Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.

wino

środa, 28 listopada 2012

Po dwumiesięcznym pobycie w Warszawie i Wielkim Wyjeździe na Węgry wróciłam do rytmu comiesięcznych podróży do Poznania. Podróży!? Odysei, tułaczki, która przy tym tempie wydłużania czasu dojazdu przez PKP niedługo będzie trwała więcej, niż podróż koleją transsyberyjską, że sobie pozwolę na takie wyświechtane porównanie.

Kupiłam sobie bilet podróżnika, który ma bardzo adekwatną do mojej sytuacji nazwę, a do niego miejscówkę na pierwszą klasę do pociągu do Warszawy - tam miałam się przesiadać na pociąg do Poznania.

Po powrocie do domu udaliśmy się z dziennikarzem muzycznym na obiadokolację połączoną z rendez-vous, które przeciągnęły się na tyle, że postanowiłam pojechać nocnym Przemyślaninem. Po przyjeździe na dworzec kupiłam kolejną miejscówkę na pierwszą klasę, wodę mineralną i udałam się na peron, z którego powinien był odjeżdżać mój pociąg, ale nie było go tam, za to były dwa inne - do Gdyni i Wiednia oraz duża ilość sokistów, których obecność radykalnie zmniejszyła moje poczucie bezpieczeństwa. 

Przemyślanin, poprzedzony wędrówką ludów poinformowanych o zmianie peronu, wjechał  z półgodzinnym opóźnieniem i poszłam szukać swojego miejsca w tym pociągu. Ku mojemu zaskoczeniu miałam cały przedział dla siebie, co wyjątkowo nie wzbudziło mojego entuzjazmu. Socjopatia socjopatią, ale całonocną podróż lepiej spędzić w przedziale z ludźmi - parą taterników, nauczycielkami, a nawet mamą z nadaktywnym trzylatkiem. Gdy tak stałam w przedziale i zastanawiałam się jak żyć, do przedziału wbiło dwóch chłopaków, w tym jeden z piercingowym ADHD na twarzy i w Russian English zapytali mnie, czy mówię po angielsku. Kiedy potwierdziłam, zapytali mnie, czy to ten pociąg, na który mają bilety, a ja w Ponglish wyjaśniłam im, że owszem i gdzie mają miejsca. Gdy poszli, nadal trwałam w niezdecydowaniu (rozsiadać się czy szukać miejsca gdzieś indziej) i moment mej zadumy wykorzystał mężczyzna zapytując mnie, po polsku, czy mówię po polsku, po niemiecku czy po angielsku. Kiedy przyznałam się do znajomości wszystkich tych języków zapytał mnie, czy to ten pociąg, na który ma bilet, a ja po polsku wyjaśniłam mu, że owszem i gdzie ma miejsce. Odchodząc wyraził podziw dla faktu, że znam trzy języki i wyraził przypuszczenie, że pracuję na uczelni. Aha, na uniwersytecie życia.

Postanowiłam, że do Gliwic dojadę w swoim przedziale, na Śląsku na pewno się ktoś dosiądzie, a jak nie, to ja dosiądę się do kogoś. I faktycznie, w Gliwicach do przedziału weszło trzech mężczyzn - jeden czterdziestoparoletni i dwóch młodszych od niego o połowę. Zanim się dobrze rozsiedli to się rozpachnili i nawet nie musieli mówić, że są bezdomni, poczułam to od pierwszej sekundy.

Starszy gość rozsiadł się wygodnie i puścił wiązankę pod adresem nieobecnej konduktorki, która chwilę wcześniej wypisała całej trójce bilety kredytowe.

- Głupie babsko - powiedział w podsumowaniu - na takie dokumenty, jakie jej pokazałem, nawet najgłupszy policjant by się nie nabrał.

I uspokoił swoich towarzyszy, że nie zamierza za ten bilet płacić, czego i im nie zaleca. Następnie panowie omówili kwestię sklepów monopolowych w Poznaniu, że jest chujowo i koło dworca nic nie ma i przenieśli swoją uwagę na mnie. Przez kilka lat pracy jako kurator społeczny wypracowałam sobie zestaw min, tonów i półsłówek pod hasłem "radzę dobrze nie zaczepiaj mnie", a dzięki ich implementacji panowie uznali swoje własne towarzystwo za atrakcyjniejsze od mojego. Mnie zaś pozostała do rozstrzygnięcia kwestia znalezienia odpowiedniego momentu do opuszczenia przedziału (siedziałam przy oknie).

Starszy z współtowarzyszy mej podróży opowiadał o kolorowym życiu bezdomnego w Niemczech. Tam nie jest tak badziewnie jak w Polsce. Siedzisz sobie z kubkiem na kasę pod sklepem i nie, że zbierasz na tanie wino, nie po lewej ręce masz bowiem piwko, wódeczkę i łiskacza. A zbierasz na hotel i prostytutkę, czyli na to, czego bezdomnemu najbardziej potrzeba. Opowiadał jeszcze o tym, że poszedł parę miesięcy temu po buty do organizacji pomagającej bezdomnym. Kobita chciała mu dać nike, ale on nie lubi miękkich butów, więc powiedział, że są za wąskie i wreszcie dostał martensy. I faktycznie miał na nogach dziesiątki z żółtą nitką.

W okolicach Kędzierzyna Koźla dwóch panów postanowiło się odświeżyć i udali się do toalet. Uznałam to za dobry moment, aby wziąć swoją czerwoną walizkę i zmykać. Szłam przez swój wagon pierwszej klasy szukając pary taterników, ale nic z tego - albo całe przedziały zapchane, albo zachlane, albo zaspane na całej długości siedzeń. W toalecie kolejnego wagonu palono marihuanę i w końcu znalazłam przedział wypełniony śpiącymi kobietami, do którego się dosiadłam. Była to już druga klasa, ale co robić, gdy w twoim przedziale pierwszej jadą bezdomni na biletach kredytowych.

Droga powrotna przebiegła bez zakłóceń - pociąg via Łódź ukołysał mnie do snu i pozwolił odespać krajowe i zagraniczne wojaże. Nie do tego stopnie jednak, abym nie zaspała nieco w poniedziałek rano - obudzona o 8.10 nie zdążyłam na pociąg o 8.32.

Na szczęście złapałam ten z 8.14. God bless PKP.

środa, 26 września 2012

W ubiegłym tygodniu w pracy odbyły się potrójne urodziny. Dwie jeszcze dwudziestokilkulatki i ja dostałyśmy prezenty. Mnie w udziale przypadło "Pięćdziesiąt twarzy Grey'a", chciałoby się napisać - w języku Shakespeare'a, choć nie jestem pewna, czy William byłby z tego zadowolony. Zupełnie się nie spodziewałam jakichkolwiek uroczystości, więc autentycznie się wzruszyłam.

Jedna z ubiegłotygodniowych jubliatek zaprosiła nas w dniu swoich urodzin na rumuńskie wino, więc zamiast jak na prawdziwego leminga przystało (czy istnieje zgrabna forma żeńska leminga, bo leminżyca jakoś nie wygląda?) iść na zumbę, udałam się trzy piętra wyżej spożywać kolektywnie alkohol. Czego się nie zrobi dla zdrowia koleżanki pracy i wzmacniania team spirit?

W tych szczytnych celach siedziałam parę godzin na podłodze pokoju hotelowego pijąc wino rumuńskie, białe półsłodkie, a następnie wino chilijskie, czerwone wytrawne, a następnie czystą colę i wreszcie odmawiając drinka z polską wódką, a także dając się wodzić na pokuszenie paczce chipsów Lays paprykowych. Gdy tak siedziałam wśród całkiem sympatycznych ludzi, trochę sobie z nimi żartując, przez chwilę bawiłam się całkiem dobrze. Podobnie wczoraj, kiedy to oblewałam czyiś awans społeczny osiągnięty dzięki świeżemu wyższemu wykształceniu - było mi miło. No właśnie - miło, ale nie ekscytująco, cały czas dręczyło mnie poczucie bycia za ścianą. I gdy tak wracałam tuż przed północą przez Warszawę (poniewczasie, czyli w 1/3 drogi przypominając sobie, że wobec ostatnich prób napadów oraz informacjach o kradzieżach czy pobiciach to jednak jest niebezpieczne i obiecując sobie na przyszłość brać taksówkę) przyszło mi do głowy, że może ta trudność w relacjach z ludźmi niejedną ma przyczynę.

Raz, że ostatnio naprawdę bardzo rzadko zdarza mi się naprawdę zaangażować w kontakt z ludźmi, zwłaszcza takimi, którzy nie są moimi znajomymi od lat i z którymi nie wiąże mnie sieć zależności czy inna gęstwina wspomnień. Czy to kwestia dorosłości, czy tego że tak naprawdę przyjaźnię się teraz z dziennikarzem muzycznym i Facebookiem, czy może rozsądku i w związku z tym rezerwy wobec obcych w sumie ludzi - tak czy owak moje kontakty społeczne są jakoś zamrożone. Ale może, skoro od jakiegoś pół roku czuję się dorosła, tak właśnie ma być.

Po wtóre, przypomniałam sobie tych kilkadziesiąt warszawskich wieczorów spędzonych na piciu wina i paleniu fajek, w różnych konfiguracjach towarzyskich, że zawsze wszystko to niesamowicie zbliżało ludzi, prowokowało wyznania i poczucie wspólnoty. I że to wszystko nie było nieprawdziwe, ale traciło aktualność, gdy skończyło się wspólne bieganie do monopolu, przytrzymywanie włosów podczas wymiotowania i leczenie kaca.

Po trzecie, zastanawiam się jaki wpływ ma aktualna praca, polegająca na uzupełnianiu tabelek. Znajomy informatyk opowiadał niedawno, że gdy dużo programuje, to traci umiejętność nawiązywanie emocjonalnych relacji, zaczyna mieć z relacje z ludźmi traktować zadaniowo. Moje tabelki to nie to samo, ale może coś jest na rzeczy.

Po czwarte, zaczęłam się zastanawiać co się wydarzy, kiedy poczuję z jakimiś ludźmi ogromną przyjacielską więź. Skoro nie zdarzyło się mi to od dawna, to na ile będzie to mocne, determinujące przeżycie. I czy jest możliwe w tych warunkach, kiedy dla wszystkich, ze sobą samymi ma się tak mało czasu, że po prostu odhacza się kolejne rubryczki w checkliście. W przeczytanych niedawno wywiadach Agnieszki Dorotkiewicz "Jeszcze dzisiaj nie usiadłam" prof. Roch Sulima pięknie i bardzo prawdziwie mówił o tym, że do prawdziwego kontaktu z drugim człowiekiem brakuje nam bezinteresowności. I nie chodzi tu o "interesowność" jako załatwianie czegoś, tylko właśnie taki moment zawieszenia, braku przymusu, kiedy może tworzyć się prawdziwa więź.

Ciekawe, czy to jeszcze możliwe.

sobota, 28 maja 2011

Ostatnich kilka dni jest sponsorowanych przez blogi, prawdziwych warciarzy i czekanie.

Nienawidzę czekać. To znaczy - czekanie w kolejce dajmy na to u lekarza ma swoje zalety, człowiek bez wyrzutów sumienia może sobie poczytać jakąś kolorową, pachnącą biedą gazetkę, pomyśleć, powyobrażać sobie oraz poroztrząsać. Takie czekanie jest całkiem ok. Tym razem jednak czekam na poważne rozstrzygnięcia, życiowe w pewnym sensie, na nic już nie mam wpływu. Nie jest to zatem oczekiwanie, które wymaga jedynie zapełnienia luki czasowej i jest w gruncie rzeczy odpoczynkiem, tylko takie czekanie w present simple, paraliżujące jak strach. Co będzie jak "tak" i jak przeżyję "nie", nie da się w trakcie takiego czekania zrobić nic sensownego, nawet dokończyć czytania rozdziału o prześladowaniu Wańkowicza przez UB się nie da, ogarnąć tak złożonej czynności jak wyjazd do Poznania się nie da, da się natomiast popłakiwać, polegiwać no i jeść - to da się prawie zawsze. Czekam tak i snuję się od środy, jestem na progu wytrzymałości, a dziennikarz muzyczny to już nawet za tym progiem jest i mówi, że mnie zabije, więc jakbym zniknęła to wiedzcie co i jak. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że popadłam w taką traumę, histerię, bezwład i cierpienie, że jak już się dowiem że jednak tak, to nawet się nie ucieszę, tylko poczuję ulgę.

Co ciekawe, czekanie związane jest z pewnym spotkaniem, na którym byłam późnym latem w ostatnim roku pierwszego dziesięciolecia XXI wieku. Na tym spotkaniu był taki jeden przedsiębiorczy kolega, który obficie tłumaczył mi, gdzie szukać pracy w Krakowie i podrzucił jako jeden z pomysłów firmę, będącą przyczyną moich bieżących cierpień. Na tymże spotkaniu było także dwóch prawdziwych warciarzy.

Warciarz jeden przewinął się przez moją świadomość w związku z pewnym nowopowstałym blogiem, odkryłam bowiem przy okazji, a dzięki dobrodziejstwu Facebooka, że on bardzo lubi pewną bliską mojemu (aktualnie skołatanemu) sercu audycję muzyczną. To znaczy nie wiem, czy lubi bardzo, ale dał jej lajka, więc może jednak lubi.

Drugi warciarz przypomniał mi się dzisiaj po przeczytaniu wpisu jubilatki o melancholii. Pewnie przez czarny płaszcz, bo i płaszcz był ważny w moim widzeniu drugiego warciarza.

Wszyscy warciarze trzymali się razem, ale najważniejsza była pierwsza trójka. Numer jeden był najładniejszy i podobno najbardziej romansowy, numer dwa najzłośliwszy, a numer trzy - prawdziwy intelektualista. Tak po prawdzie wszyscy trzej byli intelektualistami i strasznie mi te paręnaście lat temu imponowali zarówno swoją wiedzą, jak i bezkompromisową postawą życiową. Na przykład opowiadali mi ze smakiem, jak poszli na lektorat z angielskiego, na pierwszych zajęciach spytali ile można mieć nieobecności, a na wieść o tym, że dwie - natychmiast wyszli. Poza tym pili alkohol. Dużo. Ich picie było legendarne, choć chyba trochę mitologizowane, w każdym razie krążyła anegdotka o tym, że kiedyś mama posłała jednego z nich do psychologa, ponieważ pieniądze, które dała mu na piwo on przeznaczył na pizzę.

To ich picie miało jednak wymiar romantyczny. Rzadko chodzili do klubów, częściej siedzieli w zadymionych barach, pili wódkę i rozprawiali o polityce albo wręcz literaturze. O wolności, wartościach, narodach, żydach, dziennikarstwie. W każdym razie tak mi się przedstawiali, bo nigdy nie słyszałam od nich, że idą na dupy. Drugi warciarz miał w zwyczaju noszenie płaszcza z postawionym kołnierzem, co przy całej jego abnegacji dawało obraz nadzwyczaj stylowy. Z kieszeni tego płaszcza sterczały pliki papierów, książki i Gazeta Wyborcza.

Kiedyś, gdy w biurze, które było naszą ogniskową, siedziałam na podłodze i czytałam Cortazara, przyszedł strasznie skacowany, w tym płaszczu w jodełkę i opowiadał o swojej balandze.

- Siedziałem u X, piliśmy wódkę. Skończyliśmy o piątej, wyszedłem od niego i wiesz... Tak idę przez miasto, latarnie świecą, dookoła kałuże, unosi się lekka mgła, widzę, że z kieszeni wystaje mi gazeta. I tak się poczułem... Jak bohater Dostojewskiego.



wtorek, 28 grudnia 2010

Dzisiejszy wpis należy zaliczyć do rzadkiego na tym blogu cyklu wpisów plotkarskich. Bo ja generalnie piszę o sobie i trwam w nieustającej wiwisekcji, co w rezultacie utrudnia mi poskładanie się w całość. Co nie jest dziwne, bo po wybieraniu i oglądaniu pod mikoroskopem flaczek po flaczku trudno się spodziewać, żeby podmiot tej wiwisekcji był kiedykolwiek ogarnięty. W każdym razie ja nie jestem.

Ale dzisiaj miało nie być o mnie, tylko o plotach. Wczoraj bowiem byłam na wieczorze panieńskim. Nadchodzi taki wiek w życiu kobiety, kiedy chadza na wieczory panieńskie, na śluby, na wesela nawet, ani się obejrzy, a będzie chadzać na chrzciny i pierwsze komunie, bar micwy i konfirmacje potomstwa swoich koleżanek z klasy. Panta rhei i tylko niektórzy stoją w miejscu i robią notatki.

Ale przecież miało nie być o mnie. Wieczór panieński tym razem nie miał w dekoracji kształtów fallicznych, tylko czerwone wino, wachlarze oraz motywy japońskie, a przede wszystkim - wspomnienia z liceum. Podczas pierwszej części wieczoru przyszła panna młoda zażywała masażu relaksacyjnego, w czasie którego leżała odziana jedynie w jednorazowe majtki w rozmiarze XL, co ją niezmiernie stresowało. Druga część odbywała się w sympatycznym tapas barze, gdzie odbyły się tradycyjne wieczorno panieńskie konkursy (czyja to stopa?), padały podchwytliwe pytania (Jaki kolor zdaniem narzeczonego lubisz najbardziej?) oraz grano we wspominki z czym kojarzy się pannie młodej dany rekwizyt.

Przyszła panna młoda jest żywym srebrem, iskierką i w zasadzie nie trzeba jej było do wspomnień animować. Opowiadała z humorem o wszystkich swoich romansach, o chłopaku, którego ojciec miał na imię Niedźwiedź, o prześladującym ją amancie (Wychodzę na balkon, patrzę, a na drzewie siedzi Adrian!), oraz o tym, że nadal nie wyprała chustki z Wiednia.

Cały nasz wypad do Wiednia zasługuje na odrębną opowieść, a nawet kilka. W każdym razie w akademiku, gdzie w czwórkę mieszkałyśmy, żyło też kilku Kurdów. Jeden z nich był wyjątkowo przystojny, był też uchodźcą politycznym więc kochałabym się w nim bez pamięci, nawet gdyby był brzydki jak noc. Nie byłam w tym zachwycie odosobniona, niestety moje szanse w porównaniu z przyszłą panną młodą były marne. Nie wiem, czy wyszyscy mężczyźni wolą blondynki, ale Kurdowie na pewno. Tak więc siedemnastoletnia obecna przyszła panna młoda przeżywała swój romans z przystojnym Kurdem, ja zaś wypytywałam go o sytuację więźniów politycznych w Iranie, z nią chodził na randki i całował się w parku, a nam wszystkim zapatrzonym w niego dziewczętom czytał swoją poezję ("Twoje oczy są jak ocean, a ja jak łódka kołysząca się na jego falach" - bardzo mi się to podówczas wydawało głębokie), wszystkim zaś opowiadał o swoich licznych ex.

Na pożegnanie koleżanka, która za chwilę zmieni stan cywilny dostała od  niego apaszkę ze sztucznego jedwabiu, w której często chadzał. Apaszka ta do dziś leży w foliowym woreczku, niewyprana.

Po letnim romansie z Kurdem przyszła panna młoda związała się z kolegą ze szkoły. Chodził do młodszej klasy, był brzydki, ale charyzmy nie sposób mu było odmówić. Po ich burzliwym rozstaniu koleżanka we łzach udała się do innej koleżanki i wypłakiwała się straszliwie. Po czym zrobiła listę w punktach "Jaki powinien być mój chłopak". Wczoraj próbowała sobie przypomnieć, co na tej liście dziesięciu punktów było i zapamiętała tylko jeden:

- Powinien być dobry z historii.

I nie mogę się nadziwić, że wtedy życie wydawało się nam takie skomplikowane.

poniedziałek, 27 września 2010

Od kilku dni mam zamiar napisać notatkę i co chwila przychodzi mi do głowy inny pomysł. Najpierw miało być o pędzlu do pudru, ale miało zacząć się od tego, że kolega, który lubi przebijać się w mediach i raz mu się to harakiri prawie udało, napisał kiedyś tekst o prysznicu. Potem miało być o urodzinach, że jedne są fajne a inne nie, na przykład z okazji osiemnastki poszłam na Gwiezdne Wojny i to było okropne, a z okazji tegorocznych byłam w Komornikach, na ślubie, na pierogach i na Cytadeli i było cudownie.  Potem chciałam napisać, o kilku swoich małych obsesjach, na przykład niechęci do przejść podziemnych, piwnic oraz psów rasy york. Miałam w bowiem w kończącym się własnie tygodniu jeden wieczór, kiedy jadąc z Muranowa na Powiśle widziałam cztery yorki, jednego dobermana oraz pekińczyka. I mówię Wam - z tymi yorkami to się kiedyś źle skończy, one patrzą tymi oczami wyrażającymi bezdenną głupotę, ruszają tymi małymi główkami, pyszczki mają tak pluszakowo - niewinne, ale one kiedyś zawładną światem. I zamiast święta Trzech Króli będziemy mieli wolne w Święto Trzech Yorków, Yorka w koronie, globanle ocieplenie i totalne ocipienie. I wilk zje słońce, a co!

 

Do żadnego z tematów nie przywiązałam się jednak na tyle, żeby móc napisać coś więcej. W sumie z pomysłami na notatki blogowe jest u mnie tak samo jak z pomysłami na życie zawodowe - kilka razy w tygodniu przychodzi mi do głowy genialny pomysł, ale żaden nie kusi mnie na tyle, by go pociągnąć, pogłębić i konsekwentnie rozwinąć.

Dzisiaj wyprowadzała się ode mnie koleżanka. Mieszkała u mnie w związku z nową pracą od dwóch tygodni i dzisiaj zmieniła lokalizację na mieszkanie nieco bardziej samodzielne na Żoliborzu. Koleżanka jest naprawdę piękna, więc Żoli pasuje do niej bardziej niż swojskie Powiśle. Nic nie idzie jednak lekko - nie mogłyśmy otworzyć drzwi do mieszkania, mieszkająca daleko stąd właścicielka nie umiała nam pomóc, za to bardzo pomocni okazali są sąsiedzi, z których jeden zaprosił mnie do swojego mieszkania z sugestią, żebym włamała się do koleżanki przez balkon. Pomysł zarzuciłam, ale walczyłyśmy z kluczami dzielnie, kopałyśmy drzwi głośno lub też - siedziałyśmy zrezygnowane na schodach dzwoniąc do swoich chłopaków. Obrazek nas dwóch z telefonami, wpatrujących się w drzwi jak cielęta w malowane wrota i podrywających się z nagła, aby te drzwi sforsować mógłby być demotywatorem bez żadnego komentarza. Ostatecznie w oczekiwaniu na inne klucze zostawiłyśmy bagaże u sąsiada, który chciał ze mnie uczynić kaskaderkę i bez wiary w sukces poszłyśmy do Żywiciela na wino czerwone domowe. Dobre.

Dzięki bogu siatka społeczna działa. Z Wrocławia przyjechała strażniczka dwóch innych kompletów kluczy, drzwi udało się otworzyć, sąsiad oddał dobytek koleżanki, a ja załapałam się na świętowanie urodzin Johna Zorna.

Tagi: Powiśle York
00:04, tennesee , wino
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 sierpnia 2010

Bar zalany był wiśniówką. Nie zarejestrowałam momentu jej rozlania, nie wiem czy to barmance zadrżała ręka, czy też jeden z konsumentów na chwilę postanowił odroczyć dożynanie swojej wątroby. W każdym razie na pustawym barze rozlewała się czerwonawa, lepiąca się ciecz o aromacie identycznym z naturalnym i dynamicznie zmierzała do potwierdzenia istnienia prawa grawitacji. Był jeden bohaterski człowiek, który uchwyciwszy słomkę postanowił uratować drogocenny trunek i spijał, czy wsysał raczej napój prosto z baru. Niestety, grawitacja działała szybciej i wiśniówka dotarła do krawędzi. Tam ściekała jak syrop, a lepkie krople spadały na podłogę oraz beżowe, bardzo eleganckie skórzane buty jednego z klientów.

Ponieważ towarzystwo, z którym się bawiłam, nieustannie wmawiało mi dziecko w brzuch (i nie jest to żadna paralela) lansowałam tezę, że w ciąży pijam tylko Martini, a nawet dawałam tego żywy przykład, choć w ciąży nie byłam. Martini nastraja mnie sentymentalnie, a może z to wiekiem robię się sentymentalna, a może zawsze taka byłam - tak czy siak w ostatni letni weekend pojawiło się u mnie żywe wspomnienie pierwszego weekendu czerwca, kiedy to spacerując nad Wisłą z kimś uderzająco podobnym do mnie ubolewaliśmy, że niedługo będzie jesień. Jest jeden muzyczny,  łącznik między tamtymi dniami wschodzącego lata, a dzisiejszą zimną i deszczową niedzielą. Jest to piosenka, na którą reaguję jak Renata Dancewicz w czwartej minucie na wódkę, piosenka straszna, przesłodzona, potwornie lewacka i nie tylko utopijna, ale też obrzydliwie nieprawdziwa. Kwartał temu, bodczas weekednu, którego już nie będzie, słyszeliśmy ją dwa razy, za każdym obficie komentując, natomiast dzisiaj przypadkiem obejrzałam luksusowy, bajkowy, w gruncie rzeczy pełen hipokryzji teledysk. I słowa niestety słyszalam też.

 

22:05, tennesee , wino
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 sierpnia 2010

a w zasadzie tylko alkohol.

Od kilku dni toczę z kolegą gorący spór o alkohol. Zaczęło się od spirytusu. A precyzyjniej od projektu: przetwory.

Kolega jest miłośnikiem przetworów domowych. I to nawet nie tyle jako ich konsument, co jako twórca. Kisi ogórki, suszy pomidory, robi sok z wiśni i przymierza się do konfitur. Uwielbia wszelkie czynności związane z przygotowywaniem przetworów, kupowanie przypraw, kopru, wybieranie owoców i warzyw. Tydzień temu widziałam się z jego żoną, która mówiła, że po wyprawie do supermarketu zwieńczonej kupnem słoików, siedział, przyglądał się tym słoikom i był bardzo szczęśliwy.

Na kanwie przetworowej atmosfery przyszło mi na myśl, że mogłabym w sumie też jakiś przetwór wykonać i od razu pomyślałam o nalewkach. W okolicznych warzywniakach widzę sporo owoców, które nadawałyby się na słodkie lub wytrawne napitki. Zwierzyłam się zatem koledze z projektu: nalewki i podzieliłam się z nim informacją o potencjalnym źródełku niedrogiego spirytusu. Kolega na spirytus naturalnie zareflektował, ale przy okazji wygłosił swoją opinię na temat ilości spożywanych przeze mnie napojów obłożonych podatkiem akcyzowym.

Rozmowa miała charakter filozoficzny, bo nie sposób wyliczyć i porównać ile kto pije i czy dziewczyna pijąca dwa piwa tygodniowo pije mniej czy więcej niż chłopak upijający się raz w miesiącu krową (czyli, dla niewtajemniczonych, 0,7). Przy czym oczywiście każde z nas pije więcej. Wszystkie te rozważania zmusiły mnie do akoholowej autorefleksji z namiastką samokrytyki, a także przypomniały o początkach alkoholowych doświadczeń.

Pierwszy samodzielnie wypity alokohol to był szampan. Był to rok 1986, narodził się właśnie przyrodni brat mojego ówczesnego narzeczonego. Siedzieliśmy w salonie u ich dziadka, pana mecenasa, który zawsze pachniał papierosami i spowity był mgłą ich dymu oraz  aromatem bardzo mocnej herbaty. Tamtego lutowego popołudnia z narzeczonym siedzieliśmy pod stołem w salonie zaś szczęśliwy, świeżo upieczony ojciec dał nam po lampce szampana. Pewnie nie był to szampan, bo i skąd szampan w lutym 1986 r. w Poznaniu, w najlepszym wypadku było to Sovieckoje Igroistoje, ale na pewno było dobre, słodkawe, a bombelki gryzły w język i podniebienie.

Poważniejsze doświadczenia z alkoholem miałam prawie dekadę później. Tym razem zaczęło się od sportu.

W piątej klasie podstawówki wymyśliłam sobie, że będę uprawiać koszykówkę. Kto widział moje warunki fizyczne, ten wie, że pomysł był szalony, ale jedna z moich ulubionych wówczas bohaterek książkowych uprawiała koszykówkę, więc i ja chciałam. Z koszykówki nic nie wyszło, ponieważ równolegle, na skutek pewnej japońskiej kreskówki cały żeński skład mojej klasy poszedł na treningi siatkówki. Strasznie tę siatkówkę lubiłam, ale do tego też trzeba było być skocznym, ruchliwym i mieć potencjał na jakiś sensowny wzrost. Ja tego nie miałam, ale heroicznie, narażając się na częste siedzenie na ławce, notorycznie oblewając testy sprawnościowe, dwa razy w tygodniu na tę siatkówkę chodziłam. Wówczas moja mama wymyśliła, że trzeba mnie wysłać na jakiś sport, w którym mam szanse, uwzględniając moje warunki fizyczne. Niestety, żaden klub w Poznaniu nie oferował doskonalenia w dziedzinie "wspinanie się na drzewa", więc zapisano mnie na szachy.

Początkowo było bardzo nudno. Do klubu (a był to nie inny klub jak Lech Poznań!) przychodzili starsi panowie, czas się potwornie dłużył no i wszyscy mnie ogrywali. Po jakimś czasie zaczęłam jednak chodzić na zawody, a tam były konkurencje wiekowe, a zatem była też młodzież w moim wieku, dodajmy - młodzież płci obojga. Nie byłam wybitną szachistką, rzadko bowiem miałam wystarczającą determinację i ducha walki. Duch walki uruchamiał się we mnie przede wszystkim wtedy, gdy grałam z jednoznacznie silniejszym ode mnie przeciwnikiem (np. z Iwetą Radziewicz, która była wówczas wicemistrzynią Polski), ale w szachach doświadczenia i godzin spędzonych na ćwiczeniach nie da się ominąć ani oszukać.

Latem 1994 roku pojechałam na drużynowe mistrzostwa Polski. Mieszkaliśmy w akademikach słupskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej, ja mieszkałam w pokoju z dziewczyną starszą ode mnie o sześć lat, która właśnie oblała maturę i bardzo intensywnie to odreagowywała. Jeżeli macie wyobrażenie, że szachiści, to harcerze skrzyżowani z rozmodlionymi działaczami ruchów oazowych, to grubo się mylicie. Szachiści, a przynajmniej ci szachiści których tam poznałam, palili, pili na umór, słuchali punk rocka i death metalu i byli bardzo niegrzeczni. Cieszyłam się wśród nich przyjemnym statusem młodszej koleżanki, którą trzeba się opiekować, takiej, której można dać się napić piwa, spróbować drinka, pogadać i pójść na spacer, ale krzywdy zrobić nie wolno. Byłam dumna z przyjaźnienia się ze starszymi znajomymi (oni chodzili do liceum, a niektórzy nawet studiowali!), słuchałam z nimi Garbatych Aniołków i Sedesu, wypiłam całą puszkę piwa i jednego drinka, a kilka tekstów jednej z bardziej charyzmatycznych koleżanek z Wrocławia egzystuje w moim domu po dziś dzień. Jednym z nich jest "Sorry Vader", czyli coś jak "Sorry Gregory" tylko brzmi bardziej krwiście.

I tak od sportu doszłam do muzyki i alkoholu. Po tych wakacjach kupiłam sobie kasetę zespołu Dezerter, zaczęłam zbierać wszystko, co związane z zespołem Hey i pierwszy raz poszłam na koncert Sweet Noise.

Wówczas też okazało się, że świat jest bardzo mały, bo jednym z zapoznanych wtedy kolegów, był ten, który pożyczył mi już w liceum kasetę Illusion 1. Miał oczy nieokreślonego koloru, pomiędzy zielonym, niebieskim i szarym a słabość do takich oczu pozostała mi do dziś.

poniedziałek, 26 lipca 2010

... wszystko mi się zlewało, co nie przeszkodziło mi spacerować po Lwowie do pierwszej. Zwiedzałam centrum sprawdzonym sobie systemem (jak będę skręcać trzy razy w lewo i dwa w prawo, to coś zobaczę, a na pewno się nie zgubię). Kilka razy zabrnęłam w naprawdę ciemne uliczki i raz naprawdę najdadłam się strachu, kiedy z bramy wyszedł wymiętolony mężczyzna i maszerował za mną 20 minut, a przecież trudno takie moje skręcanie i zawracanie uznać za celową wędrówkę. Jak już się pozbyłam ogona, to uznałam, że pora wracać do hotelu.

Rano wsiadłam w marszrutkę nr 66 i wróciłam na majestatyczny dworzec. Tam nabyłam śniadanie, usiadłam na schodach i oglądałam wehikuł, w jakim miałam spędzić następne dwie godziny.

zdjęcie z www.fotosik.pl. Pakowałam się na ostatnią chwilę i zapomniałam aparatu ;(

 

Marszrutki jeżdżą jako komunikacja miejska i wożą także ludzi na południowy zachód, gdzie sama się wybierałam. Być może są środkiem transportu na terenie całego kraju. Mieszczą swobodnie około 25- 30 osób, nie ma w nich miejsca na bagaż. Wsiadłam do jednej z nich, zapłaciłam 22 hrywny (nie kupuje się tam biletów, po prostu trzeba rzucić pieniądze na chodniczek koło kierowcy) i ruszyliśmy. Dzięki temu, że miałam miejsce siedzące mogłam swoją czerwoną walizkę na kółkach położyć pod nogami. Po kilku przystankach a autobusie było około 45 osób. Moje zainteresowanie wzbudził pasażer, który wiózł dwa pudła z telewizorami - w każdym razie na pudłach był napis Panasonic. Po chwili jednak pudła wydały z siebie gdakanie i uświadomiłam sobie, że wśród licznych zapachów, które wyczuwam, jest też zapach pierza. Tak więc jechałam przez lasy, pola, doły, wznosząc modły dziękczynne, że w Polsce drogi są w tak wyśmienitym stanie i myśląc o koledze cierpiącym na ptasią fobię - ciekawe co by zrobił w tak bliskim sąsiedztwie żywego drobiu. Ponieważ jednak kolega głosował na Jarosława Kaczyńskiego, to chwilę mu pozłorzeczyłam, żeby powtórzył moją podróż i trafił w identyczne okoliczności.

W Samborze Starym złapałam marszrutkę, która miała mnie zawieźć do celu. Gdy do niej wsiadłam było w niej jakieś czterysta osób. Albo może tylko pięćdziesiąt - nie miało to większego znaczenia i tak było upiornie. Przemiła pani wzięła mój bagaż pod nogi, a ja wisząc na uchwytach, w ścisłym zwarciu z ukraińskim narodem, podskakując na wertepach mimowolnie kołysałam się w rytm ukraińskiego disco. Wysiadłam w miejscu, które jak mi się wydawało było celem podróży i ruszyłam do karczmy weselnej. Okazało się jednak, że wysiadłam pięć kilometrów za wcześnie.

Szłam wyboistą drogą, podziwiając fantastyczne górskie widoczki, płynący wzdłuż szosy strumień i mijające mnie zabytki techniki motoryzacyjnej oraz rozpływając się w upale. Jeżeli we Lwowie rzucałam się w oczy jako turystka, to tam byłam wielkim turystycznym wykrzyknikiem. Ludzie sami podchodzili, kierowali mnie we właściwym kierunku, w którym i tak szłam, pytali po co, dokąd i dlaczego tak. To poczucie społecznej opieki było tak intensywne, że gdy przez dziesięć minut nikt mnie nie zaczepiał czułam się już nieswojo. W pewnym momencie podeszły do mnie dwie starsze panie, szczegółowo wyjaśniły mi jak iść dalej (prosto i zobaczysz karczmę), a następnie jedna z nich poszła robić obrządek, zaś druga zadała zestaw pytań standardowych - skąd jestem, jak mam na imię, czy mam męża i dzieci, gdzie pracuję i ile mam lat. Natępnie uznała, że jestem zmęczona (jakże słusznie!) i zaproponowała mi szklankę mleka. Zaproponowała to trochę złe określenie, po prostu usadziła mnie na przydrożnej ławeczce i kazała czekać na mleko. Po chwili przyszła z półtoralitrową butelką, pełną surowego, pełnotłustego, zimnego mleka. Tu nastąpiła chwila wahania. Nie wypicie tego mleka byłoby nietaktem, chamstwem, grubiaństwem wręcz.  Byłam głodna, spragniona, zgrzana. Z drugiej strony zdawałam sobie sprawę, że to mleko zapewne nie ma unijnego certyfikatu, a standard higieniczny obory, w której nastąpiła produkcja tego napoju może być różny. Popędy i uprzejmość zwyciężyły nad rozsądkiem i kontynuując konwersację z panią (która była moją imienniczką) popijałam chłodne prawdziwe mleko, jakże inne od  zwykle konsumowanego 0% z łaciatego kartonika. Gdy odsapnęłam moja dobrodziejka wzięła moją walizkę, odprowdziła mnie do miejsca docelowego, poinformowała, że mieszka w domu z kombajnem i zaprosiła na następny dzień.

Potem popadłam w wir przygotowań estetycznych przed ślubem. Przed drogą do cerkwi były jeszcze wykupiny - pan młody przed błogosławiaństwem i zabraniem panny młodej do swiątyni musiał przed jej "drużyną" wykazać się znajomością oblubienicy, pochwalić się swoimi  zaletami oraz wręczyć drużynie odpowiednie do okoliczności dary. Ślub był niesamowicie wzruszający, barwny, panna młoda ze wzruszenia miała kłopot z wymówieniem przysięgi - tu przypomniałam sobie ostrzeżenie mojej mamy, że jeżeli będę płakać na własnym ślubie, to ona weźmie mnie za rękę i wyprowadzi, mówiąc "Jak tak Ci źle już teraz, to za niego nie pójdziesz".

Po ślubie nastąpiło wesele. Polskie i ukraińskie, winne i wódczane, wielojęzyczne, z miejscową kapelą, współczesną playlistą, oczepinami, rozgwieżdżonym niebem (ostatni raz oglądałam gwiazdy na początku czerwca czekając na samoloty w Balicach), konkursami na przyśpiewki.  Cudownie było patrzeć na autentyczne weselenie się młodych, z tego, że są razem...

Następnego dnia dzięki konsekwentnemu trzymaniu się jednego napoju nie miałam problemu ze wstaniem i dotrzymaniem danego słowa. Poszłam poszukać mojej koleżanki z poprzedniego dnia, odnalazłam dom z kombajnem i natknęłam się na gospodynię, gdy wracała z mszy. Zostałam zaprowadzona do pomieszczenia, które wyglądało dokładnie tak, jak te opisywane przez moją babcię i radośnie zwiedzane przez nią w skansenie. Były tam dwa łóżka, piec do gotowania, mnóstwo elementów religijnych i wielka ikona św. Mikołaja. Jedyny dysonans w tym konsekwentnym stylistycznie miejscu stanowiła wielka maskotka przedstawiająca Myszkę Miki, skądinąd w dość makabryczny sposób powieszona na ścianie. Pani przedstawiła mi swoją mamę, przyniosła wszytskie rodzinne zdjęcia, przyniosła zapiekanki z żółtego sera, twarogu, cebuli i ciasta francuskiego, a także, niestety kanapki z mieloną wątróbką (nie żebym miała coś przeciwko wątróbce, zwłaszcza mielonej, ale nie w taki upał!). Po godzinnej rozmowie, która odbywała się po polsku, ukraińsku, rosyjsku a w momentach krytycznych - po niemiecku wróciłam do karczmy i tym razem samochodem przez Krasiczyn, wróciłam do Warszawy.

Po drodze trzeba było jeszcze pokonać granicę, na której ukraiński pogranicznik pouczył nas, że sytuacja demograficzna w kraju jest zła, bo wszystkie Ukrainki wyjeżdżają do Polski i on proponuje odwrócenie tego trendu, po czym koniecznie chciał dać mi numer telefonu do swojego syna. Z kolei polska celniczka starannie przeszukiwała samochód przed nami, zaglądając w pokrowce w fotelach, sprawdzając apteczkę i zaglądając z latarką pod podwozie. Nas, pewnie dlatego, że nie mieliśmy podkarapackiej rejestracji, tak szczegółowa rewizja omninęła.

środa, 21 lipca 2010

znalazłam czas na pisanie. Założona norma dwóch wpisów w tygodniu już dawno uległa zarzuceniu, a obiecana sobie i kilku czytelnikom szczegółowa relacja z Openera tchnie, zionie wręcz, musztardą po obiedzie. To ciekawe, że wspomnienia z liceum pisze się ze spokojem i sentymentem, a opisywanie czegoś, co miało miejsce miesiąc temu to po prostu nadrabianie zaległości i kolejne wyrzuty sumienia, że owe zaległości się ma. Dlatego dzisiejszy wpis nie będzie o Openerze, tylko o Ukrainie.

Podróż na Ukrainę odbyła się w celu matrymonialnym, nie moim wszakże, tylko przyjaciela. Ślub w cerkwi u podnóża Karpat brzmi jak spełnienie marzeń, a dla mnie samodzielna droga do Bojkowskiego Dworu była zwieńczeniem sezonu szaleństw. Albo kontrapunktem. Albo też wstępem do kolejnych szaleństw - nikomu, w tym sobie, niczego w tej sprawie nie mogę obiecać.

Do autobusu do Lwowa wsiadłam na Warszawie Zachodniej i uradowana, że mam dla siebie dwa miejsca uznałam, że bez klimatyzacji da się przeżyć. "Nie chwal dnia przed zachodem słońca i kobiety przed śmiercią" - tak mawiał katecheta mojego ex i zapomniał dodać "oraz autobusu do Lwowa przed Warszawą Wschodnią". Tamże bowiem dosiadł się do mnie pan, bardzo zresztą towarzyski. Pan Karol udzielał mi cennych rad dotyczących pobytu na Ukrainie, pytał, czy nie mogłabym mu znaleźć pracy w Warszawie i zapewniał, że lada dzień dostanie Kartę Polaka. Wszystko to byłoby całkiem ciekawe poznawczo, gdyby nie fakt, że autobusie było 45 stopni, a mój towarzysz tkwił w szponach nałogu nikotynowego, zaś jego odzież przesiaknięta była różnymi zapachami, jakie wydziela z siebie spocony palacz. Ponadto (wybaczcie detaliczny opis, ale pragnę abyście zrozumieli w całej rozciągłości moje cierpienia) miał on chory żołądek oraz popsute zęby. I naprawdę dużo mówił. W zasadzie nie przeszkadzało mu, że śpię, choć nie był to sen, tylko próba przetrwania potwornego, pulsującego, promieniującego na szczękę bólu głowy, który ustawał tylko wtedy, gdy mieliśmy przystanki czyli dwukrotnie. Cały czas myślałam sobie, że ludzie w Korei Północnej mają gorzej.

Na granicy po ukraińskiej stronie spędziliśmy chyba dwie godziny, ale potem droga biegła wartko i o 21 naszego czasu wysiadłam na dworcu kolejowym we Lwowie. Dworzec jest piękny - majestatyczny, wschodni w designie, łączy w sobie imperialną dostojność z uporządkowaniem, chaos międzynarodowego tłumu z rygorem organizacyjnym. Nigdzie w Polsce nie widziałam tak czystego dworca. Wysiadłwszy dość szybko odkryłam, że muszę znaleźć nocleg, bo żadna z opcji dalszej poddróży nie wypaliła. I tak oto, bez mapy i znajomości języka ruszyłam na samotny spacer "w miasto". Spacer nie był długo samotny - turystka maszerująca solo przez Lwów albo musi nastawić się na nieustanne powtarzanie "dziękuję, dam sobie radę, nie trzeba, nie!" albo jednak iść z kimś.

Tym kimś okazał się Jura. Zaczepił mnie na bazarku, zapytał, czy jestem turystką, stwierdził, że jestem nią na 100% bo mam walizkę na kółkach (tu nikt nie ma walizek na kółkach) i obiecał, że zaprowadzi mnie do hotelu Lwów. Po drodze opowiedział mi, że studiuje ekonomię, był konduktorem, ale go zwolnili, utrzymuje go mama, która sprzedaje ukraiński alkohol za polską granicą, dzięki czemu on ma pieniądze na papierosy. Miał dziewczynę, Polkę, która niestety go zdradziła, a szkoda, bo była dobrą partią - studiowała stomatologię. Nawet napisał na murze domu, w którym mieszkała we Lwowie "Ira, kocham Cię. Jura", żeby było jej miło, gdy będzie kilka razy dziennie ten napis mijała. I w ogóle nic nie chciałby zmienić w swoim życiu, tylko chce mieć znowu dziewczynę Polkę. Na takich rozważaniach minęła nam cała droga z dworca pod pomnik Szewczenki i do hotelu Lwów. Tam Jura wręczył mi karteczkę ze swoim numerem telefonu i się oddalił.

Hotel Lwów to nie Sheraton tylko pomnik socerealizmu, z naciskiem na realizm. Ale też jedynka kosztowała 90 hrywien, więc nie narzekałam, tylko zostawiłam bagaże i poszłam na spacer. Jest tam pięknie! Południowo, trochę biednie, jest mnóstwo krętych uliczek, secesja, kilka naprawdę imponujących budynków (Opera!), sporo turystów (nikt nie miał walizki na kółkach), knajpki, uliczne wystawy. Napotyka się wiele osób żebrzących, sprzedających owoce, niełuskany słonecznik, grających. Upalny wieczór spędziłam na spacerze i piciu wina pod ratuszem oraz lekturze zaległej Polityki - po jakie licho były tam 4 identyczne analizy wyborów prezydenckich - tego nie wiem, ale może od upału, wrażeń, zmęczenia i tego czerwonego wina wszystko mi się już zlewało...

piątek, 05 lutego 2010

Siedzimy z D. w Pauzie i pijemy martini. Trzecie.

D: A co u Ciebie?

Ja: Jestem w całkiem dobrej formie.

D: I to mnie bardzo niepokoi.

Tagi: martini
20:25, tennesee , wino
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi