Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS

prasówka

sobota, 15 września 2012

Tydzień temu byłam na weselu pod Krakowem. Ponieważ na ślub dotarliśmy z akademickim opóźnieniem, więc ominęła nas cała kościelna publicystyka dotycząca umów śmieciowych i Amber Gold, za to nie zabrakło jej na samym weselu. DJ nie przesadzał z animowaniem gośćmi i ze wspólnych zabaw był jedynie "Taniec z gwiazdami" oraz coraz bardziej krępujące oczepiny.

(panom sugeruję obejrzenie jedynie ostatnich 45 sekund)

 

Za to atmosfera była luźna i sprzyjająca rozmowom o życiu.

W dyskusji powrócił wątek Kuby Wojewódzkiego i Ukrainek. Przypomniano wywiad, jaki z Wojewódzkim przeprowadził Żakowski w "Polityce", w którym Wojewódzki z jednej strony przeprasza za swoje kiepskie poczucie humoru, z drugiej słusznie wskazuje, że jego występ nie powinien być traktowany w kategoriach szowinizmu, a jedynie kiepskiej jakości satyry. I wreszcie, niestety nie wykazuje się specjalną wrażliwością zestawiając urażoną godność Ukrainek z brakiem urażonej godności profesora Hartmana.

Nie odgrzewałabym tego kotleta po raz milionowy, gdyby nie to, że cała ta historia jest kolejną smutną egzemplifikacją marności mediów, bo najpierw była dzika nagonka na duet Wojewódzki & Figurski, potem tony papieru zmarnowane najpierw na polemizowanie z nimi, a potem na polemizowanie z polemikami (choćby tekst Ilony Witkowskiej i Marty Karaś z "Przekroju", którym moi co bardziej lewicowo usposobieni znajomi onanizowali się na Facebookowych ścianach), potwierdzają tylko, że polskie media zajmują się głównie samymi sobą. A jak wróży Tomasz Lis, czyli osoba, która się do tej intelektualnej pauperyzacji przyczyniła, będzie jeszcze gorzej.

Wracając jednak do Ukrainek - podczas weselnej dyskusji padł także argument, że przecież można się śmiać z każdego - byle po równo. I że nikt się nie obraża, kiedy wszyscy nabijają się ze skąpstwa Szkotów. Byłam szczerze zachwycona tym argumentem, nie dlatego, żebym się z nim zgadzała, ale był przyjemnie błyskotliwy, a jego blask spowodował (a zapewne także jasność bijąca z wody ognistej), że nie znalazłam kontrargumentów.

Na trzeźwo argumenty te przyszły do mnie same. Można nabijać się z każdego, ale po pierwsze zwiększamy w ten sposób ilość ścieków, które zamiast płynąć rynsztokiem, płyną środkiem chodnika. Dlatego jeżeli ktoś ma złośliwe poczucie humoru, to najlepiej byłoby, gdyby dzielił się nim śmiejąc się z siebie, albo z osób, które wyrażają na to zgodę. Po drugie, nabijanie się z grup dyskryminowanych, jest kopaniem leżącego, a kopać leżącego jest co najmniej nieelegancko, o ile nie bardzo brzydko. Po trzecie, są żarty, które naruszają czyjąś godność i takie, które są z tej perspektywy neutralne - śmianie się z gwałtów na kimś jest czymś całkowicie innym, niż śmianie się z tego, że ktoś jest skąpym - inna sprawa, że obecnie, kiedy hojnie i na kredyt rozdaje się wszystko, skąpstwo wydaje się być nie tyle przywarą, co przyjemnie staroświecką cechą.

Obok tej dyskusji przemknęły gdzieś słynne słowa Janusza Korwin - Mikkego o niepełnosprawnych na paraolimpiadzie i w mediach. Słowa, po których po raz kolejny przetoczyła się pełna potępienia burza, która pewnie uspokoiła niejedno sumienie. Głośna była przez chwilę sprawa obrażenia Jana Filipa Libickiego, przez Korwina - Mikkego. Cała scena, w wersji opisanej przez Gazetę Wyborczą, mogłaby być żywcem sceną z "South Parku". W tym serialu słodkie chłopaki na pewno podałyby swe tłuściutkie łapki Wojewódzkiemu, a patos nieodzowny w sytuacjach, gdy walczy się o godność byłby obnażony i wyśmiany bezwzględnie - już widzę kreskówkowego chłopczyka na wózku, który domaga się, aby ktoś  przeprosił "wszystkich niepełnosprawnych paraolimpijczyków, niepełnosprawnych sportowców oraz wszystkie osoby niepełnosprawne, które poczuły się obrażone wpisem z jego blogu."

Oczywiście można się nabijać z wszystkiego, można przesuwać granice, ale czy naprawdę wszyscy musimy mieszkać w "South Park"? Nie można w Cicely na Alasce?

poniedziałek, 14 maja 2012

Lubię sobie czasem bluzgnąć. Większość ludzi lubi.

W piątek przeczytałam w internetowej Gazecie Wyborczej, która postanowiła zacytować jakieś opiniotwórcze pismo, że Bogusław Kaczyński bardzo ubolewa nad powszechnym schamieniem. Żale swe wylewa na łamach Faktu, który jak wiadomo wiedzie prym w edukacji kulturalnej społeczeństwa. Jeżeli Gazeta W. zgadza się z tezami Bogusława K., to powinna przestać cytować Fakt, SE i Gazetę Polską a być może też zamknąć swoje internetowe wydanie, pozostawiając Wyborcza.pl, choć i tam zdarzają się tabloidowe kwiatuszki.

Pół roku temu o przekleństwach w wywiadzie dla Wyborczej mówiła także Dorota Masłowska, że kiedyś przeklinała, a teraz ma ochotę bić za to parasolką.

Być może makabrycznym świadectwem zmian w językowej obyczajowości są nagrania z dwóch czarnych skrzynek - pilot Tupolewa 154 w ostatnich słowach powiedział kurwa, a pilot samolotu, który 25 lat temu rozbił się w Lesie Kabackim Cześć, giniemy.

Kilka lat temu, przed TVN 24 i Faktem, w początkach Polsatu publiczne przekleństwa w mediach były rzadkością i jako takie niosły za sobą powiew świeżości. Fuck off Chylińskiej było dla mnie chamstwem, ale rzucone mimochodem przekleństwo zrywało jakoś ze sztywnością medialnej formy. Tymczasem obecnie, ilekroć ociekający zajebistością prezenterzy i artyści każdą wypowiedź dekorują eufemistycznie rzecz ujmując motylimi nogami, jest to zwyczajnie nużące. Teraz awangardą byłoby zachowanie a' la Bogusław Kaczyński właśnie, czy inny Jacek Dehnel. Nie jestem tu jakoś strasznie radykalna, są osoby, takie jak na przykład Tymon Tymański, którego ostatnio słucham idąc na pociąg, do których przeklinanie jakoś pasuje i wplatają je umiejętnie w tak ciekawe wypowiedzi, że słucha się tego z przyjemnością. Ale to naprawdę są wyjątki.

Niby celebryci przeklinając na potęgę nie robią nic złego, ale upowszechniają rynsztokową normę. Jeżeli można swobodnie rzucać mięsem w oficjalnym języku, to można także siedząc na open space w pracy, co znowu nie czyni nikomu krzywdy, ale czyni tę wspólną przestrzeń mniej przyjazną. To trochę jak z rasistowskimi żartami - opowiadane wśród ludzi jednej rasy niby nikogo nie ranią, ale stępiają wrażliwość.

Moje ubolewanie nad tym upadkiem obyczajów ma jeszcze inne podłoże. Jak wspomniałam w pierwszym zdaniu, a od tego czasu wiele się nie zmieniło - lubię puścić wiązankę. Najlepiej taką wielopiętrową, epicką, z mieszaniną słów niecenzuralnych i naukowych. Pięknie przeklinał na przykład ojciec B., który za kierownicą z lekko znerwicowanego intelektualisty zmieniał się w furiata, wyzywającego innych kierowców od chujów w szynce. Na blogu bym sobie poprzeklinała, napisałabym taki klasyczny, rytmiczny diss. A tu właśnie przeklinać coraz mniej wypada, bo jako się rzekło - to już nieświeże jak tatuaże na lędźwiach. Do tego wokół pojawia się coraz więcej dzieci, a przy nich to już w ogóle trzeba się pilnować. Trudno, zwłaszcza jak będzie się miało swoje potomstwo, ciągle gryźć się w język, bo mama z nieustannie krwawiącym językiem to może być solidna trauma.

Moim ulubionym ostatnio zwrotem, wyrażającym głównie zdziwienie, niezadowolenie lub zajęcie pozycji dystansu jest ja jebię. Nie chciałabym, żeby były to moje ostatnie słowa.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Życie ostatnio zostało zdominowane przez pracę zarobkową, konsumpcję, pracę magisterską dziennikarza muzycznego oraz kulturę. Nie licząc oczywiście internetu, przygód wynikających z troski o urodę i podróży PKP.

Oczywiście oglądam z doskoku wiadomości (choć telewizyjnej publicystyki już nie trawię), czytam grzecznie świąteczną Gazetę Wyborczą (acz ze świadomością, że nasz związek największe namiętności ma już za sobą), a babcia J. dostarcza mi Polityki i Powszechne Tygodniki, które czytam głównie w pociągach, ale stopniowo i przynajmniej chwilowo skutecznie polityka przestała mnie podniecać.

Nie popadając w kombatanctwo mogę śmiało przyznać, że polityka budziła we mnie emocje od co najmniej ćwierćwiecza, stąd nasza obecna oziębłość mnie dziwi i martwi, niemal w takim samym stopniu jak fakt, że zgadzam się z Marcinem Mellerem w postawie wobec PiS oraz wszystkiego, czym zajmują się aktualnie politycy.

Może to zupełnie naturalne, że układając różne swoje życiowe sprawy im właśnie udziela się więcej zainteresowania. Prawdopodobnie dlatego bardziej ekscytuje mnie to, że kupiłam maselnicę niż dobry wynik Marie Le Pen. I być może też z tego powodu kupno kosza na pranie porwało mnie bardziej niż proces Breivika. Więcej warte niż czytanie o mamie Madzi jest dla mnie to, że wracając z dziennikarzem muzycznym z czytelni Instytutu Socjologii UJ upolowałam bardzo okazyjnie Lalę i Norwegian Wood. Fakt, że musiałam spędzić noc sama w domu po przeczytaniu Domofonu Miłoszewskiego oraz dwukrotne przejście obok zdechłego szczura na Grzegórzeckiej były dla mnie straszniejszymi przeżyciami niż demonstracja w obronie Telewizji Trwam.

Czyli ucieczka w prywatność. Ale przecież zawsze lekceważyłam taką właśnie postawę, będąc przekonaną, że polityka jest naszym losem. Że trzeba się nią przejmować, brać odpowiedzialność, dawać świadectwo za wszelką cenę, co w naszych łatwych do życia, a niełatwych dla herosów czasach, oznacza zwykle cenę śmieszności. Trudno mi pogodzić się z myślą, że nie miałam racji albo że przed tą racją pragmatycznie skapitulowałam.

Drugi trop, to poczucie, że o ile polityka jest naszym losem, to przecież nie ta polityka, o której czytam na pierwszych stronach gazet. Ona dzieje się przede wszystkim na średnim szczeblu, a większość informacji do nas nie dociera. Media interesuje przede wszystkim fasada i sfera symboliczna, trudno w zegarze sterowanym rytmem konferencji prasowych zwoływanych dla TVN 24 mówić o poważnych, eksperckich sprawach czy o prawdziwych tajemnicach wywiadu. Możliwe, że żeby mieć poczucie prawdziwego wpływu, trzeba być w środku, pytanie jak wtedy zachować trzeźwość osądu.

Po trzecie - ACTA spłynęło po mnie, protesty młodzieży nie poruszyły. Ataki na squaty nie będą moim przeżyciem pokoleniowym, zresztą może zamknięcie się w prywatności skutecznie mnie z przeżyć pokoleniowych eliminuje. Całkiem niewykluczone, że jestem tą obojętną młodzieżą z raportu Młodzi 2011, choć nie - przecież interesuje mnie reforma emerytalna. Tylko w imię pracy dłuższej o siedem lat nie wyjdę na ulicę, a postulat wydłużenia wieku emerytalnego nie jest porywający nawet dla przekonanych.

I wreszcie - media. Weszłam dzisiaj na portal Gazeta.pl, a tam w dziale "wiadomości": relacja z kłótni w programie Tomasza Lisa (skądinąd każdy program jest w GW szczegółowo relacjonowany jako wiadomość dnia) i inne kwiatki, jak widać na załączonym obrazku.

Jedyne, co ostatecznie przykuło moją uwagę to demot o kocie.

Ostatecznie można by uznać, że to moje ubóstwo intelektualne, ale wiadomo że to nie jest prawda. Dziennikarze lubują się w makabreskach, a redaktorzy portali w nagłówkach nie do ogarnięcia. Są chlubne wyjątki wśród dziennikarzy, są wolontariusze, którzy wzięli na siebie trud oddzielania ziarna od plew, ale coraz częściej wybranie czegoś ciekawego i nie zacietrzewionego jest bardziej szukaniem igły w stogu siana.

Nie zamknęłam się w świecie pracy i prywatności na tyle, by sama tego nie dostrzegać tej separacji od świata na zewnątrz. Ale chwilowo bardziej niż (zerknijmy na newsy z Onetu) relacja z aborcji na żywo, interesuje mnie to, że śledzimy z dziennikarzem muzycznym online wysiadywanie jaj przez orły bieliki z Kutna i bociany z Ustronia.

I mierzi mnie, mierzi jak jasna cholera ta niekonsekwencja, że oglądamy ptactwo dzikie przez internet, a prawdziwe gołębie z parapetu przeganiamy.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Podróżowanie między Krakowem a Poznaniem jest nadzwyczaj niekorzystne. Póki nie wystartuje Oltekspress, do wyboru mam PKP (czasochłonne - nawet do 9,5 h!, ale niedrogie), PKS (mniej czasochłonne niż PKP ale nie ma miejsca na nogi i błogosławię wówczas swój nikczemny wzrost, natomiast niestety siedzący za mną na ogół wbijają swoje kolana w moje nerki), samochód (drogo i nie krócej niż 5 godzin a i to w oczekiwaniu na pocztówkę od drogówki) no i 3 razy w tygodniu samolot (bardzo drogo, a z przesiadką w Warszawie niewiele krócej niż autobus). Żeby nie męczyć się dodatkowo tym pielgrzymowaniem, ograniczam bagaż do minimum, do Poznania jadę z torebką, z Poznania wracam z torebką i wałówką. Wczoraj na wałówkę składały się: pieczony łosoś, wędzony łosoś, dwie puszki sardynek, kiełbasa biała, podwawelska i gospodarza, puszka pomidorów, szynka szwarcwaldzka, ser żółty i sama nie wiem co jeszcze. Wszystko zapakowane w dwie reklamówki o umieszczone na półce na bagaż.

Wczoraj wracałam pociągiem korzystając z sympatycznej trasy przez wymarłą Łódź i umilałam sobie czas - a to lekturą prasy, przeglądaniem facebooka, sms - ami, rozmowami telefonicznymi, a to bawieniem się nawigacją w komórce, a to podglądaniem co czytają współpasażerowie. Na przykład dziewczyna siedząca naprzeciwko mnie, która nie była zbyt ładna, ale miała miły głos, cały czas było jej zimno (a takim ludziom dajemy kredyt zaufania), a jej nogi, gdyby siedziała przede mną w autobusie wbiłyby mi się nie tylko w nerki, a i w wątrobę, czytała jakąś sztukę bądź scenariusz, która zaczynała się od słów "Kurewsko boli" wypowiedzianych przez bohatera imieniem Łukasz. Dalej nie wypadało podczytywać, zresztą współpasażerka szybko zwinęła papiery i zadzwoniła do brata informując go, że w piątek cała ich rodzina zjeżdża się do Katowic, bo ciocia Gosia wyprawia urodziny ojcu, a w sobotę są imieniny cioci Gosi i rodzina pyta co chcą jeść. Kurewsko obolały Łukasz przykuł na chwilę moją wyobraźnię, bo zaczęłam się zastanawiać, jaka książka czy sztuka mogłaby się od tych mocnych słów zaczynać. O porodzie i macierzyństwie. O narkomanach. Odcinek Californication, którego akcja zaczyna się w salonie Marcy. Scena wieczorna poimprezowa - bohaterka właśnie zdjęła szpilki.

Potem wróciłam do lektury, sporo było w ostatnich Politykach i Tygodnikach Powszechnych o Szymborskiej, a mnie najbardziej zainspirował wywiad z Mikołajem Łozińskim, a zwłaszcza zawarta w nim porada, by się za bardzo nie przejmować, kiedy się gra w szachy, zamiast pisać. No i gdy tak sobie jechałam zaczytana i zanurzona w literaturze wszelakiej, nagle na głowę spadła mi puszka sardynek.

Bolało. Bardzo.

środa, 24 sierpnia 2011

Powoli dobiega końca jeden z moich najulubieńszych miesięcy w roku. Gdyby nie to, że drugim jest wrzesień, to już byłoby mi smutno, a może nawet poddałabym się refleksji na temat upływu czasu. Ale na szczęście tym razem to szczęścia chodzą parami, sierpień idzie za rękę z wrześniem, a przygnębieniu, że czas ucieka można się poddawać z zupełnie innych powodów.

Poza tym, że sierpień jest zwykle w miarę ciepły, spadają asteroidy i są przeceny, to jest to przede wszystkim miesiąc pocztówek z powstania warszawskiego.

Zaczyna się oczywiście 1 sierpnia. Jako młoda panienka odwiedzałam ojca w Warszawie i chodziliśmy rytualnie na spacer na Wojskowe Powązki, gdzie zawsze zapalałam z tej okazji znicz na grobach Zośki i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, a ojciec, nie wiedzieć czemu - Drawicza i Tuwima. Rytuałem też była kłótnia mojego ojca z facetem, który sprzedawał przy wejściu antysemickie pisemka. W Poznaniu czy w Krakowie nie przeżywa się tego dnia tak bardzo, w tym roku wybicie 17.00 nie przeszkodziło mi w przygotowywaniu obiadu, ale pamiętam niezwykłą emocję, kiedy Godzina W zastała mnie trzy lata temu na Placu Bankowym. Szłam tam spiesząc się z pracy i kompletnie zapomniałam, ze to już za chwilę. Kiedy zawyły syreny stałam koło Grubej Kaśki i miałam widok na cały plac. Wiał wtedy dość silny wiatr, flagi łopotały i zwielokrotniały się w odbiciu błękitnego budynku, samochody i tramwaje naprawdę się zatrzymały, a ja miałam dreszcze ze wzruszenia i aż drżę, że to może był patriotyzm.

Potem jest 4 sierpnia, kiedy obowiązkowo sięgam po malutką książeczkę z kilkudziesięcioma wierszami Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W tym roku powstańcza pocztówka przyszła do mnie niespodziewanie 11 sierpnia, kiedy to świętowaliśmy ważny jubileusz. Po skończeniu piątej butelki różowego wina w domu ostał się wyłącznie spirytus. Dziennikarz muzyczny spreparował z niego roztwór dodając kawę i miód, ale przed spożyciem trzeba było ten szlachetny trunek przepalić. Siedzieliśmy sobie na poddaszu, szumiał wiatrak, cieszyliśmy się gośćmi, rozrzuconym po mieszkaniu konfetti i bardzo udanym dniem, a na prowizorycznym stoliku przepalał się w dwóch szklaneczkach alkohol.

Powstanie Warszawskie, a w zasadzie okupacja nim zwieńczona, to także seriale. Przede wszystkim Kolumbowie. Boże, jak ja się kochałam w Zygmuncie a przez to w Janie Englercie! Jaki on był cudowny, przedsiębiorczy i brawurowy jednocześnie, bezczelny, narwany a z drugiej strony dobrze zorganizowany. Najlepiej z całego serialu pamiętam tekst, który szedł z offu w czołówce, przedstawiając bohaterów. O Zygmuncie lektor mówił, że studiował na uniwerku i to słowo "uniwerek" obrazowało w mych siedmioletnich wówczas oczach całą niezależność, aspiracyjność, nonszalancję bohatera. Rzecz jasna Czas Honoru się do Kolumbów nie umywa. Ale też są mężni chłopcy i piękne kobiety, od tych ostatnich dostałam w ten weekend drugą pocztówkę z powstania.

Wojna się skończy, a Czas Honoru nie. W kobiecej prasie pojawiła się zapowiedź kolejnej serii, którą promują wypowiedzi aktorek na temat ich stosunku do całego wydarzenia. Zakazanie panienki (taki jest tytuł materiału) mówią o bohaterstwie, strachu, trudności w graniu scen tortur czy zabijania. Wypowiedzi te połączone są z sesją mody. Sukienki głównie z Mysikrólika, na niektórych ordery. Pończochy z Calzedonii, dodatki z H&M. Czasem w takich prezentacjach pojawiają się ceny, a tu niestety ich brak, a szkoda, bo należałoby pójść krok dalej. Do powstania pewnie bym poszła, mówi aktorka, a obok przykładowo korale, H&M, 39,99. Patriotycznie i ekonomicznie.

Zostało jeszcze 41 dni powstania, ciekawam zatem kolejnych pocztówek. I tego, czy wreszcie zdołam z samą sobą ustalić, czy pisać je małą czy wielką literą.

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi