Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS

uroki

wtorek, 22 lutego 2011

Miniony weekend należy zaliczyć do katogorii udanych. Nawet bardzo udanych. I sport, i kultura, i rozrywka, i życie rodzinne oraz towarzyskie. Tylko wizyty w świątyni brakowało, ale nie przesadzajmy z tym rozwojem duchowym.

W sobotę wracaliśmy dziennikarzem muzycznym ze spotkania o charakterze rozrywkowo - towarzyskim i dotknęło mnie dziwne uczucie niedosytu.

Nie wiem czy to znacie - czasem człowiek wychodzi na przysłowiowe piwo, wypija powiedzmy dwa i wychodzi z knajpy z jakimś takim poczuciem, że możnaby jeszcze coś wypić. Czasem idzie się na imprezę, podczas której wypija się dwa drinki i nagle w człowieka diabeł jakowyś wstępuje i pyta "Kiedy wreszcie nastąpi ten reset??". Gdyby to była kreskówka, to z drugiej strony pojawiłby się aniołek i mówił, że dwa drinki to wystarczy, że szkoda kasy, wątroby, urody i następnego dnia, ale wiadomo, na ogół zwycięża ciemna strona mocy, śpiewnie pokrzykując "Żyj szybko, umrzyj młodo".

No ale tym razem nie była to impreza, tylko takie po prostu wyjście na piwo, więc po dwóch grzańcach powiedziałam mojemu uczuciu niedosytu, że sorry, ale dziś dobijania wątroby i portfela nie będzie. Na taki niedosyt dobrze jest coś zjeść, najlepiej z mięsem. Na przykład Big Maca, kubełek KFC, albo kiełbaski z niebieskiej nyski, coś nieskomplikowanego a wyrazistego w smaku. Postanowiłam jednak, że i tę swoją żądzę powściągnę i tak sobie mroźną nocą szłam z dziennikarzem muzycznym przez Kraków. Nie wiem, czy towarzysza mojego spaceru gnębiły te same alkoholowo - gastronomiczne pragnienia, w każdym razie zaczęliśmy się zastanawiać, co by można w domu zjeść.

- Jest jogurt, twarożek, śmietana, resztka żółtego sera, mozarella i jajka - wymieniłam bez przekonania najbliższe moim smakom produkty.

- A coś jeszcze? - dziennikarz muzyczny nie krył rozczarowania zawartością naszej lodówki.

- Tuńczyk, ryż, kasza, marchewka, pomidor, mrożony pstrąg i mrożony kurczak - już wiedziałam, że czymś mięsnym, wyraźnym w smaku i szybkim to się nie najemy.

- I to wszystko... - westchnął mój rozmówca.

Wysiliłam umysł do granic możliwości i wypaliłam:

- Nie! Jest jeszcze seler!

- A to spoko.

niedziela, 21 listopada 2010

W podstawówce miałam koleżankę, która padła ofiarą zaszczucia przez klasę. Koleżanka była kiepską uczennicą, choć nie pochodziła, jak większość złych uczennic w mojej klasie z tzw. rodziny patologicznej. Nie, Marta była z porządnej rodziny, jej rodzice prowadzili (i prowadzą do teraz) sklep z ramkami do obrazów i zdjęć, miała dwóch starszych o 15 lat braci i nieustająco chodziła na korepetycje. Jej słabe wyniki w nauce nie wynikały chyba z braku pracowitości, tylko braku możliwości. Poza tym była krępą, niezbyt ładną, całkowicie niezgrabną i całkiem żadną dziewczynką. Trochę może maleńką - stareńką. Do czasu, gdy nagle wyrosła na klasową gwiazdę, co docelowo stało się przyczyną jej klęski.

Otóż w siódmej klasie Marta nagle nabrała śmiałości. Zaczęła się malować. Poinformowała nas, że tańczy w klubie. Szczegółowo opisywała swoje sukienki, mówiła, jakiego ma fajnego partnera, że tańczy głównie tańce latynoamerykańskie. Widziano ją na mieście z chłopakiem, ubraną w bardzo krótką spódniczkę oraz uszminkowaną nader wyraziście. Potem zaczęła ona jeździć na zawody teneczne. Była w Wiedniu (przy okazji poszła na Prater), Paryżu, Berlinie. Opowiadała, jakie psikusy robią sobie tancerki, np. wsypując do butów rywalek pinezki, a w wersji light - smarując je (buty) oliwką. Byliśmy w szoku, że Marta ogarnia jakoś elementarnie szkołę oraz odnosi sukcesy w tańcu. Potem jeszcze zaczęła angażować się w ogniska młodzieżowe w Pałacu Kultury i to nie jako jakiś tam szary uczestnik tychże, tylko organizator - wiedzieliśmy o tym, bo prosiła nas, żebyśmy układały pytania do konkursów dla młodzieży - Pałac Kultury płacił za zestaw pytań 20 złotych. Na tym właśnie wpadła, bo przypadkiem wyszło (a właściwie jej mama się wygadała), że to ona płaci nam te pieniądze, a cała historia z ogniskami, Pałacem i tańcami to ściema, a gdy mówiła nam, że jeździ na zawody, to tak naprawdę była z mamą w sanatorium w Połczynie - Zdroju.

Kiedyś po lekcji wf otoczyło ją osiem dziewczyn, w tym, ze wstydem przyznaję - również ja - i wygarnęłyśmy jej, że kłamała, zachowywała się jak idiotka i obnażyłyśmy tę całą mitomanię. Marta się rozpłakała, pochodziła do klasy w kratkę do końca semestru, a potem przeniosła się do innej szkoły. Teraz sobie myślę, że to strasznie smutna historia.

Do czasu feralnych wydarzeń pamiętam ją tylko z jednej sytuacji. Jako dziecko nie lubiłam sprzątać. Nadal w zasadzie nie lubię, tzn. zależy mi na tym, by wokół mnie panowały ład i harmonia, ale fetyszystką pucowania nie jestem, a za najlepszego elektrycznego przyjaciela kobiety uważam prostownicę, nie odkurzacz. Gdy byłam dzieckiem, w moim pokoju panował nieustający chaos, co chwila zmieniałam koncepcję ustawienia książek i zabawek, do zamieszania przyczyniał się mój pies, który podkradał mi lalki z półki. Od czasu do czasu moja mama uznawała, że należy mnie nauczyć porządku, bo wyrośnie ze mnie flejtuch i domagała się mojej interwencji sprzątaczej. Zwykle upychałam porozrzucane rzeczy gdzie bądź, ale trwało to tydzień, bo jak mam zrobić coś, czego nie lubię, to dopada mnie totalny imposybilizm. Kiedyś zwierzylam się koleżankom z klasy, z tych domowych uciążliwości, żeby nie powiedzieć - prześladowań, czyli, że muszę zrobić porządek w swoim pokoju. Wówczas Marta powiedziała poważnie i tonem starej kobiety: Przecież porządku się nie robi. Porządek się ma!

Pomyślałam o tym dzisiaj przenosząc z garażu do mieszkania kartony, w których zostały nadmiarowe rzeczy z mojej przeprowadzki do Krakowa. Porządkowałam je, przy okazji układając nowym systemem książki w biblioteczce. Finalnie udało mi się zrobić porządek w książkach oraz moim posagu, wynosząc go na strych. Wyrzuciłam także trochę notatek ze studiów oraz dwa zeszyty z liceum, kolekcje niemieckich czasopism Juma oraz niemieckiego wydania Holland Horizont. I jak zawsze zastanowiłam się nad tym, jak to jest, że zawsze przy porządkach wyrzucam z domu strasznie dużo rzeczy a nigdy ich właściwie nie ubywa. Jak zawsze przedyskutowałam ten problem z mamą, która jednak stoi na stanowisku, że nie warto wyrzucać rzeczy pochopnie. Pewnie trochę racji ma.

Kartony z książkami, pościelą, ścieraczkami i naczyniami, oraz niezliczoną ilością pudełek i torebeczek, które były dzisiaj przedmiotem mojej uwagi, przywiózł do Poznania brat mojego ulubionego dziennikarza muzycznego. Brat ów był w moim poznańskim domu w lipcu, z okazji sequela wesela wielbiciela przetworów. Wesele, o czym uważni czytelnicy wiedzą, było w lipcu na Ukrainie, zaś impreza dla znajomych tydzień później w Poznaniu. Gdy wracaliśmy o czwartej rano taksówką z klubu, brat dziennikarza muzycznego zarządził postój przy monopolowym, gdzie wkroczył, stłukł ostatnią cytrynówkę, kupił coca- colę i pół litra wiśniowki. Po przyjściu do domu w szklankach (przygotowanych zapobiegliwie przez moją mamę na poranne pragnienie) zrobił drinki i obraził się, że nie chcemy z nim pić. Po czym wszyscy poszliśmy spać.

Ilekroć później przyjeżdżałam do domu, to widziałam pół butelki wiśniówki oraz colę na szafce w kuchni. I dzisiaj powiedziałam mamie, że może by tę colę wyrzucić jednak, bo ona tak stoi otwarta od lipca i pewnie nie jest już najlepsza. Mama trochę się ze mną zgodziła i powiedziała, że w sumie już parę razy prawie ją wyrzuciła, ale potem zawsze jakoś ręka jej zadrżała.

- Bo wiesz, może trzeba będzie gdzieś jakąś śrubkę odkręcić co się zablokowała, to się to colą poleje i będzie jak znalazł.

I cola dalej tam jest.

wtorek, 09 listopada 2010

Studiowanie w rodzinnym mieście jest wygodniejsze i tańsze, niż przeprowadzka do innego. Między innymi dlatego nie przyszło mi na myśl, żeby rozpoczynając naukę na uniwersytecie pomyśleć o innym niż UAM (tu miejsce na żart prowadzącego - myślę, że każdy student UAM słyszał go przynajmniej raz z ust wykładowcy. W Polsce są trzy uniwersytety, które są naj - najstarszy UJ, największy UW i najlepszy UAM).

Tak więc w czasie studiów nie przenosiłam się nigdzie i tym sposobem przez 17 lat mieszkałam w jednym miejscu, a adres zamieszkania, korespondencyjny i zameldowania były po bożemu tożsame.

Potem zaczęła się prawdziwa huśtawka - przeprowadzka do Warszawy, dwie przeprowadzki w Warszawie, przeprowadzka do Poznania, przeprowadzka do Warszawy, kolejna przeprowadzka w Warszawie. I to wszystko w ciągu dwóch lat. Mieszkanie na dwa miasta, Poznań - Warszawa wspólna sprawa, część rzeczy tu, część tam. Ponieważ dopiero od półtora roku mieszkałam sama, to nigdy nie wiedziałam ile właściwie mam rzeczy, bo pochowane w szafkach i pudełkach nie dawały efektu skali. Gdy w czwartek w nocy zobaczyłam spakowane wszystkie klunkry, które przywiozłam, kupiłam, pieczołowicie gromadziłam przez te raptem trzy lata samodzielności i których mimo pewnej dozy roztargnienia udało mi się nie zgubić, to nogi się pode mną ugięły. Pięć kartonów, pięć toreb, dwie walizki, siateczki, dwa pudełeczka, jeden wielki wór. Oraz pościel jako bonus.

Udało się to wtłoczyć w dwa samochody i dojechać w niedzielę w nocy do Krakowa, przenieść w miejsce docelowe a nawet dokonać selekcji na Kraków - Poznań - śmietnik. Dzisiaj natomiast przyjechałam do Warszawy oddać pozornie opróżnone mieszkanie. Wyniosłam z niego plecak pozostawionych rzeczy (dwie deski do krojenia, dzbanuszek, wódka z Ukrainy, dwa ręczniki, przyprawy, lakier do pzaznokci, bielizna, pomarańczowa kurtka z Berlina, herbata, koniak z Ukrainy, deska do prasowania - nie zmieściła się do plecaka, folia aluminiowa oraz czerwone serwetki). I z tym dobytkiem jadę dzisiaj ponownie na południe.

Próbuję się teraz zorientować, to co jest wyjazdem, a co powrotem.

niedziela, 24 października 2010

Moim ulubionym momentem w szkoleniach jest przerwa kawowa. Moment, kiedy zza stolika można wstać, zrzucić z siebie na chwilę brzemię relacji mistrz - uczeń, otrząsnąć się z intelektualnych dywagacji i podejść do stoliczka z termosami, filiżnakami, dzanuszkami. Wypić kawę białą, a potem herbatę, zjeść ciasteczko albo przynajmniej popatrzeć na obfitość półmisków z wafelkami, rurkami, pieguskami i wszelkimi delicjami.

Na konfernencjach czy zjazdach z kolei najciekawsze są kuluary. Na imprezach na full wypasie, czy też na wysokim poziomie, kuluary i przerwa kawowa idą wielokrotnie w parze, ale powiedzmy sobie szczerze - wiele rzeczy dziejęcych się na bekstejdżu kopie bardziej niż kofeina i nastrój poprawia skuteczniej niż cukier.

Z wypraw na grzyby najbardziej lubię postoje na posiłek. Jest to namiastka pikniku, nie ma wprawdzie kapeluszy, kocyków i wykwintnej zastawy, ale są kanapki, placek, herbata w termosie i obowiązkowe jajka na twardo z solą zawiniętą w kawalątek folii aluminiowej.

I oczywiście nie jest problemem, żeby po prostu iść na kawę, zwyczajnie spotkać się ze znajomymi pogadać bez sekretnej tajemniczości kuluarów lub pojechać do lasu by spożyć pieczywo i nabiał. Ale wszystkie te czynności w aurze robienia czegoś ważnego lub rytualnego są znacznie przyjemniejsze.

O tym właśnie myślałam idąc dzisiaj przez las, między Zbąszyniem a Przychodzkiem, dokąd zawiodła mnie chęć grzybobrania. Wyprawy na grzyby są moim i Mamy rodzinnym rytuałem, przy czym Mama ma do grzybów szczęśliwą rękę, ja zaś nogę - gdzie przejdę, tam osoba idąca za mną znajduje dorodne okazy. Często przytrafiają się nam małe przygody - a to pociąg zatrzymuje się w niedozwolonym miejscu specjalnie po to, żeby nas wypuścić, a to zostajemy obdarowane sadzonkami kwiatów, czy też natrafiamy na dziwaczny ogródek ze scenkami rodzajowymi ustawionymi z zabawek.

Jednak nie tym razem. Tym razem bowiem grzybów nie było. Ostatecznie w trzy osoby zebrałyśmy siedem grzybów i ćwierć kapelusza (to ostatnie - ja własnoręcznie). Tak więc szłyśmy przez jesienny las na jałowym biegu, pachniało igliwiem, liście były żólte i czerwone, a głównie spadające, w plecaku obiecująco chlupotała herbata w termosie i dereniówka w metalowej butelce. Między mną a Mamą wywiązał się drobny konflikt topograficzny, stałyśmy pod zruinowanym wiaduktem u progu bezgrzybowego lasu, lekko zagubione aż nagle, doznałyśmy zbiorowej halucynacji.

Z lasu wyłonił się koń. Był piękny, w siwo - kawowe łaty, majestatyczny. Za koniem była dorożka z dorożkarzem. Zwątpiłam w swoje moce umysłowe i uznałam, że może to nadmierne dotlenienie, może dereniówka, może jednak poczatki choroby psychicznej (ale jakże rozkoszna byłaby to choroba!). Ale zagajony o drogę do Przychodzka dorożkarz, był jak na omam całkiem reaktywny. Objaśnił (bardzo niejasno) drogę do naszego celu, powiedział, że jedzie do kolegi zawieźć oponę zimową (faktycznie opona leżała w dorożce) i w końcu kazał ładować się do dorożki i do Przychodzka nas zawiózł. W sumie nadal średnio wierzę w realność tego wydarzenia, za tym, że jednak miało miejsce świadczy fakt, że Mama wzięła od dorożkarza numer telefonu i ten numer nadal w jej komórce jest. Choć nie wiemy, czy po drugiej stronie, ktoś się kiedykolwiek odezwie...

 

Tagi: dorożka las
21:44, tennesee , uroki
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 września 2010

W potocznej męskiej opinii kobiece "nie" oznacza "tak". Panowie, mylicie się zasadniczo. Kobiece "nie" zwykle oznacza "nie" i niemal nigdy tak.

Nieporozumienia wynikają też z tego, że wiele innych sformułowań to synonimy zaprzeczenia. Czasem można nie zrozumieć, co właściwie oznaczają różne słowa, a wręcz interpretować je opacznie. Spróbujmy ustystematyzować przeczące, zawoalowane wyrażenia. Panom życzę miłego rozszyfrowywania, Paniom - upraszczania komunikatów.

wyrażenie

wyjaśnienie

to skomplikowane

Wyrażenie dające największe pole do interpretacji. Oznacza:

- Nie, ale nie wiem jak to powiedzieć.

- Nie, ale nie potrafię tego uzasadnić.

- Byłoby fajnie, ale nie.

- Nie teraz. Może w przyszłości albo w przeszłości.

- Nie ma mowy, ale chcę być uprzejma, więc trochę pokręcę.

zrób jak uważasz

- Nie zgadzam się, ale nie biorę za to odpowiedzialności.

- Nie zgadzam się, ale nie chcę być histeryczką.

nie chcę ograniczać Twojej wolności

Na ogół występuje razem ze "zrób jak uważasz". Z reguły kierowane jest przez kobietę do partnera i oznacza:

- Uważam, że to strasznie głupie, ale sam musisz się o tym przekonać.

- Zastanów się, co jest ważniejsze, ja czy ...

- Umywam ręce.

lepiej nie,

wolałabym nie,

nie wydaje mi się

No fucking way

 

 

zastanowię się

To niespodzianka:

- Zastanowię się :)

12:58, tennesee , uroki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 lipca 2010

Opener to przede wszystkim muzyka, której różnorodność trudno ogarnąć. Ale Opener to także relaks (relaks paradoksalny, bo wyczerpujący), festiwal, impreza, tłumy ludzi i Trójmiasto.

Dzięki cudownemu zrządzeniu losu mieszkałyśmy w komfortowym apartamencie za gdańskiej Zaspie, dzięki czemu oszczędzone nam były trudy pola namiotowego, spacer od SKM zajmował zaledwie 10 minut, a wyprawa na Kossakowo i nazad zajmowała około 90 minut. Mieszkanie przez trzy dni z czterema dziewczynami, spacery po Sopocie, morze, muzyka i napoje wyskokowe w pełnym słońcu to było kompletne oderwanie od trudów uprzednich, trwających kilka tygodni huśtawek emocjonalnych, bezsenności i może nie zagłuszanie, ale wyciszanie całkiem przyjemnej tęsknoty.

Aby zachować pozytywny obraz festiwalu nie rozpiszę się na temat organizacji wydawania opasek. Prawdą jednak jest, że ograniczenie stania w kolejce, a w zasadzie napierającym tłumie, do czterdziestu minut (choć w sumie był to nasz trzeci szturm po opaski, bo wcześniej stałyśmy w niewłaściwych kolejkach, więc łącznie zajęło to nam trzy godziny) zawdzięczamy zaradności D oraz C i mojej umiejętności przeciskania się w tłumie. Niski wzrost ma chwilami swoje zalety. Bardzo było mi żal pracujących przy wydawaniu opasek ludzi, którzy kompletnie nie panowali nad wściekłym tłumem, natomiast organizatorów, którzy przynajmniej na pierwszy dzień powinni wystawić więcej stanowisk, powinno się pociągnąć do odpowiedzialności za narażenie widzów i własnych pracowników na niebiezpieczeństwo.

Opener to także tłumy!!! Wcześniej bywałam na koncertach plenerowych, takich jak Juwenalia albo imprezach takich jak słynna feta po wygranej Lecha na poznańskim Starym Rynku. Pewnie maksymalna kumulacja ludzi, jaką widziałam, to było 5, może 10 tysięcy. Na tegorocznym Openerze było ich ponad 80 tysięcy i widok tej niekończącej się, przelewającej kilometrami ludzkiej magmy przyprawiał mnie chwilami o ataki paniki. Człowiek musi czasem pobyć sam, a tu ciągle jakiś ludzki - nie ludzki bezmiar.

Przez całe trzy dni usiłowałyśmy wprowadzić się w nieznośną lekkość bytu. Pewnie z emocji i dużej ilości spacerów średnio nam się to udawało. Natomiast w nocy z piątku na sobotę, po koncercie Jacaszka wpadłyśmy z C. na pomysł obejrzenia wschodu słońca na sopockim molo. Pomysł byłby genialny, gdyby nie to, że koncert Jacaszka zakończył się o 3.00, więc na miejsce wkroczyłyśmy około 4.15. Wyposażone, jakże romantycznie, w kubełek z KFC weszłyśmy na plażę, oślepiło nas słońce a zimny i wilgotny piach lekko otrzeźwił z festiwalowego letargu. Obserwacja współplażowiczów była niezwykłym przeżyciem. Właściwie mogłaby być przyczynkiem do kilku scenariuszy filmowych, z naciskiem na film polski.

Sopocka plaża w lipcowy świt to spotkanie dnia i nocy, imprezy lanserskiej i przaśnej, tubylców i przybyszów, zepsutej dekadencji i sportowego stylu życia spod znaku zen. Nieopodal C i mnie spała w śpiworze para. Może zresztą nie spała, tylko spędzała w tych przesyconych lirycznością okolicznościach noc. Na godzinie 6 była inna para, która darując C wyroby akcyzowe poinformowała, właśnie wróciła z nocnej zmiany by tak zwieńczyć pracowitą noc. Byli młodzi mężczyźni w kreszowej odzieży, którzy zwierzali się sobie głośno i z tego, że piasek jest zimny, ale przecież się ogrzeje. Była dziewczyna z dwoma chłopakami, która zdjęła z siebie sportowy strój i weszła do lodowatej wody, a oni robili jej zdjęcia. Bardzo, bardzo żałowałam, że nie mam ze sobą laptopa, bo po dwóch dniach wędrówek, obserwacji, po intensywnych przeżyciach poprzedniego weekendu, tysiącu kilometrów przejechanych w ciągu kilku dni, po raz pierwszy od dawna poczułam potrzebę pisania. Przyjemny, a nieczęsty moment, kiedy słowa przychodzą i układają się w zdania, a język giętki mówi wszystko, co pomyśli głowa. Trwając w tej erupcji kreatywności, jedząc drób i popijając go kawą, zobaczyłam ją.

Ona, czyli kobieta w wieku średnim wydawała się lekko szalona. Była ubrana w powiewające szaty, powiewały wokół niej nieokreślonego koloru szarfy. Miała dredy związane w kitkę, szła brzegiem morza. Przed nią szedł na smyczy całkiem spory pies. Jeżeli prawdą jest, że psy upodobniają się do swoich właścicieli (bądź na odwrót), to tu istniało żywe potwierdzenie tej tezy. Pies nie miał wprawdzie ani dredów, ani szarf, był po prostu czarnym kudłatym psem, ale razem stanowili harmonijną rozwichrzoną i chaotyczną całość. Rys szaleństwa, którym cechowała się Pani, był wzmocniony tym, że mówiła ona cały czas do siebie. W każdym razie tak nam się z C wydawało, po chwili bowiem zauważyłyśmy idącego za nią dżentelmena. Dżentelmen był przyodzian w białą, lekko rozchełstaną koszulę, tweedową marynarkę, wyglądał na zmęczonego życiem i pochylony szedł, a raczej brnął za swoją towarzyszką. Nie mam pojęcia, jak mogli się słyszeć, w każdym razie on też coś mówił i wyraźnie spośród szumu fal, pisku mew oraz pokrzykiwań mężczyzn w kreszach, nawiązywali nić porozumienia. W każdym razie w pewnym momencie ona krzyknęła "Spotkajmy się pod szafą!", a wówczas C i ja, przełykając frytki spojrzalyśmy na siebie naprawdę zdziwione. "Pod szafą? Może to jakaś knajpa!" - powiedziałam z nadzieją, że świat wokół mnie jeszcze nie całkiem oszalał*.

Wracając na Gdańsk- Zaspę postanowiłyśmy pośpiewać. C śpiewa anielsko i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że mamy podobną barwę głosu, więc szłyśmy przez osiedle i śpiewałyśmy. Nie wiem, czy naszą twórczością byli zachwyceni mieszkańcy dziesięciopiętrowych falowców, w każdym razie nasze głosy niosły się po betonowych płytach altowym uniosono.

* Okazało się, że nie Pani była szalona, tylko my mało spostrzegawcze. Na plaży w Sopocie, tuż przy molo, niewątpliwie stoi szafa.

środa, 09 czerwca 2010

Nigdy nie lubiłam fantastyki. Oczywiście miło mi się oglądało Władcę Pierścieni, a Willow do dzisiaj zaliczam do moich ulubionych filmów, oglądałam go mając lat 10, film był od 12 - byłam dumna, że pozwolili mi wejść. Pamiętam ten seans też dlatego, że bałam się, że nie nadążę z czytaniem (a nadążyłam), seans był w moim kochanym kinie Wilda, w którym obecnie niestety znajduje się Biedronka.

Wracając do tematu - być może moje dzieciństwo było nieco ubogie, ale fantastyki nie czytałam. W podstawówce przebrnęłam przez dwie strony Bajek robotów, w liceum chyba nawet przeczytałam całe Solaris, ale nic z tego nie pamiętam, a na film nie poszłam, mimo że pojawiał się tam podobno tyłek Georga Clooneya. Tymczasem od kilku dni przenikanie literatury i kinematografii, z naciskiem na science fiction (i Dorotę Masłowską) jest w trudne do przeoczenia. Sama się zastanawiam, czy to nie jest jakiś sygnał, żeby jednak te płynące ze strony Stanisława Lema znaki jakoś odczytywać.

Zanim nadrobię braki w lekturach muszę pokończyć kilka kwestii, paranaukowych, które wyzierają z różnych zakamarków mieszkania w postaci książek i notatek, no i rozejrzeć się za tym co dalej, bo aktualna praca, jakkolwiek szalenie miła, jest jednak typową zamrażarką.

Póki co spędziłam przecudowny weekend w Krakowie. Dawno nie miałam okazji do naładowania się taką dawką pozywnej energii.

Raz - że Kraków. Ostatnio miałam czas, żeby spokojnie sobie pooddychać krakowskim powietrzem wiele lat temu, a konkretnie - 13. Później wszystkie moje podróże do Krakowa byly zdeterminowane jakimiś terminami, zobowiązaniami lub potrzebami towarzyszy podróży, przez co nie było możliwości, żeby sobie spokojnie pospacerować, pomyśleć i przeanalizować. W zasadzie wszystko to mogę robić gdziekolwiek indziej, ale Kraków, to jednak Kraków. Jak postanowiłam, tak uczyniłam i pobyt na Wawelu, na Skałce, w Nowej Hucie i na Rynku dostarczył mi odpowiedniej dawki dystansu.

Dwa - audycja. Jako jedenastolatka współprowadziłam w lokalnym radiu w Poznaniu audycję dla dzieci Pararamparak. Potem jeszcze marzył mi się flirt z radiem, ale jakoś się nie złożyło, brak czasu, pułapka konsekwencji, nieodopwiedni, jak wówczas myślałam, głos i absurdalne założenia życiowe spowodowały, że z radiowych planów zrezygnowałam. Gdy jakiś czas temu mój kolega zaczął pracować w studenckim radiu pomyślałam, że to dość niesamowite, że ktoś spełnia moje marzenia. I tak od audycji do audycji i od spotkania do spotkania wymyśliliśmy, że kiedyś poprowadzimy ją razem, aż w zeszłym tygodniu ziściło się i wspólna Muzykoteka była o Johnie Zornie. Trochę też o Pattonie, który zresztą wykonywał naohydniejszy utwór, jaki kiedykolwiek słyszałam.

Po trzecie wreszcie - towarzysko był to weekend absolutnie perfekcyjny, choć w gruncie rzeczy ani odrobinę imprezowy. Z dwoma przewodnikami zdobyliśmy koronę Krakowa, no może z wyjątkiem Kopca Kościuszki, na który owszem chcieliśmy wejść, ale na bilet rodzinny, na co nam niestety nie pozwolił pan bileter. Jednak Kopiec Kraka niemal o świcie, gdy z jednej strony jest zapowiedź porannej zorzy, zaś z drugiej rozświetlone, rozmigotane miasto zapierał dech. Absolutnie magiczny był także widok zalanego wyrowiska, do którego szło się aleją Elivisa Presleya, gdzie nagle spośród drzew, niemal w centrum miasta, wylania się lazurowy, rajski widok. Wieczorem, po audycji pojechaliśmy w okolice Balic wyśledzić startujące i lądujące samoloty. Gdy wpadliśmy na to, ze może ich już nie być, udaliśmy się bezpośrednio na lotnisko, w środku nocy atakując obsługę pytaniami o loty Cargo. Wyraz twarzy przeprzystojnego pana z obsługi, gdy rozluźniona i rozchichotana pytałam go o te nieszczęsne loty, a na informację o tym, że ich nie ma, docisnęłam pytaniem, "czy nie da się nic w tej sprawie zrobić", był bezcenny. A nie był to koniec wieczoru, bo pojechaliśmy jeszcze na Górkę Narodową, gdzie ponownie powalił mnie widok świateł, miasta, migotania, przypomniały mi się wszelkie dziecięce marzenia o szklanej pogodzie. W drodze na tę górkę słuchaliśmy radia, aż nagle przerzucając kanały trafiliśmy na przemówienia Hitlera. Po chwili odkryliśmy, że prawdopodobnie ktoś po piracku nadaje ścieżkę dźwiękową filmu o III Rzeszy i strasznie nas  to heilowanie w eter zdenerwowało, tak strasznie, że w odruchu obywatelskiego obowiązku pojechaliśmy na okoliczny komisariat złożyć donosik. Komisariat okazał się widmem - nie było go w żadnym z domniemanych miejsc i tak krążąc wśród osiedli, przestraszeni, że sygnał Hitlera trochę nam umyka, wpadliśmy w jakieś wertepy, samochód wydał z siebie jakieś dramatyczne dźwięki, które jednak zostały zagłuszone moim krzykiem. Tam był słoń! Słoń ceramiczny, pusty w środku, reklamujący firmę produkującą kostkę brukową, naturalnej słoniowatej wielkości. Gdyby dodać do tego całą atmosferę przyjaznych, dobrych dwóch dni, przesyconą rozmowami o przyjaźni, szczęściu, depresji, słowach na p, buncie, nowych fryzurach, starych odnóżkach, muzyce to robi się bardzo smutno, że taki weekend już był, a przecież nic dwa razy się nie zdarza.

Muzycznie pobyt był zornowo - masadowo - tzadikowy, ale plątała się tam także ta piosenka.

poniedziałek, 15 marca 2010

Sąsiadka o swoich kamieniach żółciowych: "Nawet lekarz mi mówił, że inni to tam taki szajs mają, a moje kamienie tak się szczerym złotem mienią!"


Rozmowa z kanadyjsko - ukraińskim wujkiem w pociągu:

Ja: Wujku, tu jest Września.

Wujek: Acha.

Ja: Dzieci wrzesińskie, pamiętasz z historii?

Wujek: Pamiętam.

(chwila ciszy)

Wujek: Chodziłem z nimi do szkoły.

Tagi: PKP
22:53, tennesee , uroki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 marca 2010

Za sprawą rozmów z Gadu - Gadu, filmików z Youtuba i odwiedzin na blogu z jednego z portali społecznościowych zrobiło się tutaj dość intaraktywnie i postnowocześnie. Bieżąca notka utrzyma ten trend (----------------------)

Uwielbiam maksymy, przysłowia i aspirujące do uniwersalnych podsumowania. W szkole podstawowej co roku kupowałam Kalendarz Szalonego Małolata i łapczywie sczytywałam mądrości na każdy dzień, zakładając, że będę się nimi kierować. Później przerzuciłam się na szkolny kalendarz Filipinki, w którym można było także znaleźć interesujące drogowskazy. Potem stałam się poważnym człowiekiem i kupowałam inne kalendarze, nie na lata szkolne ale kalendarzowe właśnie i wiele z nich miało maksymy, żadna z nich mimo pokładanych nadziei nie zmieniła jednak mojego życia, również ta na dziś z posiadanego aktualnie terminarzyka - Pokój serca jest słodkim owocem zwycięstwa nad namiętnościami. O zwyciężaniu namiętności i tego konsekwencjach sporo pisywał pewien żydowski psychiatra z Wiednia, natomiast słodkich owoców jadać nie należy. Tuczą.

Ponadto zdarzało mi się wróżyć z książek, z Biblią na czele. Czytałam sporo o kabale. Moja babcia wróży mi czasem z kart lub kładzie pasjanse. Wiele lat temu na obozie żeglarskim jeden z instruktorów trenował na moich dłoniach swoje chiromanckie talenta. Bywało, że odwiedzałam wróżki, a raz nawet wróża. Paradoksalnie nie wierzę w czarne koty, drabiny i piątki trzynastego, więc klasycznie przesądna nie jestem, ale wróżenie przynosi mi jakiś niewytłumaczalny spokój i płynące z wróżb porady staram się traktować poważnie, internalizując sobie ich przesłanie.

(-------------------------------------------------------------------------------------------------)

00:41, tennesee , uroki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 marca 2010

Głównie product placement perfumiarski. Prawdopodobnie po jednej z babć, a być może po sobie samej mam bardzo wyostrzony węch, stąd zapachy i perfumy grają w moim życiu niemałą rolę.

Pierwsze moje perfumy dostałam w prezencie od mamy na moje szesnaste urodziny. Pret a potrer, kojarzą mi się z wagarami nad Rusałką, oragano i apaszkami, bo niepomna różnych uwag stylistów, że osobom o krótkich szyjach apaszki nie pasują, nosiłam je z upodobaniem. Kojarzą mi się też z moim ojcem, który gdy byłam gdzieś w połowie studiów obdarował mnie butelką tychże perfum, a potem w przypływie szczordrości kupił mi kolejną butelkę pół roku później. Jedną z tych butelek stłukłam kiedyś w pośpiechu (nigdy nie chwytajcie butelek namydlonymi dłońmi), a drugą, z ostatnimi kroplekami tego zapachu, nadal mam i używam rzadko i z dużą nostalgią.

Kolejna moja fascynacja perfumowa to (chyba już nie produkowane) Magic Noir Lancome. Te z kolei kojarzą mi się z luksusem, pobytem we Francji w sierpniu 1987 r., przyjazdem mamy z rocznego pobytu w Kanadzie. Trochę ciężkawe, ale nadzwyczaj eleganckie. Były moim prezentem na osiemnastkę, używałam ich oszczędnie - Sylwester, wesela, bardzo ważne randki. Ostatni raz pachniałam nimi na weselu B, czyli wytrzymały niemal dekadę.

Moim evergreenem jest CK One. Zapach niby męski, ale świeży, energetyczny, dodaje mi chęci życia i poczucia mocy. Od czasu do czasu do niego wracam - ostatnio latem roku ubiegłego, akurat jak skończyła mi się Euphoria, która też jest świetna, romantyczna, mimo że trochę ciężkawa. I jak na moje potrzeby jednak zbyt popularna.

Gdy kupowałam CK One dostałam próbkę Gucci Woman II. To jest dla mnie na pewno zapach sezonu. Lekko zadziorny, ale świeży, pasuje na dzień i na wieczór, dodaje energii niemal tak samo jak One. Kojarzy mi się ze smakiem mojego błyszczyku do ust, wizytami u wróżek i oraz tegorocznym Openerem. Pierwsze perfumy, które spodobały mi się tak bardzo, że kupiłam wersję do domu i do torebki. Mają pewną wadę, mianowicie nie są przesadnie trwałe.

Inaczej rzecz ma się z zapachami męskimi. Research nie jest tu aż tak wnikliwy, bo rzadko podoba mi się ktoryś na tyle, żebym miała chęć zapamiętywać nazwę.

Pierwszą moją perfumową - choć to słowo jest tu bardzo na wyrost- fascynacją był zapach o nazwie Faraon. Używał go tata chłopaka, który mi się strasznie podobał i ponieważ chłopak nie pachniał niczym szczególnym, dokonałam klasycznej atrybucji z przeniesieniem. Potem tego dezodorantu używał mój kolega z klasy Makówa (wydaje mi się, że nie naruszam w ten sposób niczyjej anonimowości). Makówa przynosił go do szkoły i jeżeli z nim siedziałam w jednej ławce, to podczas lekcji ukradkowo wyjmowałam ten dezodorant z jego tornistra i wąchałam. Ciekawa jestem jakie zmiany spowodowało to w moim rozwoju neurologicznym.

Kolejne ważne perfumy to Dior Dune. Eleganckie, delikatne, nie do każdego faceta pasują. Używał ich jeden z moich szefów podczas gdy imałam się w LO prac wakacyjnych, stąd kojarzą mi się z kurzem, high lifem, trochę ze sztuką.

Było tych zapamiętanych perfum jeszcze trochę - jeden Armani, który okazał się tani, używany przez wszystkich chłopaków na koloniach oraz mojego ojca Old Spice, jakiś Tommy Hilfinger. Bardzo żałuję, ale rzadko udaje mi się zapamiętać nazwę męskich perfum.

Jesienią wpadł mi w oko, a właściwie w nos, nowy zapach. Korzenny, intensywny, bardzo ambrowy. Pozornie pasujący tylko do lekko zoranych życiem facetów - przy czym orka ta winna być na ugorze Indiany Jonesa, nie Marka Hłaski. Zapach - piękny, poruszający wyobraźnię, feromony, podnoszący ciśnienie. Ale to było jesienią, a teraz już prawie wiosna. Jednak zapach znowu mi się przypomniał i znowu tak mi się spodobał, że postanowiłam ustalić co to.

Wobec powyższego poszłam dzisiaj do Sephory i stanęłam przed półką z perfumami. Na oko stało tam około setki zapachów, więc wiedziałam, że łatwo nie będzie, tym bardziej, że jest sens wąchac tylko do trzech. Zaczęłam alfabetycznie. Od Armaniego mnie odrzuciło. Boss Adventure brzmial jak Old Spice, czyli daleko od poszukiwanego ideału. Intuicja, pomyśłałam, użyj intuicji. Zrobiłam krok w lewo go G. G jak Gucci. G jak Gucci by Gucci. I jak intuicja.

21:07, tennesee , uroki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi