Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS

mroki

wtorek, 30 października 2012

Czternaście lat temu byłam na miesięcznym kursie językowym w Wiedniu. Pojechałam tam z koleżankami z klasy i był to wspaniały czas - zwiedzałyśmy miasto, żyłyśmy życiem akademika, uczyłyśmy się pilnie podrywając naszego nauczyciela, który miał wyłupiaste oczy i nader udany tyłek. Zanim jednak trafiłyśmy do grup, odbywał się test klasyfikacyjny, w sporej sali lekcyjnej siedziało kilkanaście osób i wszyscy rozwiązywali taki sam test, w zasadzie nikt nas nie pilnował, bo i po co, skoro ten test miał ocenić, czy trafimy do odpowiednich grup, czyli był absolutnie dla nas.

Zdarzało mi się kilka razy ściągać, choć z biegiem lat coraz bardziej niechętnie (na studiach już na przykład nigdy), no ale w tym wypadku uznałam, że ściąganie byłoby absolutnie bez sensu - trafię do zbyt dobrej grupy i nie nadrobię ewentualnych braków. I rzetelnie wypełniłam test sama, usiłując nie słyszeć odgłosów pracy grupowej innych zdających.

Efekt był dla mnie dość przykry - spośród moich znajomych trafiłam do najsłabszej grupy, więc ambicja bolała jak jasna cholera, bo to zawsze przykre, gdy jest się w jakimś ogonie, no i trzęsło mną silne poczucie niesprawiedliwości - że to pozycjonowanie w grupie nie zostało przeprowadzone całkiem fair. Przepłakałam cały wieczór, następnego dnia zaczynały się zajęcia, kupiłam sobie zatem podręcznik i poszłam na lekcje, a chodziły tam ze mną m. in. dwie barwne postaci - obwieszona złotem i boleśnie kalecząca niemiecki Polka mieszkająca od lat w Austrii, zwana Goldfrau oraz rosyjski Żyd, któremu właśnie udało się wyjechać z małżonką z Rosji, niezwykle wykształcony i o wyczuwalnie zepsutym uzębieniu. Ponieważ Goldfrau miała wyraźną fobię antyrosyjską, która przesłaniała potencjalną antysemicką, to ilekroć przybysz z Rosji coś mówił, to mamrotała pod nosem "Ty głupi Rusku".

Historyjka ta przypomniała mi się ostatnimi czasy w pracy, kiedy to mieliśmy test po całodziennym szkoleniu. Bardzo ciężki był to test, z wieloma szczegółami i w związku z tym ogrom mojej niewiedzy mnie przygnębił. Podobież przytrafiło się koleżankom i kolegom, z którymi siedziałam przy stole. Ponieważ jednak kilkakrotnie przed rozdaniem testów podkreślano, że ma to być "individual work", to starałam się nie słuchać rozmów przy stole, tylko wypełniłam test samodzielnie, rzucając kilka zgryźliwych uwag na temat ściągania. W końcu jesteśmy dorośli, a od tego testu nic nie zależy, więc po co. No i dzisiaj rano dostaliśmy wyniki - moi współtowarzysze stolika dostali punktów 16/30, ja zaś dumne 11/30. Ambicja znowu bolała i poczucie niesprawiedliwości telepało mną jak licho. I w podreperowaniu samopoczucia nie pomogło, że na dzisiejszym wypadzie na kręgle w gronie piszących test byłam znowu ostatnia.

Najgorsza.

Historia z testem językowym w Wiedniu miała swoją smaczną niczym tort Sachera pointę. Nie zabawiłam długo w grupie z Goldfrau i rosyjskim Żydem. Po trzech dniach nauczyciel przyszedł do mnie po zajęciach i zapytał, czy nie chciałabym przenieść się do grupy wyżej, bo od aktualnej wyraźnie odstaję. Oczywiście przeniosłam się, ale cały czas się zastanawiam, czy wszyscy wtedy ściągali?

niedziela, 28 października 2012

Konkrety:

Po dwumiesięcznym, bezowocnym stypendium literackim w Warszawie ponownie jestem w Krakowie. Nie na długo, bo za chwilę Wszystkich Świętych, czyli Poznań, a potem wakacje, czyli prawdopodobnie Węgry.

Życie hotelowe to więcej snu, wielodaniowe śniadania w jadalni albo kontynentalne do łóżka, brak gotowania, poirytowany żołądek i dodatkowe kilogramy. Życie domowe to więcej sprzątania, nerwowe poranki, do pracy pod górkę, ale też kuchnia do dyspozycji. W ostatnim tygodniu trochę się w kuchni wyżyłam - zupa z mięsa mielonego i fasolki, makaron z sosem z kaparów i soczewicy oraz kotlet jajeczny. Marzy mi się jeszcze wątróbka z jabłkiem i ciasto dyniowe z białą czekoladą, ale kiedy patrzę na miejsce, gdzie jeszcze rok temu była talia, nie wiem czy to dobry pomysł.

Wczoraj w ramach obiadu byliśmy z dziennikarzem muzycznym w Fabryce, gdzie odbywało się coś w rodzaju kiermaszu krakowskich knajp. Zjedliśmy zupę kurkową z Warsztatu, gulasz, curry z Kury, namiastkę hamburgera z Love Krove, koktajl bananowy z nutellą, brownie oraz lody.

Bełkot:

Na urodziny bardzo wzbogaciłam się o książki. Charlotte Roche, E.L. James, biografia Szymborskiej, Andruchowycz, Vargas Llosa, Ostachowicz, a przecież nadal czytam biografię Mikołajskiej i w sumie nie skończyłam Norwegian Wood. W ramach przerwy od zaległości przeczytałam Moskoviadę (i napisałabym, że to Ulisses w świecie Mistrza i Małgorzaty, ale to byłoby nadużycie, bo nie przeczytałam Ulissesa i pewnie nie przeczytam go już nigdy, co najwyżej przejrzę i doczytam opracowanie) oraz Wilgotne miejsca, a także miliony wywiadów z Masłowską i teraz już kompletnie wszystko się mi miesza, Masłowska z osobami żyjącymi w realu, Helen z Wilgotnych miejsc z Anastazją z 50 twarzy Greya, które linijka po linijce próbuję zmęczyć po angielsku, a jakby tego było mało książkę pisze przecież Sasha Grey i nie jest to książka o Greyu, dziennikarz muzyczny był na jej sponsorowanym przez Ministerstwo Kultury koncercie, porno, muzyka i literatura łączą się tak, że już nie sposób niczego od siebie odróżnić. Nie, nie przeczytam najnowszej Masłowskiej, nie potrzebuję oglądać lustrzanego odbicia mojego strumienia świadomości, to nie będzie oczyszczenie, tylko grzęźnięcie w bagnie bełkotu.

Rzeczywistość:

Spadł dzisiaj śnieg. Kończy się festiwal Conrada i Targi Książki. Obejrzałam nowego Bonda.

Wyłączam komputer i siadam na fotel czytać.



czwartek, 04 października 2012

Nie chce mi się kompletnie pisać o różnych ładnych, nostalgicznych lub życiowych historiach. O spotkaniu hippisa w pociągu inter regio, o tym, jak pomna historii z kuflami nie kupiłam tuszki z łososia w Marc Polu tylko śledzie w Społem i że źle na tym wyszłam, o pięknych kobietach, którym próbuję dorównać, o wyprawie do Mandali, która zakończyła się Safranem, ani o robaku w Tukanie i nadmiernej miłości do mięsa oraz o zawodach wynikających z wybranego zawodu.    I jeszcze nie będę pisała o samowiedzy, że dobrze, że mi kazano czytać i się uczyć, a nie opierać się na tym co po prostu wiem, bo dzięki temu teraz naprawdę wiem, ale co z tego, skoro zabrano mi tę pewność wygłaszania opinii opartej jedynie na własnym przypuszczeniu i teraz muszę sprawdzić, potwierdzić siedem razy, a kultura intelektualna raczej sprzyja wyrażaniu przekonań, popartych ewentualnie Wikipedią.

Chce mi się pisać, a raczej robić notatki o alkoholizmie, bo po obejrzeniu Wszyscy jesteśmy Chrystusami, przeczytaniu kilka miesięcy temu Rekreacji i obserwacjach z życia zastanawiam się, jak mogłam nie traktować kiedyś weekendowego pijaństwa jako zapowiedzi czegoś poważnego i jeszcze rozważam, co jest nowym alkoholizmem. Kiedyś na przykład miałam zainstalowaną na kompie grę w kulki i wydaje mi się, że zeszło mi na to pół roku.

Chce mi się jeszcze napomknąć o bezpardonowym obrażaniu katolików. Że już wystarczy. Że dlaczego inteligentni ludzie uznają, że nie można poniżać żydów, muzłumanów i buddystów, a sąsiada można. Że taki atak odwraca uwagę od prawdziwych problemów, buduje osaczoną twierdzę kościół i całkowicie odbiera wpływ na tę instytucję tzw. środowisku otwartych katolików.

Chce mi się jeszcze czytać, fura książek czeka na przeczytanie, dopisuję kolejne do listy już bez wiary, że to się kiedyś skończy, bo każda kolejna daje nowy kontekst. Chciałam przeczytać wszystkich noblistów a tu pech chciał co roku dochodzi nowy. I za mało przeczytałam najwyraźniej, a i smaku sobie nie wyrobiłam, skoro nadal podobają mi się maksymy i sentencje, na przykład taka, że własną dorosłość poznaje się po sposobie czytania książek - już wiesz, że nie będzie czasu do niej wrócić, więc czytasz dużo uważniej.

Chce mi się także iść na Meridę Waleczną i Weź ten Walc.

Chce mi się spać.

poniedziałek, 05 marca 2012

Nie wierzę w reinkarnację, choć to ciekawa koncepcja i przy całej beznadziei pomysłu, że trzeba wszystkie złe rzeczy przeżywać na nowo, daje przynajmniej szansę na naprawienie błędów. Przerażająca jest natomiast wizja, że zapłacę za wszystkie niechcący zdeptane mrówki, ze złością zgniecione komary albo za tego ślimaka, którego w bardzo wczesnym dzieciństwie potraktowałam jako paletę malarską. Jeżeli reinkarnacja miałaby mi przynieść podobny los, to uprzejmie dziękuję. Ale jeżeli jest prawdą, że wszystko do człowieka wraca, to chcę, żeby zbiorczo wróciły do mnie rzeczy, które zgubiłam.

Nie wiem, czy gubię więcej niż przeciętny człowiek, czy po prostu dobra pamięć każe mi zapamiętywać wiele takich utrat, ale niektóre, nawet bardzo stare - bolą bardzo.

I tak: na ósme urodziny dostałam od koleżanki długopis z elektronicznym zegarkiem. Zgubiłam go w klasie następnego dnia i wpadłam potem w taką histerię, że cała klasa padła wraz ze mną na kolana celem (bezskutecznych) poszukiwań.

Albo góralski portfelik, z niewielką zawartością, pozostawiony na drugim piętrze w hallu w moim liceum. Zostawiłam go na początku przerwy i po kilku minutach go nie było.

I łańcuszek złoty, który kiedyś założyłam do szkoły, bo mi się ładnie komponował z czerwonym, sweterkiem. Powierzyłam go na czas wf opiece koleżanki, która nie ćwiczyła i zapomniałam się zgłosić do niej po zajęciach. Zrobiłam to dopiero po następnej lekcji, a ona powiedziała, że zostawiła go na parapecie w szatni. Rzecz jasna go tam nie było. Ta koleżanka to w ogóle była ciekawa osoba, taka raczej posiedzieć, niż postać, bo ciągle ładowała się w dziwne sytuacje, miała młodszego chłopaka, z którym z braku lokalu okazywali sobie miłość w piwnicy, a jej brat uciekł do Niemiec, bo ukrywał się przed mafią. Nie była za ładna a wysoka ani odrobinę, a na studiach zaczęła pracować jako fotomodelka i zarabiała na tym na tyle dobrze, że stać ją było na wynajęcie mieszkania z dużą ilością luster. Mam tylko nadzieję, że łańcuszek od babci się na  te zdjęcia nie załapał.

Stracone szaliki trudno zebrać, ale: łososiowy padł ofiarą wkładania do rękawa "żeby nie zgubić" i wypadł z tegoż rękawa, gdy w biegu wychodziłam z Empiku na Placu Wolności. Chwilę później spotkałam uroczego kolegę, który wtedy jeszcze nie był w Chinach, na Islandii, w Gwatemali, Hiszpanii, na Kubie ni w RPA, tylko wracał wzburzony z Muzeum Martyrologicznego w Żabikowie i opowiedział mi, że ekspozycja jest żenująco słaba. Czarny szalik zaginął podobnie (rękaw!) w Brovarii, kiedy byłam na baaardzo nieudanej randce, którą chętnie bym włożyła w scenariusz komedii romantycznej, takiej raczej do śmiania się niż do romantyzmu. I był jeszcze taki szalik wełniany, w krateczkę, popielaty i nadzwyczaj elegancki, który został w autobusie do Ciechocinka, gdzie z babcią J. i ojcem odwiedzaliśmy ciocię Danusię i jej chłopaka Icchaka. Dzwoniłam nawet do przewoźnika, ale szalik gwizdnął pewnie już jakiś Maxi Kaz. Dostałam wtedy w prezencie od cioci dwa polary i jadłam ciasto miodowo - orzechowe. W maju ubiegłego roku, gdy czekałam na odpowiedzi w sprawie korpoprac, poszłam z koleżanką na kawę i plotki - wtedy gdzieś na krakowskim rynku przepadł szal czerwono - różowy, opalizujący. Mam nadzieję, że komuś dobrze służy.

Prezenty od ojca to osobna kategoria. Nie wiem, jak można zgubić Biblię Tysiąclecia, z dedykacją, otrzymaną na komunię. Dedykacja i sakralne okoliczności są tu nieistotne, ale to jest bardzo solidny Buch. Przeszukałam wszystkie mieszkania, w których w międzyczasie udało mi się zagnieździć, a Biblii od roku, jak nie było tak nie ma.

Pióro Waterman. Niebieskie, bardzo eleganckie, prezent na supersłodkie 17- naste urodziny. Podczas organizacji dnia szkocko - irlandzkiego pozostawione na chwilę bez nadzoru w auli szkolnej. No i te kolczyki, które dostałam w prezencie jak zdałam cywila dwójkę. Poszliśmy wtedy z ojcem do Starego Browaru i nogi same zaprowadziły nas do Kruka. Kupiliśmy wtedy srebrne kolczyki, w kształcie prostokątów, z cyrkoniami. Zakładałam je potem na każdy egzamin i ubierając się przed obroną pracy magisterskiej w panice zaczęłam ich szukać. Nie było w szkatułce z cepelii, ani w puszcze po ciastkach, ani na szafce, ani w odkurzaczu i na ostatnim na studiach egzaminie musiałam poradzić sobie sama. Zaginione kolczyki to jeszcze brązowe bursztyny oraz jeden od pary.

Do strat bardzo bolesnych należy zaliczyć także chusteczkę z monogramem, która tkwiła w kieszeni granatowej marynarki, która to marynarka z nieporóżnionymi kieszeniami wylądowała w kontenerze PCK i bilet na koncert w operze, który zdobyła dla mnie mama, a który wylądował w książce do muzyki. Książka do muzyki została w klasie, a ja przed wyjściem na koncert zorientowałam się, że raczej nic z tego. Odwiedziono mnie na szczęście od pomysłu włamywania się do szkoły.

Trudno zliczyć długopisy, rękawiczki, czapki, klucze, słuchawki do walkmana/ telefonu (ostatnie chyba pojechały autobusem do Koszalina). Rzadko natomiast gubię książki. Jedyne co przychodzi mi do głowy to Listy do Olgi pozostawione w kawiarni w Lesku. No i nie wiem, gdzie jest mój Mistrz i Małgorzata, ale rzeczy zagubione i takie, które nie wiem, gdzie są, to odmienne kategorie.

Najbardziej w tej reinkarnacji boję się tego, że jak wrócę na ten świat kiedyś jako bezkręgowiec, to znajdę te wszystkie rzeczy, a one na nic mi się nie przydadzą.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Kilka dni temu w Galerii Krakowskiej widziałam człowieka płci żeńskiej. Celowo nie pisze kobieta, bo na pierwszy rzut oka, gdy zobaczyłam jej kurtkę alpinusa, glany, a zwłaszcza włosy piękne, długie i niezniszczone farbowaniem, pomyślałam "dziewczyna". Ale po chwili zobaczyłam jej wyposażenie w postaci syna i męża i pomyślałam, że jednak kobieta. No chyba, że plączący się jej pod nogami chłopiec nie był jej synem, a idący obok facecik – mężem, wtedy wróciłabym do pierwszego impulsu.  W pracy albo spacerując po ulicach zastanawiam się czasem, czy mijający mnie ludzie są kobietami czy jeszcze dziewczynami.  Współczesna moda i styl życia powodują, że gimnazjalistki i ich nauczycielki ubierają się mniej więcej podobnie, a podział na modę młodzieżową i kobiecą nie jest restrykcyjny i wydaje mi się, że to bardzo się zmieniło przez ostatnie 20 lat. Tak więc skoro większość dam nosi się podobnie i zachowuje w sposób równie dojrzały lub nie, niezależnie od wieku, to co decyduje o klasyfikacji do grona dziewczyn lub kobiet? Na pierwszy rzut oka: ilość przekleństw (ale to akurat zmienna środowiskowa, podobnie jak wystająca spod ubrań bielizna), kolczyki i tatuaże (ta zmienna umówmy się jest niezmienna, tzn. mało która dziewczyna gdy stanie się kobietą pozbędzie się piercingu a tatuaży to już na pewno), no i jeszcze może trwała, której u osób poniżej 40 nie widziałam. Najistotniejszą i najbardziej zmienną cechą rozgraniczającą jednak młodość od, nazwijmy to elegancko, dojrzałości,  jest zmęczenie. Zupełnie inne było czas temu jakiś i inne jest teraz. Jasne, widuję bardzo młode dziewczyny przysypiające w tramwajach i ziewające, ale nie mają w oczach takiej tęsknoty za wypoczynkiem, a pod oczami – sińców i worków na kartofle. Te już kobiety są po prostu bardziej szare, nigdy roześmiane, ewentualnie delikatnie uśmiechnięte (pewnie w oczekiwaniu na emeryturę na Gubałówce). Tu widać też perfekcjonistki, które obcięły jeszcze bardziej dobową dawkę snu, żeby położyć na oczy łyżeczki z zamrażalnika i wyrysować eyelinerem równą kreskę. Oraz zrobić śniadanie dla rodziny, zwlec dzieci z łóżka i zaprowadzić je (ubrane, umyte, spakowane i nakarmione) do szkoły.  I myślę, że one nawet nie wiedzą, że są zmęczone, po prostu tak jest i nie zmieni się do emerytury właśnie. Te ziewające kobiety z „Baby są jakieś inne” faktycznie są wszędzie. Kończąc wątek ziewania – zastanawiam się, która z opcji „kobieta” czy „dziewczyna” jest bardziej aspiracyjna.  Dziewczynki chcą być dorosłe, chcą się malować – ale przecież nie chcą musieć tego robić. Kobiety chcą być jak najdłużej młode, ale nie zatrzymają upływu czasu machając łapkami i tatuując sobie motylki na lędźwiach. Przy obecnym zatarciu granic i spostponowaniu norm może łatwo będzie pozbyć się zmarszczek i cellulitu, ale chyba łatwiej być nastolatką i staruszką niż po prostu – kobietą. 

niedziela, 11 września 2011

To cykl historyjek, który bardzo lubię. Fascynuje mnie to, w jak różnych okolicznościach ludzie zapamiętują epokowe wydarzenia i jak dobrze zapamiętuje się wtedy dni oraz źródła informacji. Nie tylko ja mam taki nawyk. Na przykład moja mama pamięta doskonale wybór Karola Wojtyły na papieża, który uczciła uciekając z zajęć z przysposobienia wojskowego, aby pić wino i grać w karty w akademiku Jagienka. 

W moim dorosłym życiu były trzy epokowe wydarzenia, które pamięta co najmniej cała Polska: katastrofa smoleńska, śmierć Jana Pawła II i, jakże by dzisiaj inaczej, 11 września 2001.

To był wrzesień po lecie ciężkich decyzji. Po maturze i egzaminach na studia powinnam była wypocząć, powinnam była wybrać inne studia, a skoro wybrałam te, to powinnam poświęcić to lato na solidne zaangażowanie w studia - nie tyle, żeby więcej się uczyć, ale choćby nie kontestować ich i wszystkiego co z nimi związane na każdym kroku. Zamiast jednak robić to, co należało, całe lato to spędziłam pracując w kampanii wyborczej i chyba nie bardzo już miałam do tego serce, bo cały czas miałam wrażenie, że coś mi umyka, tracę życie, młodość i nieliczne na firmamencie Środkowej Europy promienie słońca. Dnie spędzałam w ciemnym biurze - klitce, popołudnia na blokowiskach. Z jasnych stron tych wakacji należy nadmienić, że  były to początki korzystania przeze mnie z internetu. Siedziałam i robiłam prasówkę z ONET-u, a nagle zobaczyłam w prawym górnym rogu reklamę gry komputerowej albo filmu. Był jakiś lead o wbijaniu się samolotów w budynki w USA i pomyślałam, że to jakiś link sponsorowany - choć po prawdzie to nie mogłam pomyśleć, że to link sponsorowany, albowiem nie znałam jeszcze takiego pojęcia. Przyszło mi po prostu na myśl, że producent gry bądź dystrybutor filmu zapłacił za reklamę na stronie głównej Onetu. Dalej robiłam swoje. Po chwili musiałam coś załatwić w innej części biura, gdzie mieli radio albo więcej zaufania do stron internetowych, albo też ktoś chciał kupić sobie tę grę. Tam mi wszystko powiedziano.

W takich chwilach przede wszystkim dzwoni się do bliskich, choć właściwie to zupełnie nieracjonalne. Zadzwoniłam do ojca, który mieszkał wtedy w Warszawie na Orlej i nie miał telewizora. Słuchał radia i był zdenerwowany. Mama była na wakacjach w Zakopanem. Zeszła już z gór, miała jakieś strzępki informacji zasłyszanych radiu. Powiedziała, że jeżeli "coś jeszcze" się wydarzy, to przerwie wakacje i jak najszybciej przyjedzie.

Wieczorem pojechałam do domu i włączyłam TVN, który przełączył się na TVN 24. Oglądałam do upadłego ignorując zwierzęta domowe, aż podano numer telefonu jakiejś firmy, która miała biura w budynkach WTC. Moja potrzeba uczestnictwa w historycznym wydarzeniu była tak duża, że zadzwoniłam tam zapytać o moich krewnych, którzy wprawdzie nie pracują w tej firmie i mieszkają w Kanadzie, ale przecież mogli pojechać na wycieczkę do Nowego Jorku. Na żadnej liście ich na szczęście nie było. Oglądałam tę telewizję w szoku, patrzyłam na powtórki jakby mając nadzieję, że to jednak jest jeden wielki link sponsorowany gry komputerowej, aż w końcu koło 3.00 w nocy telewizja pokazała nie oświetlony Kabul i wybuchy nad nim. Tego było mi za wiele, a w wielkim pustym mieszkaniu zwierzęta domowe nie mogły mi przynieść ukojenia. Zadzwoniłam do mojego chłopaka, który był wściekły, że go budzę i jego złość uspokoiła moją histerię.

Pamiętam, jak media rozpisywały się o tym, że amerykańskie telewizje zmieniły swoje programy i na przykład nie nadano filmu Marsjanie Atakują.

Z okazji moich dwudziestych czwartych urodzin poszłam do Plazy na film o dzielnych strażakach z WTC. Nicholas Cage grał tam dzielnego strażaka z wąsami i problemami małżeńskimi, który zostaje przygwożdżony w ruinach WTC. Całym mitycznym arsenałem swoich min pokazywał widzom, że a) cierpi b) sytuacja przygwożdżenia, w jakiej się znalazł, z całą mocą uświadamia mu, jak lubi swoje życie i kocha szczupłą żonę. Drugi strażak, młodszy, Latynos ma żonę w ciąży i nie pamiętam, czy coś sobie uświadamia, ale pamiętam, że cała jej rodzina (choć trudno tam odróżnić rodzinę jej i jego, bo wszyscy żyją na kupie), martwi się, żeby nie poroniła. Film, o ile pamiętam - kończy się dobrze.

Do dzisiejszego popołudnia wydawało mi się, że na tym byłby koniec poruszeń związanych z tą rocznicą. Ale po obejrzeniu kilku wspomnieniowych migawek i dokumentu 102 minuty, które zmieniły Amerykę, a zwłaszcza sceny, w której przypadkowi ludzie widzą, jak samolot trafia w drugą wieżę, odszedł mi cały cynizm związany z tym wydarzeniem. Przesyt informacji i przedsiębiorstwo 09/11 to oczywiście problem, jak w przypadku każdego medialnego wydarzenia. A z drugiej strony nadal chcę wierzyć, że to była reklama gry komputerowej.

 

*napisano w ramach projektu 750 słów dziennie

środa, 20 lipca 2011

Problem niewyspania został częściowo rozwiązany poprzez zwiększenie dobowej dawki snu do sześciu godzin, jednakże tak, aby w rozliczeniu tygodniowym wypadło nie mniej niż godzin czterdzieści i osiem. Ponadto w ramach działań racjonalizatorskich usiłuję drzemać w drodze do pracy. To z kolei rodzi nowe wyrzuty sumienia.

To jest tak, że planowałam przerwy w pisaniu, przeciwnie - nagromadziłam mnóstwo tematów, zajawek oraz notatek na serwetkach i karteluszkach. Może z serwetkami przesadziłam i za bardzo wczułam się w krakowsko - kawiarnianą pozę, tak czy siak przewinęło mi się dużo tematów ważnych i mniej ważnych, pomysłów na bloga i poważniejsze trochę pisanie.

Z notatek wydziera zatem: o samotności, recenzja Dogville, o Bożym Ciele, pokorze, arogancji, rynkach, cukierniach, kawiarniach, braku sportu, podróży rowerem do pracy i wolności pomimo okoliczności. Poza tym można liczyć na kolejny reportaż z miejsca pracy, tylko muszę najpierw wystarczająco wcześnie wstać, aby wykonać odpowiednią dokumentację. Na razie wszystkie te pomysły przychodzą mi do głowy w pociągach, w pracy czy podczas półprzytomnego dogorywania po pracy. I sama nie wiem, czy fakt, że najlepsze rzeczy przychodzą mi do głowy, gdy nie mam szans ich zrealizować, nie jest po prostu produktem mojego lenistwa i pozwalającym mi trwać w przekonaniu, że mam potencjał i na tym poprzestawać.

Od kilku tygodni dręczą mnie znowu frustracje: nie można cofnąć czasu, nie da się go naprodukować na zapas, naprawienie niektórych błędów jest nierealne. Bolesne starcie się z prawdą objawioną, że nie da się niestety spędzić życia czytając Gazetę Wyborczą, Herberta albo i Miłosza, pijąc kawę i chodząc do kina. To znaczy da się, ale nie wiadomo, kto miałby za to płacić, więc to tak, jakby się nie dało. Przykra konstatacja, że choćby człowiek nie wiem jak bardzo pielęgnował, odżywiał i podlewał swoją wewnętrzną niezależność, to nieobce są mu niskie uczucia, na przykład takie jak zawiść. Strach, że życie już się powoli kończy, że nie przeczytam, nie zobaczę, nie pojadę, a przede wszystkim - nie osiągnę. I wreszcie wyrzuty sumienia, że kiedyś, gdzieś, coś tam zrobiłam źle bądź nie zrobiłam wcale, oraz że teraz, tutaj marnuję czas na rozpamiętywanie tego, zamiast po prostu robić, co jest do zrobienia. W wyrzucaniu samej sobie doszłam do takiej perfekcji, że nagle zasmuciła mnie myśl, ze być może chodziłam na zbyt krótkie spacery z psem i nie pozwalałam mu bawić się swoimi lalkami. Dodam, że pies umarł pięć lat temu, więc widzicie, że ta wiwisekcja nie jest tylko rozdrapywaniem naskórka.

Generalnie od zawsze chciałam być gdzie indziej i kiedy indziej niż byłam w danym momencie, przy czym do pewnego momentu zależało mi na przeskoku do przodu, obecnie zaś kombinuję nad tym, jak zrobić tak, żeby właśnie być po maturze i zaczynać studia. I wybrać takie, jakie by się lubiło, albo w czasie tych, których się nie lubiło robić to, co by się lubiło. Imprezować i nosić krótkie sukienki korzystając z tego, że jest się młodym. Mieć wcześnie dziecko. Nie mieć dziecka, ale mieć wczesną karierę. Wyjechać na stypendium. Wyjechać w podróż dookoła świata. Więcej rozmawiać z bliskimi. Nie palić za sobą mostów. Być milszą dla ludzi, albo przeciwnie, jeszcze bardziej bezkompromisową. Być bardziej konsekwentną bądź też mniej konsekwentną w przeszłości by stać się konsekwentną teraz. Nauczyć się porządnie języka obcego, uprawiać sporty, czytać książki, pomagać mamie w domu, malować ładnie paznokcie, mieć eleganckie ubrania i dużo na koncerty chodzić. Gdyby zatem ktoś wiedział, jak cofnąć czas o te 10 lat, niech mi tego w żadnym wypadku nie mówi. I tak nie wiadomo, co bym z tymi dziesięcioma latami zrobiła. Prawdopodobnie - to samo.

Albo zupełnie co innego.

poniedziałek, 30 maja 2011
czwartek, 19 maja 2011

Zima definitywnie się skończyła. Pisanie o tym fakcie w maju, właściwie w drugiej połowie maja wskazuje na słaby refleks piszącej, ale nie o miesiące ani układ kalendarza tu idzie, ani o temperaturę, choć o nią może z tych trzech najbardziej. Chodzi o stan ducha, a ten stał się iście wiosenny, a może nawet w klimacie dojrzałego lata.

Właściwa mi zachowawczość nie pozwala pisać, że jest dobrze, bo zawsze jest ryzyko, że jak się odtrąbi dobrostan, to potem może nastąpić pierdolnięcie. Poza tym przywykłam do chwalenia sie klęskami i dramatami, które jak chodzą, to nie parami a całymi tabunami. Jak dziś pamiętam pewien wieczór, kiedy po kilku tygodniach złych wydarzeń zadzwoniłam do B. i opowiedziałam o punkcie kulminacyjnym** tychże. Wychlipałam: Od tygodni budzę się z przekonaniem, że nie może być gorzej i codziennie okazuje się że jednak może. Na to B., która była wtedy na imprezie w kawalerce i żeby móc ze mną spokojnie rozmawiać schowała się pod stosem kurtek, starała się w swój zduszony głos włożyć bezmiar optymizmu i wyksztusiła Ale dobre jest to, że teraz już NAPRAWDĘ  nie może być gorzej. To naprawdę powiedziała caps lockiem. Serio.

W czasach, gdy jest dobrze fajne jest to, że ma się więcej odwagi, że na liście "to do" zapisuje się nowe rzeczy z wiarą, że faktycznie się je zrobi. Następuje też zagięcie czasoprzestrzeni. Poznań przestaje być taki straszliwie daleki, w czym wydatnie pomaga perspektywa tego, że będą bezpośrednie loty z Krakowa. Czas się trochę komplikuje - ponieważ człowiek nie leży w letargu i decyzja o pójściu do kuchni po szklankę wody nie zajmuje kwadransa, to robi znacznie więcej. Wychodzi z domu. Pragnie spotykać się z ludźmi. Pisze. Czyta. Nadrabia zaległości i więcej rzeczy robi spontanicznie przy jednoczesnym zwiększeniu skupienia - mniej robi literówek, rzadziej miesza kolory w pralce, mniej gubi rzeczy. W ostatnim czasie jedynie kluczyk od skrzynki na listy, ale o tym, zwłaszcza przed dziennikarzem muzycznym - cicho - sza!

Z drugiej strony, przez to, że się wierzy w możliwość zrobienia wielu rzeczy, to czas ten się wyjątkowo skraca. Nagle się okazuje, że w ciągu najbliższej doby, trzeba się spotkać z koleżanką, odpisać na 100 maili, nauczyć się całego angielskiego i niemieckiego, zrobić prezentację, przegrupować wyniki jednej ankiety, wybrać strój na rozmowę o pracę, przygotować brykę do odpicowania, iść do biblioteki. Dużo tego wszystkiego, ale że jest dobrze, to nie przytłacza, tylko mobilizuje. Ach, gdyby można było ten stan zapakować w słoiki i zakonserwować jakoś, żeby wystarczył na cały rok, a nie tylko na jeden sezon!

Aby jednak nie zostawić Was, drodzy czytelnicy, z wrażeniem, że jestem jakimś radosnym promyczkiem szczęścia, to muszę przyznać, że jednak coś mnie męczy. Zadawniona choroba, której źródeł doszukuję się w szkole podstawowej. Wtedy bowiem przeczytałam Kamienie na szaniec, a potem hurtem całą dostępną literaturę powstańczo - wojenną, jaka była dostępna w szkolnej bibliotece. To fascynujące, że w szkolnych biblioteczkach nie ma literatury erotycznej, za wyjątkiem Pieśni nad pieśniami i Chłopów, a są tak pięknie budujące mit bohaterstwa opisy, jak szaroszeregowi harcerze są w wymyślny sposób dręczeni przez gestapo. Opis agonii Rudego śni mi się po nocach do dzisiaj.  Jak w kinie nie jestem w stanie patrzeć na tortury i z tego powodu przestałam oglądać Czas Honoru, tak ich opisy czytałam drobiazgowo zadając sobie obrzydliwe pytania Ile bym zniosła? Mieliśmy w klasie w tym czasie fazę na wykręcanie ostrz od temperówek, nacinanie nimi rąk i sprawdzanie swojej wytrzymałości, aż cud że nie zaczęliśmy wyrywać sobie paznokci. W tymże czasie kolega sprawdzając, czy można stracić przytomność rzucając się głową na podłogę złamał sobie rękę. Tak więc literatura patriotyczna miast budować w nas hart ducha, narażała na szkody nasze ciała.

Wszystko to odzywało się we mnie czasami, przy okazji czytania Hanny Krall (która wszakże okrucieństwem nie epatuje), lektury pewnego wywiadu z Aliną Margolis o rzezi Ormian, czy też reportaży o Tybecie. Za każdym razem kołatało się pytanie, ile można znieść, ile wytrzymać, co się dzieje z człowiekiem, kiedy nie może już nic w udręczeniu zrobić, a zabić się nie ma możliwości. Te złe pytania teraz wróciły, najpierw za sprawą książki Joanny Siedleckiej Obława, a następnie sobotnich Wysokich Obcasów i wywiadu z Magdaleną Zarzycką - Radwan o losie jej rodziców w stalinowskich więzieniach. Tortury, udręczenie, okrucieństwo i społeczne potępienie - to wszystko jakoś kołacze mi się po głowie, o ile nie w snach, to w wizjach półsennych. Demony zaszczepionej w szkole miłość do ojczyzny bolesnej tlą się i kołatają mimo słońca w sercu i na firmamencie. Przecież nie chciałabym tego sprawdzenia siebie, a pytanie ile zniosę jawi mi się jako nieprzyzwoity zakład z bogiem albo z diabłem.

Mam oczywiście odpowiedź, co powinnam z tym zrobić. Powinnam najpierw znieść długą rodzinną opowieść o tym, jak wyglądało stalinowskie więzienie, ile tam było bólu i upokorzenia. Powinnam zebrać się na odwagę i przejść przez własną historię, usystematyzować ją. Ale wiem, że to nie będzie prawda, która wyzwala - przeciwnie, będzie to zanurzenie w tej samej martyrologii, która teraz jest biała i czerwona, a stanie się bardziej niebieska i żółta.

Żeby jednak potraktować sprawę konstruktywnie, trzeba będzie się wziąć do pracy piśmienniczej większej niż blog. Jak w tych samych Wysokich Obcasach powiedziała Hatalska ...im więcej mam zajęć, tym mam więcej czasu. Bo jak człowiek ma mało zajęć, to się tak poprzewala, posnuje, poskacze po kanałach i traci czas.

*Rozbieżność między tytułem a treścią wpisów bywa irytująca. Wiem, ale nic a nic nie poradzę.

** Następny wpis będzie o mojej polonistce z liceum. Ponieważ staram się dbać o kulturę słowa, to napiszę tylko, że nie była sympatyczna i do erudytek bym jej też nie zaliczyła. Na jednej z lekcji o teorii literatury podała nam definicję punktu kulminacyjnego. Otóż Punkt kulminacyjny posuwa akcję do przodu. Eh, pewne prawdy na zawsze pozostaną niezapomnianymi.



poniedziałek, 21 marca 2011

Nie jestem zbyt dobra w networkingu.

Straszną frajdę sprawia mi znajdowanie połączeń między ludźmi, wszelkich koneksji, formalnych, rodzinnych, towarzyskich i miłosnych powiązań. Lubię odkrywać z kimś wspólnych znajomych, albo nawet odkrywać, że ktoś inny z kimś innym takich ma. To nie jest trudne, bo pamięć do zdarzeń i okoliczności dla mojego życia trzeciorzędnych mam gigantyczną.

Na studiach na przykład pamiętałam bez trudu terminy egzaminów moich znajomych, w tym te terminy z których się wypisali. Pamiętałam ich oceny, a bywało że pytania. Żeby z taką samą lekkością szło mi zapamiętywanie instytucji prawnych, przesłanek wznowienia postępowania czy warunków zostania małym świadkiem koronnym, to teraz biegałabym być może w todze z zielonym kołnierzem zagiętym na 13 kontrafałd.

Tak więc pamiętam różne wydarzenia z życia innych ludzi, ich daty urodzin, zainteresowania, powiązania między nimi. Ba, czasem w zrywie odwagi zdarza się mi wysłać komuś coś, co go potencjalnie będzie interesowało - link do filmiku, artykułu, czy oferty pracy.

Mam zatem potencjał do tego, żeby tworzyć net. But it doesn't works. Bo cóż z tego, że ja o tycb różnych ludziach pamiętam, skoro daję o sobie zapomnieć. Czasem nawet mi się wydaje, że moi bliscy muszą mieć dużo determinacji, żeby tymi bliskimi być. To nie przypominanie o sobie, nie dzwonienie, nie pisanie, to ciągła historia o tym, że będę mogła zrobić coś fajnego dla siebie czy innych (wysłać kartkę, wyjść do knajpy, urządzić imprezę, dać z rozmysłem prezent), jeżeli spełnię jakieś warunki. A warunki te potrafią być tak wielostopniowe i nawarstwione, że wiadomo, że ni ch...olery spełnić się ich nie da.

Mam sporo takich przyjaciół, którzy cieszą się niezwykłą umiejętnością utrzymywania kontaktów. Zrobię od czasu do czasu jakąś imprezkę, na urodziny wyślą nie tylko sms, ale i pocztówkę, dbają o spotkania, pokażą mailem zbiorówką zdjęcia z wakacji, albo będą autentycznie przeżywać narodziny cudzych dzieci. Zawsze mnie to wzrusza.

Jeszcze bardziej dziwi umiejętność efektywnego networkingu u tych ludzi, którzy ani nie są uroczy, ani sympatyczni, ani porywająco inteligentni. Potrafią jednak utrzymywać kontakty, puszczać w niepamięć urazy i mieć co najmniej poprawne relacje z mnóstwem ludzi.

Niestety moja dobra pamięć, to też pamięć złych rzeczy. I to nie tylko tych złych, które ktoś zrobił mnie, ale także tych, które ja zrobiłam innym. W pierwszym przypadku po prostu schładzam relacje i swoją pełną szlachetnej urazy postawą demonstruję swemu adwersarzowi, jak marnym jest puchem. Lub ewentualnie powiem kilka serdecznych słów, takich, po których nie ma już czego zbierać.

Natomiast jeżeli to ja coś spieprzę, to sprawa jest cokolwiek gorsza. Sypanie głowy popiołem nie przychodzi mi łatwo, jak już wyciągnę rękę i przyznam się do błędu, to bywa za późno. No lekko nie jest.

Nauczona przykładem Earla postanowiłam zrobić listę osób, którym coś wiszę. Tak uczciwie pisząc, to na tej liście na pierwszych kilku miejscach powinnam być ja, bo wiszę sobie kilka tysięcy dni, które powinny być wesołe a były smutne, rozwijanie zainteresowań i zgodę na pasje, zaangażowanie w życie studencko - towarzyskie i pokonywanie wyzwań zamiast przeżywania dramatów.

Ale wychylając nos poza egocentrum: jest lista. Obejmuje ona 40 nazwisk, od błędów całkiem aktualnych, po bardzo stare. Od przewin naprawdę solidnych, kiedy wiem, że kogoś zawiodłam, po drobiazgi, jak nie odpisanie na maila albo nie napisanie, że nie będzie mnie na imprezie. Zresztą kto wie, czy takie małe grzeszki nie ranią innych równie mocno, jak wielkie krzywdy.

Jeszcze nie wiem, co zrobić z tymi wszystkimi osobami. Jak na przykład wynagrodzić stratę pewnej starszej pani, której mój ojciec przed swoim wyjazdem do USA powiedział, że będę ją odwiedzać, a ja tego ani razu nie zrobiłam. Ojciec, dodajmy, wyjechał tam w 1991 roku. Albo też, jak mam zadośćuczynić koleżance, za którą nie przepadam szczególnie, ale która okazuje mi strasznie dużo sympatii i zainteresowania, a nawet wysyła mi życzenia imieninowe, zaś ja ją ignoruję koncertowo. Albo też co zrobić ze znajomą, która pewnego lata przynosiła mi kilogramy owoców, a ja się nie odwdzięczyłam nic a nic, chyba żeby liczyć, że nauczyłam ją jak jeść groszek.

Ech, w przerwach szukania pracy i pisania recenzji przyjdzie mi jeszcze nad tą listą podumać. Mam tylko nadzieję, że to odkupywanie win nie zawiedzie mnie, tak jak Earla, do więzienia.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi