Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.

Kino

wtorek, 05 lutego 2013

Django kowboj, rewolwerowiec. Pierwszy Tarantino, który naprawdę potrafi zaboleć, nigdy wcześniej nie przytrafił się mi taki, w którym z powodu okrucieństwa musiałabym zamykać oczy i zasłaniać sobie uszy. Tuż przed filmem zapytałam dziennikarza muzycznego o to, czy Leonardo Di Caprio będzie dobry czy zły. Bez spoilowania napiszę tylko, że miał trochę zepsute zęby i nie był ani odrobinę dwuznaczny.

Tuż przed kinem byliśmy jeszcze w Jeffsie na pizzy za mandat. Jest to bowiem miejsce, gdzie za byciem ukaranym przez stróżów prawa można za darmo coś zjeść. Pizza niedobra, nie warto dla niej łamać prawa (na przykład nakazu skrętu w lewo i zakazu wjazdu) i narażać się drogówce.

Facebookowy znajomy po wyjściu z Drogówki napisał, że z planu kolejnego filmu Smarzowski będzie wywieziony w kaftanie, z kącika ust pocieknie mu ślina i będzie bełkotał "Polska, Polska". Ja tu takiej głębi nie widziałam - o Polsce chciałam bełkotać po Domu Złym, a perspektywa obejrzenia Róży pobudza moje nerwice. Drogówka jest świetnym kryminałem, bardzo polskim, bardzo przaśnie imprezowym (autobus!) i z poważnym morałem - są rzeczy, których nie należy robić w samochodzie!

 

 

piątek, 11 marca 2011

czyli znowu o tym, że nie da się wyjść z Internetu.

W miniony weekend otrzymałam szczepionkę antyintenetową. Szczepionka nie działa, a szkoda, bo może na nękające mnie od tygodnia przeziębienie stałaby się jakimś antidotum.

Zaczęło się niewinnie od kreskówki. Ja tam za kreskówkami nie przepadam, ale okoliczności zewnętrzne w postaci pojawiającego się czasem na tym blogu dziennikarza muzycznego lubią, a ja staram się dzielić takie możliwe do podzielenia zainteresowania. Tym samym oglądaliśmy już razem ostatniego Shreka, Film o pszczołach, Walc z Baszirem (wiem, że to zupełnie inna bajka) a tydzień temu - Wall -e.

Bajka bardzo sympatyczna i taka nieprzegadana. Nienachalnie dydaktyczna, mówi, że trzeba dbać o przyrodę, uprawiać sport, a zamiast gapić się w ekran komputera lepiej trzymać się na ręce. A wszystko to nie jest nadmiernie polukrowane.

Potem przyszedł czas na Salę samobójców. Film mądry i estetyczny, bez idealnych bohaterów, bo niemal do każdego z protagonistów można się przyczepić. Obrazy i animacje zupełnie nie jak w polskim filmie, niesamowicie wysmakowane. Reżyser tak się przywiązał do urody niektórych zdjęć, że niektóre zatrzymał w zawieszeniu. Te sceny były naprawdę piękne, ale hamowały rozwój akcji, dałoby się skrócić film o dobry kwadrans bez tych poetyckich pasaży.

Najmocniejszym elementem filmu było zarysowanie postaci rodziców. Irytujący do bólu, zwłaszcza grana przez Agatę Kuleszę matka doprowadzająca od pierwszych chwil na ekranie do bólu zębów. Bardzo mocna jest scena, gdy pierwszy psychiatra rozmawia z rodzicami, chcącymi naprawić swoje dziecko. Dominik był jak inwestycja, jak samochód, czy inny sprzęt, który "ma działać". Lekarz, który ma go leczyć też "ma działać". Bardzo smutne, ciekawe na ile częste w upper - middle - class. W kontekście ich zachowań nietrudno zrozumieć, dlaczego Dominik jest taki gburowaty (nie wierzcie zapowiedziom, to nie jest sympatyczny chłopak).

No i Roma Gąsiorowska. Nie umiem wyjaśnić swojej fascynacji tą aktorką. Jest trochę irytująca ze swoim infantylnym sposobem mówienia, taki denerwujący dzieciak a zarazem kobieta. Niby lolitka, niby Pipi Langstrumpf, nie można jednak na ekranie oderwać od niej wzroku. Niesamowicie byłoby ją zobaczyć w teatrze.

Film nie jest jednoznacznie antyinternetowy. Ludzie uciekają przecież w różne miejsca, w różne uzależnienia. Nie internet to sekta, nie sakta to jednoręcy bandyci, nie jednoręcy bandyci to alkohol, seks i imprezy. Ale obraz pokazuje, że pewnie lepiej jednak czasem ze swojego pokoju i z internetu wyjść.

Po tych wszystkich filmach propagandowych kupiłam Wysokie Obcas Ekstra. Poza wstrząsającym wywiadem z Olgą Krzyżanowską o jej ojcu, pismo zasadniczo poświęcono przyjaźni. Temu, że jedni potrzebują jej mniej, inni więcej, niektórym przychodzi ona łatwo, a innym tak łatwo, że w zasadzie wcale.  Jest tam też zapis fragmentów wykładu prof. Zygmunta Baumana, tutaj link do całości. Trudno komentować bez lukru, tak trafne i tak dobrze znane są z obserwacji uczestniczących, czy wręcz autopsji jego spostrzeżenia.

"Mamy wybór, możemy mnożyć wirtualne znajomości, które są niewymagające, nie angażują nas w nieprzewidywalny ciąg zdarzeń, tyle że wtedy redukujemy komunikację do spraw płytkich, niekontrowersyjnych, ale i nieżyciodajnych. Nasze relacje będą wtedy bardzo naskórkowe i kruche."

Krótko mówiąc prof. Bauman sugeruje mi przejście offline.

środa, 29 grudnia 2010

Pojutrze Sylwester. Obowiązkowa napinka przy okazji tego przełomowego wydarzenia jest trochę absurdalna. Trzeba coś robić, trzeba gdzieś pójść, trzeba się wystroić i trzeba się napić. Oczywiście bywa i tak, że na imprezy w innych terminach też nie ma się ochoty iść, ale tu obowiązkowość świętowania dotyczy wszystkich, za wyjątkiem niemowląt może.

Jakoś tak się składa, że najlepsze, najbardziej epickie imprezy w moim życiu, to nigdy nie był Sylwester. Zwykle powitanie nowego roku uskuteczniam na domówkach, raz byłam na maratonie filmowym (widziałam wtedy m. in. Królową), kiedyś z moim najbardziej byłym chłopakiem świętowaliśmy w Krapaczu i najlepiej z całego beznadziejnego wyjazdu pamiętam wciąganie tabaki i to, że Putin został premierem Rosji, pamiętam jeszcze takiego sylwestra, kiedy z mężem mojej mamy graliśmy w szachy i jedliśmy smażone przez mamę pączki. Rok temu byłam na pierwszym od kilkunastu lat Sylwestrze bez alkoholu a za to z grami planszowymi. I choć dobrze się co do zasady na tych sylwestrach bawię, to nie bardzo odpowiadają one stereotypowemu wyobrażeniu szampańskiej zabawy.

Dwa lata temu Sylwestra spędziłam u D. Były same samotne dziewczyny, dużo jedzenia, muzyka women power, Psota - pies D., także płci żeńskiej i filmy. Sylwester sostał zapamiętany głównei dlatego, że podczas oglądania Lejdis jedna z koleżanek postanowiła się na chwilę położyć na wielkim łóżku w sypialni. Po godzinie i ja stwierdziłam, że się zdrzemnę. Podeszłam do tego łoża, stanęłam nad nim i zaczęlam wypatrywać kolezanki. A że było tam naprawdę ciemno, a ja dotknięta byłam prawdziwym zmęczeniem - nie mogłam jej znaleźć. Więc na wszelki wypadek, aby jej nie obudzić, ani nie zrobić krzywdy położyłam się w stopach tego łóżka. Po kilku godzinach, gdy reszta towarzystwa weszła do pokoju i zostałyśmy obudzone, koleżanka spojrzała na mnie ze zdziwieniem i mówi:

- Ojej to Ty! A ja myślałam, że to Psota i nawet Cię poklepałam, jak się położyłaś!

W Nowym Roku oglądałyśmy Love Actually. Bardzo lubię ten film, bo kiedyś wygrałam na niego bilety, więc siłą rzeczy kojarzy mi się dobrze. Oglądam do kilka razy do roku, bo jest zabawny, gra tam plejada pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn.

Gdyby jednak zastanowić się głębiej, to film ten już na poziomie zabiegów formalnych przestawia atomizację brytyjskiego społeczeństwa, małostkowość polityków, którzy dla swoich miłostek są gotowi poświęcić interes państwa, rozpad rodziny dotkniętej chorobami i zdradą, dramat dzieci, które ulegają łatwym zaquroczeniom pozostając pod presją popkultury, fakt, że mężczyźni wolą kobiety zimne i wyrachowane od serdecznych, kochających i oddanych oraz dwie smutne historie o poświęceniu.

Porzucając na chwilę te mroczne rozważania, trzeba przyznać, że film czasem warto obejrzeć. Choćby dla tej sceny:

 

 

wtorek, 14 grudnia 2010

Zresztą - czymże jest prawda, skoro każdą historię da się opowiedzieć na conajmniej dwa sposoby - tragiczny i komiczny, jako dramat psychologiczny i komedię romantyczną.

Dajmy na to Pretty Woman. Prostytutka nie umiejąca ułożyć sobie życia z facetami ani zebrać się do kupy i zdobyć jakiś zawód. Bogaty koleś zgarnia ją z ulicy i użytkuje przez miesiąc i rzecz nie tylko w  tym, że z nią sypia, ale w pewnym sensie ją sobie kupuje, urabia, lepi na własne podobieństwo. Ona to nie jest uroczy zagubiony kopciuszek - gdyby w filmie dodać kilka scen z realiami życia prostytutki, spermą, brudnymi klientami, biciem i piciem by zapomnieć co się robi, to nie patrzylibyśmy na ten film jak na słodką i ciut tylko grzeszną błyskotkę. On - psychopata. Kupuje sobie na jakiś czas człowieka i skoro tak bardzo chce go zmieniać, to przecież nie bardzo go szanuje. Spędzają razem trochę czasu i się zakochują. Ona ucieka od niego w zrywie godności, a on z kwiatami jedzie ją wyrwac z jej życia - tu znowu zabrakło kilku scen dalej, na przykład tej, kiedy on jej w kłótni wypomni, że jak się nie podoba, to won spowrotem na ulicę.

Weźmy też sobie na tapetę dramat bądź thiller - na przykład mój ukochany Wierny Ogrodnik. Polejmy go tarantinowskim sosem, dodajmy kilka morderstw więcej, pokażmy Arnolda Bluhma jako trochę przerysowanego geja. Rozbijmy po drodze kilka fur, firmy farmaceutyczne zamieńmy na wszechwładnych producentów żelek, a Tessę przedstawmy jak rozhisteryzowaną po almodovarowsku heroinę. Wyjdzie nam z tego całkiem smaczny, kiczowaty i komiczny koktail.

Jak pokazuje nam większość optyczna, łatwiej mi jednak komedie przerabiać na dramaty. Może dlatego swoje własne historie opowiadam zawsze w tej właśnie konwencji.

00:12, tennesee , Kino
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 czerwca 2010

Przejście ze świata arkadyjskiej, błogiej radości (nie mylić z błogą najebką, bo o to zdecydowanie łatwiej) do rzeczywistości jest jednak bolesne. Towarzyszy temu uczucie podobne, jak to, gdy przeczytało się genialną książkę i z jednej strony czuje się radość, że była ona tak piękna, a z drugiej żal, że nie pozna się tego raz jeszcze. Z tym, że do książki można wracać, a czasu cofnąć się nie da.

W ramach strategii "nie rozkminiamy, żyjemy" przystałam ochoczo na zaproszenie na seks. W wielkim mieście, część druga. Napisać o tym filmie, że był boleśnie słaby to w zasadzie komplement. Boleśnie słaba była pierwsza część, tu było skrajnie beznadziejnie. Dopóki SATC nie zostało zdetronizowane przez Hanka Moodego, był moim ulubionym serialem. Chciałam być jak Carrie, wiedziałam, że jestem jak Charlotte, serial skrzył humorem, świetnymi ciuchami, niezłymi dialogami, genialnymi epizodami, dobrym aktorstwem. Był całkiem przyjemną błyskotką. Pierwsza część filmu jeszcze jakoś się ratowała, w drugiej zostały tylko świetne ciuchy. Szokujące jest, jak słabo można napisać scenariusz, jak antykoncepcyjnie może działać seks w wydaniu Samanthy, jak boleśnie naiwna i w gruncie rzeczy zachodnio - szowinistyczna jest scena buntu muzłumanek, jak żenujące jest aktorstwo. Próby reanimacji filmu podejmuje Penelope Cruz, Aidan i kostiumolodzy. No i bez sensu jest ta wycieczka do Azji, po to przecież oglądamy SATC, żeby zobaczyć Nowy Jork.

Plusem wizyty w kinie jest to, że po tej fererii strojów, barw, kolorów i odważnych stylizacji znowu chce mi się ubierać i wychodzić poza adidasy, jeansy i ulubioną ostatnio szarą bluzę na zamek. Ponieważ w czwartek byłam umówiona na śniadanie w Tel Avivie, a potem szłam do pracy, to postanowiłam zaszaleć i założyłam sukienkę, w której pierwotnie planowałam wystąpić na weselu w Nowym Sączu (na którym mnie nie będzie, za co serdecznie Państwa Młodych przepraszam). Tak więc szłam sobie zalaną słońcem Marszałkowską, sukienka powiewała i była podwiewana, częściowo rozklejone na skutek spacerów w zroszonej trawie sandały klekotały, aż w końcu dotarłam do celu. Tam jedząc humus przyjrzałam się sobie, a właściwie swoim nogom, krytycznie. Carrie Bradshaw nie wdrapywałaby się na Ratusz po meczu Lecha. Nie przytrzasnęłaby sobie bezgłośnie nogi drzwiami od forda fiesty. Nie zrzuciłaby w poniedziałek rano na kolana żelazka. I wreszcie - nawet zapatrzona w nowe perfumy nie weszłaby w empiku w stolik, na którym leżała jedna z kolekcji książek Gazety Wyborczej. Jej po prostu nie prześladuje Stanisław Lem.

W Tel - Avivie poza oglądaniem siniaków i próbami dyskretnego sklejenia obuwia za pomocą Super Glue odbyłam przemiłą rozmowę z włascicielką lokalu oraz interesującą dyskusję z irlandzkim dziennikarzem. W dyskusji interesujący był sam dziennikarz, którego chłopięca uroda oraz rzadko widywana w tym miejscu aryjskość rzuciły się mi w oczy zaraz przy wejściu. Dziennikarz dosiadł się do nas i rozpoczął rozmowę na temat flotylla - gate.  Następnie delikatnie zasugerował, żeby umieścić w knajpce palestyńską flagę, skoro jest tam izraleska. Tu moja wrodzona powściągliwość w wyrażaniu opinii oraz niechęć do formułowania myśli w obcych narzeczach musiały odejść w zapomnienie. Zaczęliśmy intensywną debatę, na temat konieczności tłumaczenia się przez Izrael ze swojego istnienia, zasadności używania flag przez nie istniejące państwa, sensowności podejmowania prób porozumienia z nową lewicą oraz (co było chyba najciekawsze) na temat szczerości gestów symbolicznych. I mimo że wyszłam z tej dyskusji bez tarczy (bo nie na tarczy przecież!), to nadal uważam, że w zalewie warszawskich knajp, które z reguły stylizują się na lewicujące, fajnie gdy jest jedna taka, w której może stać swobodnie flaga Izraela.

niedziela, 18 kwietnia 2010

... a konkretnie Nowy Jork i Tel Aviv.

W ramch antraktów żałoby, którą starałam sie przeżyć i doznać, udałam się w dwa miejsca nie licujące z atmosferą przestrzeni publicznej. Pierwszym było złototarasowe Multikino, gdzie celluloid przeniósł mnie do Nowego Jorku, przewodnikiem wycieczki zaś był niezastąpiony Woody Allen.

Reżyser wypuszczający raz w roku film, w którym zwykle mówi o swoich obsesjach i neurozach i który odnosi zawsze kasowy sukces to fenomen. Jakże przyjemnie byłoby móc codziennie pisać o własnych lękach, dołach i niespełnieniach i mieć pewność, że ktoś z zapałem będzie to czytał! Anyway - Wathever Works jest kolejnym filmem rozliczeniowym z fizyczną ułomnością, zgryźliwością oraz naiwną uczuciowością. Bohater Boris Yelnikoff jest wrednym geniuszem. Nie chce przekłuć sych talentów w rozumiany po ziemsku  sukces, a w życie pozaziemskie jego chłodna inteligencja zapewne nie pozwala mu wierzyć. Spotyka pewnego dnia na swojej drodze spełnienie męskich marzeń okresu przekwitania, spełnienie jest urocze, naiwne, uczuciowe i w końcu się w nim zakochuje. Znajomość z Borisem poszerza horyzonty Melody, ale też nie wywołuje zmian w jej osobowości.

Film jest apoteozą wybierania swojej drogi życiowej. Mało odkrywczą, bowiem Allen od co najmniej kilku, jeśli nie kilkudziesięciu filmów (no, za wyjątkiem może kongenialnego Wszystko Gra) włakuje zderzenia kultur, żydowskość i amerykańskość, homo, hetero, bi i multiseksualizm. Co nas kręci, co nas podnieca jest kontapunktem i oficjalnym statementem reżysera w tej sprawie.

Mnie film nie zakręcił, ani nie podniecił, aczkolwiek inteligencji nie sposób mu odmówić. Polecam zwłaszcza rozmowę bohatera z byłą- jeszcze - żoną, o tym dlaczego nieracjonalnie się pobrali oraz znany z literatury romantycznej zabieg, polegający na zwracaniu się bezpośrednio do widzów.

Na marginesie tej notatki z kinematografii dodam, że to pozostanie Melody sobą jest według mnie jednym z mocniejszych akcentów tego filmu, choć zarysowanym delikatną kreską. Melody przyjeżdża do NY ze swoim buntem, swoimi aspiracjami i swoim planem na życie i mimo, że ulega wpływowi intelektualnemu Borisa - pozostaje kochającą pracę z dziećmi dziewczyną.

Dzisiaj z kolei postanowiłam pożyć trochę rytmem miasta, a precyzyjnie - Tel Avivu. Cafe & Deli jest pierwszą koszerną knajpką w Polsce. Mi akurat jej koszerność nie jest specjalnie potrzebna, ale daję tę praktyczną wskazówkę także muzłumanom, bezglutenowcom, wegetarianom i weganom, bo kuchnia jest mleczna, bezmięsna i można tu kupić bezglutenowe ciasto. Osobiście polecam migdałowo - orzechowe, bardzo słodkie i nad wyraz sycące. Dzisiejszy przedpogrzebowy poranek, kiedy to siedziałam w Tel Avivie przykryta fioletowym szalem, piłam kawę, jadłam ciasto migdałowe, czytałam Wiedźmina i nie myślałam ani trochę o możliwym Armageddonie, był jednym z piękniejszych w ostatnim czasie.

piątek, 19 marca 2010

Tu notatki z życia, tam wiosenno - nowojorskie monologi, a zaniedbałam życie kulturalne. Nie żeby zaraz opera czy filharmonia, bo ja jednak prosta dziewczyna z miasta jestem i w operowym pluszu mi nie do twarzy, ale jakieś kino czy koncert inny niż Muchy to nie jest zły pomysł.

Jak postanowiłam, tak uczyniłam i udałam się na Beats of freedom. Zanim zacznę rozważać czy film ów był taki czy owaki to pozwolę sobie na autorefleksję dotyczącą mojego odbioru kina. Zasadniczo podobają mi się filmy, które poruszają. Czyli albo uczucia, emocje, jakiś wstrząs albo łamigłówka, rozważanie opcji, wątków i zawirowań, imput informacji. Cały czas wierzę, że spotkam jeszcze na swojej drodze takie filmy, które poruszą mnie tak jak np. wspominany przy okazji Wszystkiego co kocham Ostatni Dzwonek, Ludzie z żelaza i marmuru, Wierny ogrodnik, Romeo i Julia (czyli artefakt postmodernizmu), Pulp Fiction. Ale może za dużo chcę, bo może faktycznie teza jakoby wszystko już było nie jest nieprawdziwa.

Wracając do Beats of Freedom - bitu w tym filmie za wiele nie było a i większość opowieści  o wolności nieco naciągana. Uznanie, że Dziwny jest ten świat było PRL - owskim protest songiem to daleko idąca przesada. Nagroda szefa Radiokomitetu za protestsong nie byłaby raczej możliwa, zresztą nadawanie tej pieśni kontekstu publicystycznego umniejszałoby nieco jej wartość. Pokazywanie Budki Suflera czy Perfectu w kontekście walki z reżimem też trochę razi. Na szczęście pokazywano dużo Brygady Kryzys, ujęć z Jarocina i ujęcia koncertowe Mannamu z lat osiemdziesiątych.

Fragmenty dotyczące Jarocina urzekły mnie najbardziej, bo w filmie wyglądał jak prawdziwa enklawa wolności. To takie inne od moich wczesno - dziecięcych skojarzeń z napieprzaniem się skinów i punków, co spowodowało, ze słowo Jarocin długo kojarzyło mi się z czymś niebezpiecznym, brudnym i złym. Przekomiczne są w filmie analizy z ubeckich teczek dotyczące strojów, szyków bojowych i zwyczajów punków.

Najbardziej jednak uderzyło mnie w Zewie Wolności przemijanie. Najbardziej dotyczy Roberta Brylewskiego, bo zmienił się szokująco i przygnębiająco. Znika uroda bohaterów (choć np. Tomkowi Lipińskiemu wiek dodaje uroku), przemija ich młodzieńczy zapał  i drapieżność, przemija aktualność zanurzonych w ówczesności piosenek. Nie przemijają jednak dreszcze, po wysłuchaniu tej piosenki.

Beats of freedom przeniósł mnie do mglistych wspomnień z lat osiemdziesiątych, jakiś bodaj dom kultury, zadymiona sala, gitara i śpiewająca opozycyjne piosenki znajoma rodziców. Pamięć ta okazała się być swoistym pomostem do drugiego z wydarzeń kulturalnych.

Koncert Tiny Vipers w Kulturalnej zapowiadany był jako przyjazd Leonadra Cohena z Seattle w żeńskim  wydaniu. Ta dość karkołomna konstrukcja każe wyobrażać sobie hybrydę balladowych wykonań egzystencjalno - feministycznych tekstów i myślę, ze lepiej podejść do  twórczości Jesse Fortino bez tego rodzaju obciążeń. Muzyka bowiem jest przejmująca. I nie chodzi nawet o samą muzykę, bo jednak surowość formy, czyli artystka i gitara, nie pozwala na efektowne szaleństwa. Jej głos, na koncertach głębszy i poważniejszy niż w dostępnych w sieci nagraniach, naprawdę przeszywa jaźń.

To co jest w tej sztuce najbardziej fascynujące, to kontrast jaki stanowi osobowość Jesse Fortino z jej przekazem.

Śpiewaczka jest niepozorną dziewczyną, w kilku chwilach w których nie grała, tylko przemieszczała się na scenę (podest właściwie) z całej jej sylwetki biła nieśmiałość, była wręcz przepraszająca. Tym bardziej wstrząsający jest jej mocny głos, osobiste teksty, a to co mnie urzekło najbardziej, to obecne w jednym z utworów gwizdanie, które wydało mi się bardziej intymne, niż śpiew.

No i Kulturalna, której klimat jest niesamowity. Jest znacznie bardziej kultowo, kiedy tam palą i pod pożółkłym sufitem unosi się mgiełka dymu, ale na prośbę artystki był to tym razem no smoking area.

Trzeba też nadmienić o supporcie. Crystal Hell Pool uklęknął na scenie i instalował się przez kilkanaście minut, zanim się nie zorientowałam, że to już jest jego właściwy występ. Bardzo elektroniczny, przestrzenny, brzmiący chwilami jak pogłębiony szelest albo instrumenty tybetańskie. Jak już prosta dziewczyna z miasta się wyczaiła, że to muzyka, zamknęła oczy, poddała się dźwiękom, to nawet przez chwilę poczuła się bardziej zen.

wtorek, 02 lutego 2010

czyli Ostatni dzwonek plus Stowarzyszenie Umarłych Poetów plus szczypta Romea i Julii. Czy to znaczy, że mi się nie podobało?

Pewnie gdybym była chłopakiem to podobało mi by się bardziej. Męska (chłopięca) przyjaźń i jej pochodne chwytają mnie za serce, ale zawsze jest w tym jakieś ukłucie zazdrości. Dziewczynom pewne emocje są obce, a za to inne, takie, które nie sprzyjają bezinteresownej i autentycznej przyjaźni są bliskie. Przyjaźń chłopaków jest tak czysta, a wspólne przygody tak cudownie przypominają arkadyjską sielankę książek o Tomkach Sawyerach i Wilmowskich. To trochę tłumaczy, dlaczego ten film przypadł do gustu wielu moim kolegom.

Prawdopodobnie, gdybym miała 15 lat mniej, to wyszłabym z kina pod takim samym wrażeniem, jakie wyniosłam z ludzi z żelaza i marmuru oraz Ostatniego dzwonka, czyli z patriotycznym uniesieniem i postromantycznym wzruszeniem. Niestety, jako człowiek urodzony w czasie, gdy toczyła się akcja filmu, nie mogę się poddać jego rozkosznej naiwności. Pewnie pokolenie urodzone w drugiej połowie lat 80 - tych i później jest w stanie oglądać ten film bez krytycznej oceny i bez poczucia kompletnego odrealnienia, jednak ja pamiętając przez mgłę atmosferę grozy (choć lata 86 - 89 to była żadna groza tak naprawdę) nie jestem w stanie patrzeć bez przymrużenia oka na ahistoryczność tego filmu. Bo pozornie wszystko się zgadza - czas, daty, chronologia, ale z drugiej strony - bohaterowie są całkowicie bezpieczni i spokojni o swój los.

Zapewne też na mój odbiór filmu wpływa ukłucie zazdrości, że nie mam tak prawdziwej pasji, jak bohaterowie.

Jednak żeby nie było, że ciągle jestemwieczną malkontentką to fantastycznie zagrana jest scena po śmierci babci Janka, gdzie Andrzej Chyra wzniósł się na wyżyny kunsztu. Scena erotyczna na plaży nakręcona i zmontowana tak prawdziwie, że aż krępujaco, ale też pięknie. Gratulacje dla młodych aktorów, którzy zgodzini się to zagrać. Bardzo wiarygodna Katarzyna Herman w roli sterroryzowanej i zaniedbanej żony (tu nieprzypadkowo linkuję piosenkę o tym, że ktoś był wise enough to let me go) i bardzo pociągający Kazik, kolega z zespołu Janka ;).

środa, 13 stycznia 2010

KOR.

W Nowym Wspaniałym Świecie byłam na pokazie filmu Joanny Grudzińskiej - tu wywiad z reżyserką. Obraz traktuje o Komitecie Obrony Robotników (pamiętacie, jak w Pogodzie na jutro młody Stuhr powiedział "ochrony" ?  A uwierzycie, że identyczny błąd popelniłam w pracy magisterskiej i żadnej poprawki, niczego przez całe studia nie było mi tak wstyd, jak tego znaku zapytania postawionego przez mojego promotora przy tym słowie). W zasadzie nie ma tu bohatera zbiorowego, Solidarności, sztandarów, są konkretne osoby w bardzo kameralnych sytuacjach - dyskutujący o wsponieniach Jan Lityński i Henryk Wujec, pokazująca opozycyjno- ursynowskie zaułki Joanna Szczęsna, mama Jana Lityńskiego mówiąca o swojej drodze do komunizmu, robotnicy z Ursusa mówiący o swoim życiu i rozumieniu wolności. Dużo spokojnych obrazów, niektóre bardzo plastyczne - wiejska kapliczka z rodzinnej miejscowości Wujca, tenże czytający dokumenty na tle rozwieszonego prania, dziura w płocie przy PKP, zruinowana Stocznia Gdańska. Mało patosu, tłumu, film jest jakby niepolityczny, nierozliczający. Reżyserka zarówno w przytoczonym powyżej wywiadzie, jak i w dyskusji po filmie mówiła, że w tym temacie, w tym filmie znalazła swój dom. Obraz jest rzeczywiście arkadyjski, nawet wspomnienia represji 76 roku, kiedy mama bohaterki była w ciąży jawią się jakoś miło i przytulnie. Druga kwestia, z którą autorka się mierzy to obcość - jak mówi, człowiek potrzebuje określenia kim jest - ona osobiście wybierała z wachlarza francusko - polsko - żydowskiego. To poczucie obcości jest widoczne, np. gdy Wujec mówi o swoim życiu na wsi, że był dziwadłem, bo jako jedyny czytał i poszedł na studia. W rozmowie Lityńskiego z robotnikiem z Ursusa, którego nazwiska niestaty nie pamiętam - trzydzieści lat temu pewnie byli przyjaciółmi, widać więź, ale też nieprzystawalność światów, jak choćby w pytaniu o zaangażowanie Lityńskiego w politykę. I z pewspektywy pokolenia internetu i komórki żal trochę tych utraconych więzi społecznymi, życia rodzinnego, przyjacielskiego, wspólnotowego, wpadania do siebie bez celebry z umawianiem się.

Po filmie toczyła się dyskusja. Reżyserka jest fantastyczną, ciepłą, natruralną osobą, pięknie mówiła o filmie, swoich pomysłach i motywacjach, profesjonlaizmie, montażu oraz szukaniu koncepcji. Potem padło kilkanaście pytań z sali i zmuszona byłam przypomnieć sobie, że jestem w siedzibie Krytyki Politycznej. I faktycznie, może nie w mainstreamie dyskusji, ale pojawiły się głosy - że film za mało polityczny, że intelektualiści zdradzili robotników (tu cytat z reżyserki: sojusz robotników i intelektualistów był jak miłość, czyli coś, co w ogóle nie istnieje), że zrobiła film ze swojej perspektywy dziecka intelektualistów i KOR - owców. Autorka odparła ataki mówiąc, że nie da się oszukać perspaktywy, że film jest polityczny, jeżeli za politykę uznajemy "słowo i czyn", a o zdradzie elit - "Jest tyle filmów do zrobienia, róbcie filmy".

Podsumowując - film ciekawy, mniej o historii i polityce, bardziej o psychologii postaci. Piękny wywód Jana Listyńskiego i jego mamy o komunizmie (który można streścić podtytułem z Wiary i Winy - do i od komunizmu). Barwna, prawdziwa osoba reżyserki.

Tym samym nie narzekam. Jest przedmiotem mojej brennender Sorge fakt, że takie przedsięwzięcia, wydawanie Kuronia, Asha, wszystko to robi Krytyka Polityczna. Trzeba trochę odciążyć tę lewą nogę.

 

sobota, 02 stycznia 2010

"U osób urodzonych w trzeciej dekadzie znaku Panny skłonność do porządkowania rzeczywistości będzie w pierwszej połowie 2010 roku wzrastać." - kilka dni temu Mama przeczytała mi ze smakiem to zdanie z horoskopu a ja zadrżałam. Miałam nadzieję, że uda mi się trochę uciec od moich natręctw, układania, szeregowania i systematyzowania, bo to utrudnia trochę życie i nie sprzyja parciu do przodu.  I jeszcze dzisiaj strona główna Gazety donosi, że "w 2010 r. będziemy bardziej skłonni do refleksji nad sobą i światem" (skądinąd dlaczego, ach dlaczego, horoskop znajduje się w dziale Kobieta?). Jeżeli brać to serio, to wszystkie moje przypadłości będą się pogłębiać, a o ile wrośnie moja skłonność do refleksji to mogę ze spokojem zamknąć się w jakimś zakonie kontemplacyjnym.

Dzsiaj byłam na Avatarze - bardzo bajkowy film, kilka razy udało się mnie solidnie postraszyć, rewelacyjne efekty specjalne i dźwięk, przesłanie szlachetne, ale jeśli chodzi o fabułę... wszystko już było. W Królu Lwie na przykład, w Pocahontas, w Tańczącym z Wilkami i w wielu innych filmach, w których zły biały człowiek przybywa do głuszy i niszczy piękną cywilizację przyjaźni, miłości i harmonii z naturą.

Mój cynizm nie wynika z obojętności dla opisywanych w filmie problemów, ani też z braku refleksji nad złem ludzkiej natury. Może na ostrość sądów wpływa fakt, że oglądam właśnie Wiernego ogrodnika, który jest niebanalnym i inteligentnym filmem o złu, które karze niszczyć, ale też o prawdziwej miłości, która jest i popędem i fascynacją, ale też dojrzałym aktem woli, nawet gdy wiemy, że docześnie nie będzie spełniona - a może właśnie straceńcze dążenie męża Tessy do wypełnienia jej woli jest tym spełnieniem właśnie.

Wobec Avatara mam podstawowy zarzut - udaje coś więcej niż zwykłą rozrywkę, podczas gdy nią właśnie jest. I na poziomie bajkowo - fantastycznych rozgrywek nie oczekuję głębszych rozważań przesłań, zwłaszcza w tak ckliwo - sentymentalnym wydaniu.

 
1 , 2
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi