stopnia, że irytujące high and low świdruje mój mózg nie dając mu odpocząć. Drugi utwór też jest o polowaniu. Smęt straszny, bo i upolować niedźwiedzia nie jest łatwo.

sobota, 09 października 2010

Pierwsze licealne wakacje spędziłam na obozie żeglarskim oraz w Warszawie. Na ten obóz nad jezioro Wigry prawie bym nie pojechała, bo czerwcowa i jedyna wycieczka klasowa, jaka była nam dana, zakończyła się dla mnie pierwszym w życiu upiciem oraz trzydniowym kacem gigantem. Upiłam się wieczorem, a następnego dnia trzeba było uczestniczyć we wszelkich zaplanowanych atrakcjach oraz zwiedzaniu Kielc. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że z bólu głowy oraz poczucia pierwszego w życiu moralnego upadku, w trzydziestodniowym upale miotałam się po kieleckim deptaku, kupiłam kartę to telefonu, znalazłam automat i omdlewając zadzwoniłam do mamy, informując, że zatrułam się morelami. Mama tego nie łyknęła, tylko zrobiła mi już w Poznaniu straszną awanturę, powiedziała, że na obóż żeglarski nie pojadę i kazała przynieść z Budom Marketu parapet. Drugi dzień kaca i trzykilometrowy spacer z dechą na placach jakoś mnie zrehabilitował i na obóz pojechałam. Dla jedynaczki przyzwyczajonej do samotności trzy tygodnie z obcymi ludźmi w ośmioosobowym pokoju to był jakiś dramat, zwłaszcza odkąd ktoś w moich rzeczach znalazł pisany do B. list, o tym, jak jest mi źle. Wówczas doszedł ostracyzm społeczny, nie pierwszy i nie ostatni w życiu zresztą.

Wakacje w Warszawie były za to bardzo przyjemne. Znajomi dziewczyny mojego ojca wyjechali na tydzień i potrzebowali kogoś, kto będzie opiekował się ich domem oraz psami. Zostawili mi pełną lodówkę, dostęp do sprzętu AGD i klucze. Spędziłam boskie siedem dni w willi na Mokotowie chodząc na spacery z psami, karmiąc je, czytając Wesele oraz codziennie Gazetę Wyborczą od deski do deski i słuchając bez przerwy kasety Nirvany MTV unplugged. I jeszcze zarobiłam na tym sto złotych. Siedem dni prawie bez ludzi, w ciszy zamknięta z książkami oraz swoim pamiętnikiem prowadzonym w zeszycie w kratkę z wyścigówką na okładce.

Jednym z nieliczych wyjść "na miasto" miał być wtedy koncert Illusion.  Zastanawiałam się, czy wolę Illusion od Sweet Noise i dlaczego i to głosowanie doprowadziło do konkluzji, że jednak Illusion. Bo Lipa miał niesamowity głos, zajebiste tatuaże i strasznie mi się podobał. Ale tak się zawsze składało, że dostawałam bilety na SN, a Illusion do Poznania przyjeżdżało rzadko. Tak więc tym bardziej wyprawa z ojcem, do Stodoły, żeby zobaczyć ich na żywo wydawała się być czymś niesamowitym. Jednak mój całkiem młodziezowy ojciec, gdy zobaczył w kolejce przed Stodołą grupę psychofanów grupy - wymiękkł. I na koncert, ku mojemu rozczarowaniu nie poszliśmy.

Następnego dnia wstałam leniwie o 11, wyprowadziłam psy na spacer, a po drodze kupiłam Wyborczą. Po powrocie do domu, ogranięciu się i odczytaniu, a wręcz odegraniu monologu Racheli po raz setny, zajrzałam do Gazety. A tam, na lokalnych stronach był artykuł o tym, że koncert nie doszedł do skutku, ponieważ muzyków zatrzymała policja. Zarzuty dotyczyły jakiejś kradzieży czy innych narkotyków - nie pamiętam. W każdym razie koncertu nie było, a ja po wakacjach z miłości do wokalisty z zarzutami przerzuciłam się na uwielbienie do poznanego onegdaj w klubie szachowym fana zespołu.

Magdalenką, która otworzyła ciąg tych wakacyjnych skojarzeń, jest utwór, który trafił na pętlę. Nie jest to szczyt muzycznego i lirycznego wyrafinowania, ale bardzo pasuje do wszytkiego, co się wokół mnie dzieje.

 

czwartek, 26 sierpnia 2010

Narzekam, że za mało czytam i za mało oglądam, a za dużo myślę i rozważam, ale właśnie uświadomiłam sobie, że w ostatnim półroczu nadrobiłam całkiem sporo zaległosci filomowych oraz odświeżyłam kilka pozycji klasycznych. Olśnienie, że z moim obcowaniem z kinematografią wcale nie jest tak źle, przyszło za sprawą Edwarda Nortona.

Nie pamiętam go ani ze Skandalisty Larrego Flinta, ani też z Wszyscy mówią kocham cię, pierwszy film w którym obejrzałam go świadomie i z niemałym zachwytem to był Zakazany Owoc. Kibicowałam wówczas jemu właśnie, a nie Benowi Stillerowi, ale niestety hollywoodzka superprodukcja nie zakładała porzucenia sutanny przez katolickiego księdza, zaś polityczna poprawność wykluczyła możliwość dania kosza rabinowi przez główną bohaterkę.

W tym roku natomiast obejrzałam 25 godzinę i Więźnia nienawiści, zaś wczoraj Podziemny Krąg. W tych rolach Norton gra zawsze tego samego zagubionego, energicznego, narwanego, uwikłanego chłopaka i nieodmiennie chwyta mnie za serce swoim urokiem. Więzień nienawiści okazał się tu zwodniczy, bo ani przez chwilę nie mogłam poczuć do Dereka Vinyarda złości, nawet gdy zabijał człowieka, nawet gdy bił matkę, nawet w ścisłym spętaniu ze swastyką budził we mnie żal, współczucie i roztkliwienie.

Aż wstyd przyznać, że tak późno obejrzałam Podziemny krąg. I trudno mi uwierzyć, że mimo obecności Edwarda Nortona i Brada Pitta na jednej taśmie filmowej, ba, w tych samych scenach, w zwarciach - film mi się nie podobał. Obraz uważany przez wielu za arcydzieło, manifest pokolenia i kontrapunkt dwudziestowiecznej kinematografii mnie znudził. Oczywiście wyjaśnienie intrygi było odświeżające a moje ulubione rozważania o roli pokolenia, karierze, życiu w mainstreamie lub poza nim, tradycyjnie trafiły w swój czas, ale całość nie porwała.

Nie pisałabym zatem o tym filmie ani słowa, gdyby nie jego utwór finałowy. Nie wiedziałam, że pochodzi z klubu bójek, paranoi, świata podziemnej przemocy. Mi kojarzył się raczej z powolnym kołysaniem, ukradkowymi spojrzeniami i podziemiami centrum kultury japońskiej. Choć wszystko to wiąże się z pewnym szaleństwem...

 

czwartek, 29 lipca 2010

Nareszcie przyszedł czas na Openera. Pisanie o Openerze dzisiaj to trochę musztarda po obiedzie, bo jak wspomniałam uprzednio - 25 dni od zakończenia festiwalu to poważnie za późno na newsową notatkę i mocno za wcześnie na sentymentalne reminiscencje.

W każdym razie były to magiczne trzy dni - trzy, bo brak kartki do głosowania zmusił mnie do wcześniejszego powrotu do stolicy. Pierwszy raz byłam na Openerze, ba pierwszy raz na tak skondensowanym festiwalu muzycznym. To wymaga trochę inteligencji i umiejętności błyskawiczego przestrajania nut i odbioru dzwięków oraz klimatów. Trzeba też sporo kondycji, bo bieganie po Gdyni - Kossakowo, żeby usłyszeć i zobaczyć wszystko, co zaznaczyłam na line - upie, męczy.

Ale przechodząc do muzyki. Na początku Yesayer, najkrócej rzecz ujmując - bajkowy. Nie przepadam generalnie za elektronicznym brzmieniem, ale tutaj to nie brzmi sytnetycznie, obco i plastikowo, tylko tak delikatnie. Poszczególne dźwięki spadają na człowieka jak krople, wszystko jest takie tęskne i kompletnie nie nowojorskie, stąd byłam zaskoczona, że Yesayer jest z NY. Ale w sumie wiele dobrych rzeczy jest z NY, z wyjątkiem może muzyki na bezsenność. Ona, jak wiemy, jest z Seattle.

Po Yesayerze przyszło to, co przyjść musiało, czy Pearl Jam. Od dawna marzyłam, żeby pojechać na Openera, ale dopiero grudniowa zapowiedź występu PJ skłoniła mnie do odhaczenia tego marzenia. PJ to pewnie jeden z tych koncertów, na których tzreba być, trochę jak U2 czy Sting. Dokładnie wiadomo, co będzie, czego się spodziewać, nie liczy się na powiew świeżości, ale sobaczyć - trzeba. Intuicja mnie nie zawiodła - było głośno, trzepanie piórami, rzucanie gitarami i totalnie pomnikowo. Bardzo się cieszyłam, że zagrali Even Flow, Jeremy, Just Breathe, ale bardzo mało w tym było życia po prostu. Na setliście nie mieli innego utworu na który bardzo czekałam:

 

 

ale może to dobrze, bo stwierdzenie, że "absolutely nothing's changed" to przecież nieprawda.

Drugi dzień składał się głównie na odkrycia muzyczne - moje własne lub takie, które sprzedawałam innym. Zaczęło się od Mando Diao i Klaxons. Wrzucam ich swobodnie do jednego worka, bo oba zespoły to światna gitarowa muzyka (Klaxons są może trochę bardziej zadziorni), fajne rytmiczne granie, bez wielkiego wysublimowania. Jak się często zdarza przy pop- indie- gitarowym graniu wersja koncertowa ma znacznie większy pazur, dzięki czemu nie tylko słodno buja, ale chwilami także porywa. Jedyne do czego mam poważne zastrzeżenie, to stylizacja muzyków, a zwłaszcza wokalistów. Śliczni chłopcy, ładne buzie, słodkie fryzurki, metro, post - indie - emo, ciasteczka i cukiereczki. Ale zapewne ich target jest o półtora dekady młodszy ode mnie.

Massive Attack mnie nie kupiło. Pisałam już, że Helogoland znudził mnie niemiłosiernie. Na koncercie było więcej urozmaiceń i genialne efekty wizualne, ale muzycznie po prostu męczące. Natomiast solidnym zaskoczeniem był dla mnie koncert Cypress Hill. To nie jest muzyka, której słucham - przeciwnie, to jest muzyka, którą wyłączam, wyciszam i ostentacyjnie ignoruję. Ale koncertowo sprawdza się genialnie - dobrym papierkiem lakmusowym ich klasy był fakt, że bawiłam się wyśmienicie nie znając żadnego ich utworu, a przecież najbardziej podobają się nam piosenki, które już znamy. Bujali, skakali, łapali fantastyczny kontakt z publicznością, każdy facet był od razu bardziej gangsta, a dziewczyna bitch.

Na zwieńczenie wieczoru polecony przez mojego ulubionego dziennikarza muzycznego Jacaszek. Leżałyśmy z C na drewnianej podłodze w wielkim białym namiocie, a ja czyłam się jak w wielkiej muzycznej wannie, pełnej dźwięków, wody, łez. Cudowna muzyka na depresję, letarg lub próby osiągnięcia nirwany.

Dzień trzeci to przede wszystkim Skunk Anansie i Matisyahu. Bóg i Szatan. Jasność i ciemność. Chaos i harmonia. Ona - charyzmatyczna, porywająca, w jakiś szczególny sposób piękna. Muzyka, jakże hedonistyczna, idealnie wpisująca się w klimat letniego festiwalu. Podczas tego koncertu panowała atmosfera zepsucia, straceńczej dekadencji, bachanaliów. Brakowało mi tam ciemności, bo to dźwięki i słowa, których lepiej byłoby sluchać w nocy, w mroku gęstym jak gulasz szatana z niemowląt.

 

I na koniec Matisyahu. Drodzy Czytelnicy, nie wiem, czy tak entuzjastycznie reagowalibyśmy na pieśni oazowe, większość bywalców Openera nie była pewnie nigdy na festiwalu Sakrosong. Z drugiej jednak strony - miniona popularność 2TM2,3 czy nowej Armii świadczy o zapotrzebowaniu na pewnien mistycyzm. To plus lans na żydowskość stanowi o podwalinach zainteresowania Matisyahu. Co nie zmiania faktu, że jest to świetna muzyka, bardzo świeża, bije z niej jasność - choćby dlatego Skunk Anansie powinna się z nim zamienić na godziny występów. Było rytmicznie, barwnie, artysta nawiązywał kontakt z publicznością bez jakichkolwiek tanich chwytów, po prostu muzyka, śpiew i głęboka (tak, tak!) pobożność.

Nie da się niestety opisać wszystkiego, co tam słyszałam. Dotąd nie rozumiałam mroków letnich festiwali, ale przy tak napiętym line - upie, jak był tutaj, obejrzenie wszystkiego dało efekt taki, jakby na festiwalu teatralnym oglądać wszystko po jednym akcie. Zespoły wchodzą na scenę punktualnie, nie ma obsów, czas na bisy wyliczony jest co do sekundy. Warto to przeżyć, bo na sporo można rzucić uchem, ale nie wiele można przeżyć i doznać.

czwartek, 17 czerwca 2010

Lato roku 2000 było latem miłości. Hasło to nieprzypadkiem nawiązuje do nudnawego filmu Pawła Pawlikowskiego, bo owszem, była miłość, ale też jakieś słodko - gorzkie poczucie zepsucia.

Było to też kilka miesięcy pod znakiem wielkiego remontu naszej rezydencji, którego to remontu serdecznie nienawidziłam, mając dość hałasu, przejściowych braków w dostawach wody, brudnych ciuchów, widoku nieustannie zakurzonych i znerwicowanych zwierząt domowych oraz fragmentów tynku w jedzeniu, już nie wspominając o konieczności zapełniania na czas kontenerów na gruz, przewożenia taczką piasku sprzed domu na jego tyły, zapachu smoły i wszystkich innych niedogodnościach związanych z wielką renowacją starego domu.

Było to też lato kampanii prezydenckiej, dla mnie o tyle szczególnej, że po raz pierwszy miałam okazję głosować, a także dlatego, że po dwóch kampaniach spędzonych na intensywnej pracy, tę obserwowałam jako widz, co trochę mnie jednak frustrowało.

Było to wreszcie lato przedmaturalne, wypełnione pretensją do samej siebie, że nie wiem co chcę robić dalej, a przecież już muszę podjąć jakieś poważne decyzje. W tej akurat sprawie od dziesięciu lat nic się nie zmieniło.

Ówczesny sierpień spędziłam pracując z D. w sklepie jej rodziców. Była to strasznie ciekawa praca, z szansą na kontakt z pełnym przekrojem społeczneństwa. Siedziałyśmy w tym sklepie, gadałyśmy godzinami, czytałyśmy książki, piłyśmy soczki bobo- friut i hektolitry mleka. Co wieczór dostawałyśmy wypłatę - procent od utargu, a ja następnie całą tę wypłatę wydawałam na randkach - kawki, winka, kina i ciasteczka. Na przekór panującemu w domu chaosowi nosiłam się wówczas nader elegancko, długie sukienki, szale, trzepoty rzęs.

Jakiś czas później rodzice D. otworzyli drugi sklep, będący głównie pasmanterią, malutki, znajdujący się w oficynie gierkowskiego bloku. Obraz tego sklepu wyrwał mnie dzisiaj ze snu.

Wiedziałam, że czwartej z rzędu nieprzespanej nocy nie zniosę. Rozmawiając z kolegą na przystanku tramwajowym czułam, że ze zmęczenia nie łapię kontaktu z rzeczywistością, a poczucie bycia za szybą jest jeszcze bardziej intensywne niż zwykle. Dlatego po przyjściu do domu poszłam pobiegać, a po powrocie i trzykrotnym odsłuchaniu piosenki na dobranoc natychmiast zasnęłam.

Spałam całkiem spokojnie - do czasu. Przyśniło mi się nagle, że zadzwonił do mnie znajomy, z prośbą, czy poleceniem w zasadzie, żebym wygłosiła za dwie godziny wykład. Już sam fakt, że miałabym występować publicznie zburzył spokój mojego snu. Zadano mi też dziwny temat - wszystkie polskie trybunały. Nie mogłam pojąć, dlaczego niecały miesiąc po środowiskowej wnikliwej analizie polskiego ustroju i to w siedzibie Trybunału Konstytucyjnego, mam wypowiadać się na podobny w sumie temat, ale postanowiłam karnie wykonać to o co się mnie prosi. Dzierżąc w dłoni Konstytucję oraz Encyklopedię Unii Europejskiej udałam się na miejsce wykładu. Miejscem tym był właśnie sklep pasmanteryjny, przed którym tłoczyła się trzydziestka ubranych w togi aplikantów radcowskich (wiem, wiem, aplikanci nie mają tóg, ale to jest sen). Zaprosiłam ich do środka, usadziłam na schodach, podłodze, wśród guzików, zamków, flinelin i z zaciśniętym z przerażenia gardłem się obudziłam.

Była czwarta rano, szczere próby zaśnięcia nie zdawały egzaminu, a wschód slońca ponownie przypomniał, że i lato, i Opener tuż, tuż.

środa, 05 maja 2010

W ramach bycia na nie wobec rzeczywistości udałam się na wewnętrzne poszukiwania dobrych wspomnień i skojarzeń, a także zaczęłam sama ze sobą komletnie bezproduktywną zabawę w "Co bym zmieniła, gdybym mogła cofnąć czas o .... lat?"

Zabawa ta do niczego nie prowadzi, no może poza tym, że kupiłam sobie perfumy, których używałam w roku 2004. Pamiętam jak dziś, że w tym samym czasie zaopatrzyłam się na Jarmarku Świętojańskim w perłowe kolczyki, które potem dałam przyjaciółce bo dobrze komponowały się z jej suknią ślubną, przeczytałam Prawiek i inne czasy i uczyłam się do piętnastego podejścia do egazaminu z prawa cywilnego part one.

Przypomniałam sobie także moje licealne muzyczno - emocjonalne fascynacje. W klasie starszej o dwa lata było bowiem kilku chłopaków, którzy we mnie i moich koleżankach wzbudzali trzepotanie serc, niemalowanych jeszcze rzęs i drżenie kolan. Jeden urodą oscylował między Ethanem Hawk'iem a Leonardo Di Caprio i jeździł do szkoły tym samym tramwajem co ja, drugi nie odzywał się ani trochę, ale za to pożyczył mi kasetę zespołu Illusion (kaseta nosiła tytuł Illusion 1, bo dwójkę i trójkę już wtedy miałam), trzeci miał wprawdzie dziewczynę i nie był super przystojny, ale miał wybitne poczucie humoru i znał się na komputerach, czwarty był geniuszem, piąty żywym srebrem i podbijał serca koleżanek swoją energią, szósty znał języki obce, a siódmy był najwyższy z nich wszystkich. Wszyscy słuchali mocnej muzyki, choć każdy trochę innej i dzięki temu mogłam kontynuować poszerzanie swoich muzycznych horyzontów w myśl zasady "Słucham muzyki nie gatunków".

 

Kontakty z częścią z nich opierały się na koleżeńskiej wymianie zdań, wspólnych podróżach tramwajami do i ze szkoły, wizytach w DKF -ie w nieistniejącym już kinie Olimpia i bodaj raz wspólnie spędzonych juwenaliach, ale ile w tym wszystkim było interpretacji, nadinterpretacji domysłów, nadziei i przyuszczeń. To właśnie w związku z tymi fascynacjami zaczęłam pisywać do szkolnej gazetki PROTEST, która powstała w proteście przeciwko innej szkolnej gazetce, która gdy zaczęłam naukę w liceum z tradycjami już się nie ukazywała. W jednym z numerów ukazała się napisana ręką speca od komputerów rezenzja płyty zespołu Bathory i poniższa piosenka bardzo kojarzy mi się z nie - beztroską nastoletniością.

 

piątek, 30 kwietnia 2010

Serio utonęłam w wirze zobowiązań, w tym takich z których się za cholerę nie wywiążę. Powoduje to silne wyrzuty sumnienia oraz poczucie beznadziejności zarówno mojej sytuacji, jak i mnie samej. Doba jest za krótka, żeby zrobić wszystko to, co się zrobić powinno, za krótka na to, by zmieścić tam jeszcze nowe plany i ambicje. Ponadto przypominają mi się wszystkie spieprzone z własnej woli życiowe okazje i sytuacje - na przykład to, jak kiedyś zamiast iść do telewizji rozmawiać o Pannie NIKT wolałam grać w siatkę z chłopakami z II g.

W każdym razie mam sezon na przypominanie sobie wszystkiego co spieprzyłam i oczywiście absolutyzowanie tego, uogólnianie i wyciąganie wniosków na całe życie.

Tym bardziej dziwi mnie mój całkiem przyzwoity nastrój. Może to zasługa tych energetyzujących pokrzykiwań?

 

Powyższy utwór ratuje mnie tak dalece, że stał się dzwonkiem telefonu (wypierając Terroromans, który wyparł The Sweetest Thing).

Może to ten deszcz, może przez tę mgłę...  choć zaraz, w Krakowie będę dopiero za tydzień.

To Poznań. Wczoraj przyjechałam do matecznika, nieco wcześniej niż zamierzałam. Szłam przez Wildę, pobralam PIT, który zaraz zacznę wypełniać, odwiedziłam babcię i obdarowałam ją naręczem tulipanów z okazji urodzin, spotkałam się ze znajomymi, mijałam Stary Rynek i Furrorę, wyrwałam sobie kolczyk z ucha (ale o makabrach pisać tu nie będę). Idąc przez Poznań doszłam do wniosku, że jest naprawdę przezajebistym miastem.

W tym też poczuciu spędziłam uroczy wieczór na emocjonujących dyskusjach face to face oraz on the phone, uwędziłam się dymem tytoniowym w Zaku a następnie odwoziłam znajomych do domu samochodem kolegi. Fajne samo w sobie było to, że po roku przerwy mogłam poprowadzić samochód. Jeszcze fajniejsze, że koledze po trzecim piwie włączyła się gastrofaza, wobec czego zażądał transportu na dworzec do KFC., co wydłużyło trasę. Stojąc przed dworcem o drugiej w nocy i rozmawiając ze wspólokatorką kolegi przerzucałam stacje radiowe. Zatrzymałam się słysząc kobiecą piosenkę kobiecego bandu, potem odkryłam, że słucham coraz lepszego Roxy FM. Gdy wrócił kolega z dwoma longerami, ruszyłam prawie z piskiem opon w rytm utworu o moim mieście.

 

Centrum świeciło na żółto, pełnia odganiała obrazy pytań spalonego ciała (bo poezja Rymkiewicza też szła wczoraj w ruch), a mnie tknęło, żeby sprawdzić, że Muchy grają w Krakowie, akurat w weekend, kiedy się tam wybieram.

 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi