Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS
czwartek, 05 maja 2011

W cv punktem fakultatywnym acz pożądanym są zainteresowania. Nigdy nie wiem, co tam wpisać. Kino, czytanie i polityka to banały. Jak ma sie banalne zainteresowania, to recruitment specialists doradzają jakieś doprecyzowanie, że jak kino to hiszpańskie, jak literatura to czeska. U mnie znowu kiepsko - za kinem hiszpańskim chyba nie przepadam, podobał mi się wprawdzie Granatowy prawie czarny bo był taki egzystencjalny z alchemicznym przesłaniem, ale poza tym chyba żadnego hiszpańskiego filmu nie widziałam w całości. Zresztą czymże we współczesnym zglobalizowanym świecie, w którym nie ma żadnych wartości, żadnych świętości, gdzie pozostał nam tylko jeden błogosławiony, gdzie hula postmodernizm, kosmopolityzm, seksualizm i multikultralizm, czymże w tymże świecie jest kino hiszpańskie?

Zatem jeżeli kino to popularne, najlepiej amerykańskie. Albo polskie. Z polskiego kina można się sporo dowiedzieć. Na przykład nie tak dawno temu oglądaliśmy z dziennikarzem muzycznym w nocy na Kino Polska krótkie filmy polskich reżyserów. Jeden był o tym, że jak się nie ma pracy, to się zabija ludzi. Postać grana przez Antoniego Pawlickiego uderzyła niechcący człowieka i wystraszyła się, że go zabiła, usłyszała ludzi, wciągnęła go pod most, żeby ukryć swój niecny czyn i zabiła go naprawdę. Potem miał ten bohater wyrzuty sumienia, ale nadal szukał pracy i jadł pizzę z żoną w ich nowym mieszkaniu z aneksem kuchennym.

Następny film był o kobiecie, która się nie odzywa. Nie odzywa się przez cały film, ale widać, że coś przeżywa, bo po przyjściu z pracy do domu nalewa sobie wino i ono jej upada na panele podłogowe. Po chwili przychodzi do niej jej chłopak, który mówi , że znalazł bohatera do swojego filmu, że ma już całą ekipę, że rozlała wino, dlaczego je rozlała, sprząta to wino, przeżywa bo był na imprezie wczoraj z okazji rocznicy pierwszego rozwodu kolegi i nagle w tym swoim słowotoku znajduje na blacie kuchennym jakieś papiery i mówi dalej, pyta właściwie, co one tu robą i teraz właśnie się okazuje, że z filmu nici, bo ona nie przekazała tych papierów komuś, a te papiery to scenariusz i wszystko nie ma sensu w jego życiu i w filmie też nie ma, bo przecież można by ten scenariusz wysłać mailem. No więc on się wścieka podchodzi do niej i wtedy dziennikarz muzyczny mówi z nadzieją Zabije ją!, bo przecież w poprzednim filmie człowiek człowieka zabił za niewinność a tu jest wina przecież widoczna jak na dłoni, choć logiki w tym nie ma, bo scenariusz można przecież mailem albo na ftp wrzucić czy coś, ale nawet jeżeli, to obiecała że go dostarczy i nie dostarczyła, więc ten facet, co mu się film teraz posypał podchodzi do kobiety nadal milczącej, wyciąga w jej kierunku ręce i ku naszemu zaskoczeniu ją przytula. I ani jej nie poddusił ani nic.

Porzucając  wątek filmowy, dodam, że może lepiej, żeby mnie o to kino na rozmowach i assesmentach nie pytali. Z oryginalnych zainteresowań, kiedyś na rozmowie (tej samej, gdzie mogłabym być motywowana biuwarem) wysypałam się, że lubię pisać. Facet, który mnie rekrutował zamarł, otworzył usta z czym wyglądał mało roztropnie ale za to było widać, że o uzębienie dba. Po chwili osłupienia zapytał:

Pisać? Że to znaczy... że co?

O mój boże, jak mi było głupio. Jakoś tak wybrnęłam, że czasem jakiś artykuł skrobnę, czy coś, ale postanowiłam zmienić temat i pokazać mu, że jednak jestem ciekawą osobą i coś fajnego jednak mnie jara. Więc powiedziałam. Że lubię grać w szachy. Jak się domyślacie - porażka na całej linii.

Bezrobocie powoduje zatem rewizję zainteresowań. Trzeba wykreślić z tej rubryki pisanie, dodać gotowanie, fotografowanie i zapraszanie gości.

Jak już jest gotowanie to i tycie. Bo w ramach oddechu od wypełniania korpoformularzy popełniłam w sobotę ciacho. A ponieważ w zainteresowaniach mam także fotografowanie to postanowiłam je uwiecznić.

Przepis znajdziecie tu.

piątek, 29 kwietnia 2011

W ogólniaku miałam jedną taka koleżankę w klasie niżej. To nie była ładna dziewczyna, ani też zdolna, ani też szczególnie błyskotliwa. Była za to ambitna, pracowita i bardzo poważna. Albo może wcale nie była poważna, tylko w czasach licealnych chciała taka być. Ponieważ ja też chciałam, a byłam trochę starsza i niektórym wydawało się, że jestem pewna siebie, to koleżanka się do mnie przykleiła. Opowiadała mi o swoich kłopotach z uczuciami do kolegi, klasowego nonkonformisty, który zawsze chodził w golfie i marynarce, co miało obrazować subtelną elegancję i nonszalancki intelektualizm, opowiadała mi, że nie może się dogadać ze swoim ojcem wojskowym, że chce iść na ciekawe i perspektywiczne studia. Rozmawiałyśmy także o innych babskich sprawach, na przykład o tym, jak to jest, gdy się maluje na ostatnią chwilę paznokcie, a następnie przez roztargnienie poprawi się ręką włosy. Wniosek był taki, że najpierw trzeba zmyć lakier z paznokci, a potem dopiero z włosów bo inaczej zrobi się kompletna katastrofa. O ciuchach też gadałyśmy, a że koleżanka starała się swoją powagę i ambicję przejawiać na wszystkich płaszczyznach(a dodajmy, że natura wyposażyła ją raczej w krągłości), to chadzała w żakietach, apaszkach i z eleganckimi torebkami prestiżowej marki Kalen w estetyce 40 +.

Ja jako człowiek poważny, gdy już wyrosłam z jutowego zielonego plecaka popisanego markerem, też zaczęłam nosić eleganckie torebki, a pewnego dnia stwierdziłam, że wolę chodzić do szkoły z taką brązową skórzaną teczką.  Teczka mieściła kilka zeszytów, a nawet jakiś podręcznik, wtedy na portfel, wielką komórę, pomadkę i klucze miałam taką malutka czarną torebeczkę kupioną na ul. Półwiejskiej za 20 złotych. Niezwykle oczywiście dostojną. Całość była bardzo niepraktyczna, bo teczka sama w sobie była ciężka, no i wiadomo, że lepiej ograniczać niż mnożyć ilość pakunków, bo to zmniejsza prawdopodobieństwo zgubienia czegoś. Ale, jak mawiała moja mama Kto chce być strojny musi być spokojny, więc z tym dobytkiem chodziłam do szkoły i na wszelkie inne zajęcia. Pewnego dnia koleżanka zauważyła moją teczkę, zaczęła cmokać nad nią i się zachwycać i w końcu zapytała: Czy Ty wiesz, jak to się nazywa? Wiesz? Nie wiedziałam. To się nazywa biuwar!

Tenże biuwar trafił pod dach mojego domu w taki sposób, że moja mama, która jest prawdziwym człowiekiem renesansu, próbowała swoich sił w branży ubezpieczeniowej. Branża ta w połowie lat 90 - tych miała system motywacyjny, polegający na tym, że po zawarciu pierwszych kilku umów, poza prowizją otrzymywało się w prezencie biuwar.  Mama nie czuła się dobrze jako rekin finansjery, więc zajęcie porzuciła, ale biuwar został. Przypomniał mi się on w ramach szukania pracy. Znalazłam bowiem ogłoszenie, które wyglądało jak akwizycja, ale wymogiem w nim było wykształcenie wyższe prawnicze. Poszłam na rozmowę, okazało się, że jest to faktycznie po prostu sprzedaż mało interesujacych instrumentów finansowych, a wykształcenie to był chyba taki wabik. Pan rekrutujący dwoił się i troił, żeby przekonać mnie, że to dla mnie praca marzeń, że zresztą to jest taka praca, gdzie nie tyle chodzi o kasę, co o zaspokajanie własnych ambicji (Wie pani, jak się zarabia około 20 tysięcy, to już nie ma różnicy, czy zarabia się 18 czy 21) i w ramach tego dwojenia się przedstawiał mi system motywacyjny. Po pierwszych 6 umowach w prezencie od firmy oprócz należnej prowizji dostaje się... No właśnie. Biuwar.

Tagi: biuwar praca
16:29, tennesee
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 kwietnia 2011

W czwartek znowu byłam klientką PKP. Zanim Inter Regio z Gliwic do Poznania zabrało mnie w podróż, musiałam się zmierzyć po raz kolejny z tłumem na stacji, który to tłum przejawia nieracjonalne zachowania w momencie wjazdu pociągu na peron. Wiadomo, że każdy chce ustawić się korzystnie, tak by gdy pociąg się zatrzyma stać dokładnie na wprost drzwi - zapewnia to lepszą pozycję startową w walce o miejsca. Nie licząc bowiem tych nieetycznych podróżnych, którzy rezerwują sobie miejsca przez okno, wygrywa tu zasada "kto pierwszy ten lepszy".

Cóż zatem czynią podróżni czekając na wjazd pociągu? Najpierw stoją. Na widok pociągu nerwowo przytupują. A potem, gdy pociąg zaczyna ich mijać - idą w kierunku jego jazdy. Cholera wie czemu, gdy zamajaczą im pierwsze drzwi brną przez peron do przodu nie zważając na ciężar swych bagaży, a przede wszystkim na nieracjonalność takiego zachowania. Natomiast ja stoję na peronie i czekam ignorując ten owczy pęd. Wiadomo, albo będę miała szczęście, albo nie, ale przynajmniej się nie nalatam za tymi znikającymi drzwiami. Tłum gnający przez peron nie lubi takich zawalidróg i od czasu do czasu słyszę syk, że to nie jest miejsce do stania. A do czego, się pytam? Do sprintu z walizką?

Tym razem miałam szczęście. Na wprost mnie zatrzymały się drzwi do wagonu klasy pierwszej przerobionego na wagon klasy drugiej (przeróbka obejmowała naklejenie kartki formatu A4 z napisem 2 na namalowanym białą farbą napisie 1). Weszłam jako pierwsza do wagonu i przeżyłam sytuację alienacji, dysonansu, racjonalizacji i zrozumienia, wszystko w ciągu dwóch sekund. Otóż ktoś w przejściu, koło kibelka klęczał, czy raczej był na czworakach. Najpierw pomyślałam, że chciał wymiotować w toalecie, ale było zajęte i nie zdążył. Potem zobaczyłam leżące na podłodze paluszki z makiem i przyszło mi na myśl, że ktoś je zbiera. W końcu zorientowałam się, że osoba przede mną klęczy na rozłożonym dywaniku, jest ubrana w hidżab i się modli. Tak odbyłam lekcję z multikulturalnego społeczeństwa.

Poszłam dalej, zajęłam wygodnie miejsce w sześcioosobowym przedziale i pogrążyłam się w czytaniu zaległej prasy. Kątem oka zauważyłam stojącego na korytarzu Gabriela Janowskiego. W materiałowych butach, ze swoją siwą brodą wyglądał jak miły, łagodny staruszek. To była lekcja z uprzedzeń.

We Wrocławiu skład się wymienił. Do przedziału wsiadł młody mężczyzna. Ostrzyżony na zapałkę, z plecakiem moro, w białym t-shircie, czyściutki. Przyglądałam mu się uważnie, miał bardzo ładne dżinsy, w takim stalowym kolorze. W stalowym kolorze był także jego łańcuszek zawieszony na szyi, a na łańcuszku orzeł. Taki jak z godła, ino nie w koronie. Zadanie domowe ze stereotypów - odrobione.

Do pociągu wsiadł też ojciec z synem i psem. Ojciec był niedzielny, ewidentnie było widać, że synem nie zajmuje się zbyt często, nie bardzo mają o czym ze sobą gadać, a kontakty porozwodowe z jego matką nie są wyśmienite, choć pod płaszczykiem normalności. Chłopak nie w ciemię bity, albo bity właśnie, szedł w donosy. Tata bowiem wypytywał go o sprawowanie opieki nad nim i jego starszym bratem przez byłą żonę, a młody - że mama bratu na wszystko pozwala, nie sprawdza czy odrobiłem lekcji, czasem zwróci na coś uwagę, ale w sumie to nie bardzo. Zadzwonię potem do mamy, powiedział ojciec uspokajająco. Potem odbyła się rozmowa o ocenach. Przejdziesz do następnej klasy? - zapytał tata.

Przejdę.

A wiesz, że za czwórkę z historii będzie gratyfikacja finansowa? A za piątkę, to już ho, ho! A za szóstkę - gigantyczna!

A za piątkę z informatyki? - spytał syn.

Z informatyki jesteś dobry, za informatykę nie ma nagrody!

To była lekcja rodzicielstwa.

W międzyczasie zadzwoniła do mnie osoba, która przez zapomnienie nie znalazła się na mojej "Liście Earla". Bardzo miła starsza pani, prawdziwa przedwojenna dama. Wobec przedwojennych dam nie wypada powiedzieć, że ich mężowie oraz synowie byli nieodpowiedzialnymi alkoholikami, tylko jak już - lekkoduchami i bon vivantami. No więc jej mąż i syn to była tak kategoria i kiedyś, kiedy zmarł nasz wspólny znajomy i zajmowałam się organizacją jego pogrzebu, sporo mi o tym opowiadała. Ona pomagała mi w tych formalnościach, a nade wszystko - uspokajała przyjaciół zmarłego, którzy nie chcieli się zgodzić na pogrzeb zgodny z jego wolą. To skądinąd ciekawe - zmarły był zdeklarowanym ateistą, jego przyjaciele też, a jak przyszło co do czego, to okazało się, że pogrzeb bez księdza się nie liczy. Ja konsekwentnie i pryncypialnie organizowałam pogrzep tak, jak chciał tego nieżyjący, a starsza pani stanowiła bufor między mną i jego świtą. Pitem, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach kontakt się nam urwał i czasem mi się jej krucha postać czkała. I akurat w Wielki Czwartek postanowiła do mnie zadzwonić. Po trzech latach! Poza życzeniami świątecznymi i pytaniem co u mnie powiedziała Wspominam panią, jako miłą i odpowiedzialną osobę. Wtedy tyle na panią spadło, tyle zadań i tak pogodnie sobie pani ze wszystkim poradziła.

To była lekcja pokory.

sobota, 23 kwietnia 2011

Trzeci raz w życiu szukam pracy. To znaczy - również pracując, zdażyło mi się wysyłać jakieś cv i odpowiadać na ogłoszenia, ale bardziej dla sprawdzenia koniunktury niż z prawdziwego poszukiwania płatnego zajęcia. Natomiast wielkie szukanie pracy, ze zmasowanym szperaniem w portalach, rejestowaniem się w bazach kandydatów i ogólnym strojeniem się w piórka ambitnej karierowiczki dzieje się po raz trzeci.

Trzecia w ciągu czterech lat wiosna upływa mi na ślęczeniu przed komputerem i wysyłaniu, czytaniu, przerabianiu cv. Cóż to za swoista ironia losu, że zawsze dotąd zaczynałam szukanie pracy późną zimą i dostawałam ją późną wiosną, przez co od lat nie dane mi było cieszyć się wakacjami latem. Bo przecież i na studiach we wrześniu czekała mnie sesja, więc z rozkoszowania się ciepłem nici. Mam tylko nadzieję, że i tym razem się uda, a latem będę już pracować. I zarabiać. A najlepiej w odwrotnej kolejności.

Pierwsza epopeja pracowa miała miejsce cztery lata temu, po ukończeniu studiów. Uff, pamiętam jak dziś maraton egzamnacyjny na końcówce (KPK, KSH, PP), wariackie kończenie w cztery dni pracy magisterskiej oraz obronę z gorączką. Podczas egzaminu magisterskiego mój promotor spytał mnie o coś z bieżących wydarzeń politycznych, a ja ponieważ od kilku dni czytałam wyłącznie podręcznik Bierzanek - Symonides i raporty OBWE nie miałam pojęcia o czym mówi. I pamiętam też, jak z maligny dotarło do mnie wspomnienie opisu kolegi od przetworów z Gadu - Gadu i dopiero wtedy zrozumiałam pytanie. A mówią, że internet obniża jakość kontaktów międzyludzkich i poziom wiedzy. Phi.

Po obronie pojechałam za zasłużone wakacje, a następnie zabrałam się za szukanie pracy. Metodycznie, bo najpierw poszłam do biura karier UAM, żeby mi powiedzieli, co właściwie powinnam robić. "Pani jest taka niedziesiejsza. Powinna mieć pani spokojną pracę, mało stresu, dużo kreatywności, najlepiej pracę w oparciu o kontakt z ludźmi, dla których jest pani autorytetem". No ba, kto by takiej roboty nie chciał.

Tamte poszukiwania zaowocowały 50 cv i sześcioma realnymi ofertami pracy i tak od połowy czerwca zaczęło się całkiem dorosłe, bo już bez mamy, a trochę studenckie, bo w obcym mieście i w komunie, życie.

Druga epopeja pracowa trwała dłużej i była traumatyczna. Bo te dwa lata temu czułam, że umknęło mi coś, jakaś szansa, jakieś możliwości. Nie chciałam wtedy skorzystać z oferowanej mi pomocy, nawet nie umiałam z niej skorzystać. Bo powiedzenie gdzie się chce pracować, prośba o wsparcie w tych poszukiwaniach i ewentualne rekomendacje rodzi za sobą zobowiązanie, że faktycznie będzie chciało się to robić. A wówczas, w wieku dwudziestu ośmiu lat, nie miałam pojęcia co chcę robić, więc myślałam że życie coś tam w końcu przyniesie i będzie to miało sens.

Podczas trzeciej epopei pracowej nadal tak myślę. Że kiedyś się te wszystkie kropki połączą, że fuzja dobrych i złych doświadczeń, zainteresowań, frustracji, szkoleń, rozczarowań - coś da. Najfajniej by było, żeby dała lekką pracę za ciężką kasę, ale na razie nic na to nie wskazuje.

Parę tygodni temu w fazie frustracji odpowiedziałam na ogłoszenie o ankietach. Było takie na gmutree - że można robić ankiety, płacą bodaj dychę za godzinę. Ankiety zawsze mnie fascynowały. Byłabym genialnym socjologiem. Zresztą pamiętam, jak moja znajoma Kapusta robiła ankiety, i taki jeden kolega, co miał dziewczynę Bułgarkę robił ankiety i zarabiali na tym niemało, bo trzaskali ankiet od cholery. A czasem dostawali nawet jakieś gratisy, zwłaszcza gdy robili testy konsumenckie z branży FMCG. No więc skoro nie pracuję, to mogłabym dorywczo takie ankietki robić a przy okazji zdobyć nowe doświadczenie. Odpisali mailem po kilku godzinach po wysłaniu zgłoszenia, umówiłam się i poszłam. Adres wskazywał na podwóreczko naprzeciw Hali Targowej, a w tym podwóreczku baraczki, przepraszam, pawilony handlowe. Ponieważ oczyma duszy widziałam się w foccusowni GFK Polonia to rozglądałam się po podwóreczku - krawcowa, ksero, Avon. No nic, wejdę do Avona i spytam.

Wizyta w Avonie okazała się być strzałem w dziesiątkę - to tu właśnie była umówiona! Zanim przeszliśmy do właściwej rozmowy z Panią Manager, odbyłam pogawędkę z dziewczyną, która poopowiadał mi wszystko o Avonie, systemie sprzedaży, przedstawiła szeroką ofertę firmy (znacznie szerszą, niż w czasach, gdy sama byłam konsultantką), zapytała, czy nie chciałabym się włączyć do teamu, od razu na stanowisku wyższym nie konsultantka, tzn. jako rekruterka konsultantek. Wszystko było okraszone subtelnymi aluzjami do zalet tej pracy (kosmetyki, 2000 miesięcznie za pracę 2 godziny dziennie, czy widziałam służbowe BMW Pani Manager) oraz małym szantażem emocjonalnym, bowiem zaraz po wejściu do pawilonu postawiono przede mną miskę z wodą, umyto mi ręce wmasowano drogocenny balsam do rąk, załadowano ręce w plastikowe rękawiczki i wszystko to (bez miski) owinięto ciepłym ręcznikiem. Ręce się relaksowały, głowa wpuszczała informacje o dobrodziejstwach pracy w sprzedaży bezpośredniej, usta starały się podtrzymać konwersację a nogi przebierały - bo naprawdę bardzo chciałam stamtąd wyjść. Po przebyciu zabiegu na ręce zasiadłam przed obliczem Pani Manager, która jeździ służbowym BMW  spytałam, o jakie ankiety chodzi. Otóż chodzi o to, że trzeba zaczepiać osoby przechodzące przed tą bramą i pytać je, czy są zainteresowane produktami Avon. Zapraszać do baraczku, a jeżeli się spieszą - brać numer telefonu. Mimo szantażu w postaci zabiegu na ręce, dwóch katalogów Avonów oraz czterech wersji skróconych i próbki perfum - na pracę się nie zdecydowałam. Może pogrzebałam w ten sposób szanse na karierę socjologa?

 

 

Tagi: praca
01:10, tennesee
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 kwietnia 2011

Właśnie oglądam dokument Ewy Ewart ze wspomnieniami rodzin ofiar katastrofy Tupolewa w Smoleńsku. Może lepiej, że oglądam go dzisiaj, bo przecież w niedzielę będziemy zalani falą żółci, dyskusji o tym, kto był na jakiej mszy no i ponownie czeka nas światło i dźwięk, czyli przemarsz przez Warszawę z pochodniami. Dzisiaj, poza tym, że dyskutuje się o tym, czy Donald Tusk powinien mieć wyrzuty sumienia z powodu katastrofy, czy nie, jest jeszcze spokojnie. Jeszcze można się wzruszyć i przypomnieć sobie ubiegłoroczny wstrząs.

Rok temu, 9 kwietnia, złożyłam wymówienie z pracy. Najpierw poszłam uzgodnić z zespołem, z którym pracowałam, czy to dobry pomysł. Było nas wówczas w zespole pięć, każda miała mnóstwo pracy, atmosfera stawała się z nieznośnej - bardzo nieznośna i wyglądało, że nic a nic się nie poprawi. Wiedziałam, że moja praca będzie rozdzielona pomiędzy koleżanki, a nie chciałam im robić świństwa, więc spytałam. Dziewczyny powiedziały, że podołają i mam się nimi nie przejmować, więc złożyłam wymówienie i poinformowałam o tym swoją dyrekcję. Wyszłam z pracy po raz pierwszy od bodaj pół roku o czasie. To był piątek, miałam trzydniowy termin wypowiedzenia, od środy miałam być bezrobotna. Z jednej strony czułam się dobrze, lekko, a z drugiej - byłam przerażona.

Następnego dnia obudziłam się o ósmej, a właściwie obudziło mnie przerażenie. Skoki na główkę są fajne, ale też niezbyt bezpieczne. Pojechałam na zajęcia, słuchałam wykładu o mediacjach w prawie rodzinnym, podczas którego nagle na sali zrobiło się poruszenie. Ludzie zaczęli dostawać sms- y, w końcu wykładowca zarządził przerwę i wtedy wszystko okazało się jasne. Pamiętam te telefony, gorączkowe smsy, brak sieci, ludzi zatrzymujących się w szoku na nieruchliwej Mińskiej, nerwowe papierosy. I w moim przypadku jednocześnie przekierowanie tego przerażenia, które trzymało mnie od doby. Poddałam się wtedy uczuciu albo raczej złudzeniu, że wobec takich wydarzeń moje własne sprawy są jednak błahe.

Po zajęciach z mediacji stwierdziłam, że bez TVN 24 nie przetrwam ani sekundy. Dojechałam do domu i reszta dnia była totalnie surrealistyczna. Po obejrzeniu kilku informacji sprawdziłam pociągi do Poznania, bo jakoś czułam, że musze tam być. Nie z rodziną nawet, tylko z ludźmi, z którymi będzie swojsko, szorstko, głośno i serdecznie. Że tylko tak mam szansę na równowagę. Spakowałam kilka rzeczy i poszłam na dworzec. Zamiast jednak iść prosto Alejami Jerozolimskimi, maszerowałam z Powiśla na Krakowskie Przedmieście, Plac Piłsudskiego, kompletnie naokoło. Po drodze widziałam ludzi, którzy w jakimś marszu gwiaździstym szli pod Pałac Prezydencki, widziałam na bieżąco wieszane flagi, strasznie chciałam kupić kwiaty, ale do wszystkich kwiaciarni były gigantyczne kolejki. W Parku Saskim zobaczyłam delegację Gminy Żydowskiej, w końcu doszłam na Centralny, który żył swoim normalnym dworcowym życiem. W pociągu mówiło się tylko o tym. Ludzie ze sobą rozmawiali, dzwoniły telefony, odezwała się koleżanka, z którą od lat mam chłodne relacje - większość naszych wspólnych znajomych była w Poznaniu, a w takich chwilach chce się być z bliskimi.

Pobyt w Poznaniu to był wielki reset. Wtedy w moim słowniku pojawiło się słowo zerować. Wtedy było właśnie głośno, gwarno, bardzo niedelikatnie, tak, jak powinno być. Piliśmy hektolitry alkoholu, ja patrzyłam z 10 piętra Hotelu Polonez na rozświetloną panoramę Poznania i zastanawiałam się, czy życie ma sens, a kolega robiący przetwory rzucił mną wówczas o ścianę. Poszłam spać o piątej, wstałam o 6, na dworcu wypiłam sok grapefruitowy i zjadłam kanapkę z łososiem (za wcześnie! żołądek się trochę buntował!), wsiadłam w pociąg do Warszawy i grzecznie poszłam na zajęcia.

Potem pomyślałam sobie, że gdybym odwlekła złożenie wypowiedzenia, to już bym go nie złożyła i nie byłoby trzeciej epopei pracowej (o której w następnym odcinku). Że ten żałobny, dziadowski wieczór, będzie niezapomniany, jako gorzkie, ale ciepłe spotkanie, które dało mi siłę na kolejne dziwne dni w Warszawie, która była wówczas miastem zniczy, konduktów żałobnych i smutku. I jakkolwiek tygodniowa żałoba naprawdę wszystkich zmęczyła, to w tych kilka pierwszych dni reakcje, komentarze - wszystko co związane z katastrofą było prawdziwe, bezinteresowne i naprawdę poruszające.

niedziela, 27 marca 2011

Dziennikarz muzyczny budzi się. Przeciąga. Mruży oczy. Uśmiecha się. Wzdychając mówi:

- Miałem piękny sen... Śniło mi się.... Nie pamiętam fabuły ani zakończenia.  Ale śniła mi się muuuzyka!

(ostatnie słowo wypowiedział śpiewnie, tęsknie i sentymentalnie)

A potem, jak już się naprawde obudził i posilił, opowiedział historyjkę o tym, jak hodował swoją modliszkę i pewnego dnia odciął jej głowę.

Ona i on poznali się w przedszkolu. Potem chodzili razem do podstawówki, na liceum i studia się rozdzielili, ale cały czas mieli ze sobą kontakt. Pod koniec studiów kontakt tan stał się bardziej intensywny, aż w końcu zmienił charakter na romantyczny. Rok po skończeniu studiów się pobrali w drewnianym kościółku, a teraz na koncie ich małżeństwa jest  dwójka małych dzieci, w tym uzdolniona sportowo córeczka, segment, mieszkanie, doktorat, stypendium w USA i dwie firmy. Wszystko, dosłownie i w przenośni , po bożemu.

W pewnym sensie była świadkiem ich zaręczyn. W pewnym, bo kiedyś spędzałam z nimi sylwestra, a on uznał ten czas przełomów za dobry moment na zaręczyny. To był bardzo fajny sylwester, kilka rzeczy działo się wtedy po raz pierwszy, mianowicie pierwszy raz piłam wówczas śliwowicę łącką i pierwszy raz byłam w Częstochowie.

Sylwestra spędzaliśmy w szóstkę – para gospodarzy, którzy wymknęli się 1 stycznia i on oświadczył się jej pod drewnianym kościółkiem, bliźniaczym do tego, w jakim pół roku później był ślub. Wrócili z tych zaręczyn i nic nam nie powiedzieli, bo jako osoby dobrze wychowane postanowili najpierw powiedzieć o swych planach rodzicom przyszłej panny młodej, a potem, po bożemu rodzicom świeżo upieczonego narzeczonego.

Pozostali uczestnicy sylwestra to były barwne postaci – młody politolog, młody inżynier rolnictwa oraz młody artysta. Muzyk.

Artysta ów chodził z nim i nią do przedszkola i do szkoły. Ponieważ jednak oni nie przejawiali większych talentów, a Artysta – owszem, to poszedł on ścieżką kariery obraną przez rodziców, a jak niosła wieść gminna – przez mamę o silnej osobowości. Artysta sposobem bycia przypominał Woodego Allena. Neurotyczny, egocentryczny, kruchy, chudy, drobny, trapiony przez traumy z jednej i ogrom swej wspaniałości z drugiej strony. O tym, jak źle kończą cudowne dzieci napiszę może kiedy indziej, ale tak – to był przykład człowieka, któremu do pewnego momentu szedł przez życie z mamą za rękę jak burza, a potem już przestał być dzieckiem, mamy za rękę trzymać nie wypadało, no i cudowność trochę uleciała.

Gdy stwierdził, że jest dobrym rzemieślnikiem w swym artystycznym fachu, ale wirtuozem już raczej nie, postanowił szlifować swój fach, a zwłaszcza – zarabiać pieniądze w kraju anglojęzycznym. Zanim podjął intratną posadę nauczyciela muzyki, w akcie desperacji wysyłał swoje cv do restauracji, klubów i kawiarni, na granie do kotleta i placka.  Nie szło, odzewu nie było i wówczas  kolega poprosił go pokazanie swojego listu motywacyjnego. Wszystko podobno było ładnie napisane, o tym, że umie grać i jest dyspozycyjny i repertuar ma bogaty. Tylko ostatnie zdanie wskazywało na totalną desperację:

„I can play even for food”.

poniedziałek, 21 marca 2011

Szkoła podstawowa, a zwłaszcza jej początki, to dla nieruchliwych humanistek kiepski czas. Nieruchliwe, pulchniutkie humanistki, które w dodatku nie są uzdolnione plastycznie, mają naprawdę ciężko.

Nauczyciel nauczania wczesnoszkolnego musi dbać o równomierny rozwój uczennicy, a zatem nic z tego, że uczennica ta pisze opowiadania, przeczytała samodzielnie całą Alicję w Krainie Czarów i bierze się za Musierowicz, nic z tego, że karmiona literaturą i polityką od kołyski może już realizować program historii, a zakochana w Tomku Wilmowskim zaczyna ogarniać różnice między równoleżnikami i południkami. W programie pierwszej klasy nie przewidziano możliwości płynnego czytania, dlatego trzeba raczej rysować szlaczki w zeszycie i wycinać literki z tylnych stron książeczki, żeby wkleić je we właściwe miejsca z przodu. Jakby się głębiej zastanowić to totalny idiotyzm.

Pierwsze lata szkoły podstawowej wspominam dobrze, bo niewiele musiałam robić w domu, ale zarazem fatalnie, bo trzeba było właśnie dużo rysować, wycinać, przeklejać. Z czasem nie było dużo lepiej, bo wycinanek oczekiwano coraz bardziej precyzyjnych. Nie szło mi to wszystko za dobrze, wszelkie prace wymagające cięcia i klejenia kończyły się raczej skaleczeniami i obecnością kleju na całych dłoniach, stoliku i odzieży. Prace z masą solną lub plasteliną wykonywałam z podobnym rozmachem. A nie był to koniec szykan polskiej oświaty wobec mnie, bo na zajęciach ZPT kazano nam szydełkować i haftować. Dzięki cudownym zbiegom okoliczności zawsze zadania związane z haftowaniem można było kończyć w domu, tak więc przynosiłam piękne wytwory wykonane przez sąsiadkę mojej babci, co kończyło się czwórką, bo uroda ich była mało wiarygodna.

Tak zatem to się skończyło, że plastycznie nie jestem uzdolniona, a zwłaszcza kiedy najpierw trzeba coś dokładnie policzyć, a potem stosownie do obliczeń wykonać, to już mnie całkowicie przerasta. Stąd czasem zdarzają mi się sny, takie jak ten sprzed kilku tygodni. Śniło mi się, że układam w kuchni panele podłogowe. Bardzo ładny kolor one mają, taki lekko zimno - drewniano - biały. No i je tak układam, zaczynając przy oknie, ale mniej więcej w połowie mi się nudzi i zaczynam kłaść od drzwi. Kończę dość szybko i wtedy widzę katastrofę. Otóż dokładnie w połowie kuchni jest między płaszczyznami pięknych paneli szczelina. Mało powiedziane szczelina! Dziura, japa, na dwadzieścia centymetrów.

Obudziłam się zestresowana i uradowana za razem, że nikt mi w realu paneli kłaść nie każe.

Nie wiem czy zauważyliście, ale po prawej stronie jest taka funkcja "Napisz do mnie". Po wejściu na nią można wysłać do mnie maila i niektórzy czytelnicy z tej możliwości korzystają. Nie dzieje się to jednak aż tak często, żeby istniała konieczność sprawdzania tej skrzynki systematycznie. Sprawdziłam ją dopiero długo po tym śnie i spomiędzy spamu i próśb o zlinkowanie czyichś blogów i stron wyłowiłam takiego malia:

Nie jestem zbyt dobra w networkingu.

Straszną frajdę sprawia mi znajdowanie połączeń między ludźmi, wszelkich koneksji, formalnych, rodzinnych, towarzyskich i miłosnych powiązań. Lubię odkrywać z kimś wspólnych znajomych, albo nawet odkrywać, że ktoś inny z kimś innym takich ma. To nie jest trudne, bo pamięć do zdarzeń i okoliczności dla mojego życia trzeciorzędnych mam gigantyczną.

Na studiach na przykład pamiętałam bez trudu terminy egzaminów moich znajomych, w tym te terminy z których się wypisali. Pamiętałam ich oceny, a bywało że pytania. Żeby z taką samą lekkością szło mi zapamiętywanie instytucji prawnych, przesłanek wznowienia postępowania czy warunków zostania małym świadkiem koronnym, to teraz biegałabym być może w todze z zielonym kołnierzem zagiętym na 13 kontrafałd.

Tak więc pamiętam różne wydarzenia z życia innych ludzi, ich daty urodzin, zainteresowania, powiązania między nimi. Ba, czasem w zrywie odwagi zdarza się mi wysłać komuś coś, co go potencjalnie będzie interesowało - link do filmiku, artykułu, czy oferty pracy.

Mam zatem potencjał do tego, żeby tworzyć net. But it doesn't works. Bo cóż z tego, że ja o tycb różnych ludziach pamiętam, skoro daję o sobie zapomnieć. Czasem nawet mi się wydaje, że moi bliscy muszą mieć dużo determinacji, żeby tymi bliskimi być. To nie przypominanie o sobie, nie dzwonienie, nie pisanie, to ciągła historia o tym, że będę mogła zrobić coś fajnego dla siebie czy innych (wysłać kartkę, wyjść do knajpy, urządzić imprezę, dać z rozmysłem prezent), jeżeli spełnię jakieś warunki. A warunki te potrafią być tak wielostopniowe i nawarstwione, że wiadomo, że ni ch...olery spełnić się ich nie da.

Mam sporo takich przyjaciół, którzy cieszą się niezwykłą umiejętnością utrzymywania kontaktów. Zrobię od czasu do czasu jakąś imprezkę, na urodziny wyślą nie tylko sms, ale i pocztówkę, dbają o spotkania, pokażą mailem zbiorówką zdjęcia z wakacji, albo będą autentycznie przeżywać narodziny cudzych dzieci. Zawsze mnie to wzrusza.

Jeszcze bardziej dziwi umiejętność efektywnego networkingu u tych ludzi, którzy ani nie są uroczy, ani sympatyczni, ani porywająco inteligentni. Potrafią jednak utrzymywać kontakty, puszczać w niepamięć urazy i mieć co najmniej poprawne relacje z mnóstwem ludzi.

Niestety moja dobra pamięć, to też pamięć złych rzeczy. I to nie tylko tych złych, które ktoś zrobił mnie, ale także tych, które ja zrobiłam innym. W pierwszym przypadku po prostu schładzam relacje i swoją pełną szlachetnej urazy postawą demonstruję swemu adwersarzowi, jak marnym jest puchem. Lub ewentualnie powiem kilka serdecznych słów, takich, po których nie ma już czego zbierać.

Natomiast jeżeli to ja coś spieprzę, to sprawa jest cokolwiek gorsza. Sypanie głowy popiołem nie przychodzi mi łatwo, jak już wyciągnę rękę i przyznam się do błędu, to bywa za późno. No lekko nie jest.

Nauczona przykładem Earla postanowiłam zrobić listę osób, którym coś wiszę. Tak uczciwie pisząc, to na tej liście na pierwszych kilku miejscach powinnam być ja, bo wiszę sobie kilka tysięcy dni, które powinny być wesołe a były smutne, rozwijanie zainteresowań i zgodę na pasje, zaangażowanie w życie studencko - towarzyskie i pokonywanie wyzwań zamiast przeżywania dramatów.

Ale wychylając nos poza egocentrum: jest lista. Obejmuje ona 40 nazwisk, od błędów całkiem aktualnych, po bardzo stare. Od przewin naprawdę solidnych, kiedy wiem, że kogoś zawiodłam, po drobiazgi, jak nie odpisanie na maila albo nie napisanie, że nie będzie mnie na imprezie. Zresztą kto wie, czy takie małe grzeszki nie ranią innych równie mocno, jak wielkie krzywdy.

Jeszcze nie wiem, co zrobić z tymi wszystkimi osobami. Jak na przykład wynagrodzić stratę pewnej starszej pani, której mój ojciec przed swoim wyjazdem do USA powiedział, że będę ją odwiedzać, a ja tego ani razu nie zrobiłam. Ojciec, dodajmy, wyjechał tam w 1991 roku. Albo też, jak mam zadośćuczynić koleżance, za którą nie przepadam szczególnie, ale która okazuje mi strasznie dużo sympatii i zainteresowania, a nawet wysyła mi życzenia imieninowe, zaś ja ją ignoruję koncertowo. Albo też co zrobić ze znajomą, która pewnego lata przynosiła mi kilogramy owoców, a ja się nie odwdzięczyłam nic a nic, chyba żeby liczyć, że nauczyłam ją jak jeść groszek.

Ech, w przerwach szukania pracy i pisania recenzji przyjdzie mi jeszcze nad tą listą podumać. Mam tylko nadzieję, że to odkupywanie win nie zawiedzie mnie, tak jak Earla, do więzienia.

piątek, 11 marca 2011

czyli znowu o tym, że nie da się wyjść z Internetu.

W miniony weekend otrzymałam szczepionkę antyintenetową. Szczepionka nie działa, a szkoda, bo może na nękające mnie od tygodnia przeziębienie stałaby się jakimś antidotum.

Zaczęło się niewinnie od kreskówki. Ja tam za kreskówkami nie przepadam, ale okoliczności zewnętrzne w postaci pojawiającego się czasem na tym blogu dziennikarza muzycznego lubią, a ja staram się dzielić takie możliwe do podzielenia zainteresowania. Tym samym oglądaliśmy już razem ostatniego Shreka, Film o pszczołach, Walc z Baszirem (wiem, że to zupełnie inna bajka) a tydzień temu - Wall -e.

Bajka bardzo sympatyczna i taka nieprzegadana. Nienachalnie dydaktyczna, mówi, że trzeba dbać o przyrodę, uprawiać sport, a zamiast gapić się w ekran komputera lepiej trzymać się na ręce. A wszystko to nie jest nadmiernie polukrowane.

Potem przyszedł czas na Salę samobójców. Film mądry i estetyczny, bez idealnych bohaterów, bo niemal do każdego z protagonistów można się przyczepić. Obrazy i animacje zupełnie nie jak w polskim filmie, niesamowicie wysmakowane. Reżyser tak się przywiązał do urody niektórych zdjęć, że niektóre zatrzymał w zawieszeniu. Te sceny były naprawdę piękne, ale hamowały rozwój akcji, dałoby się skrócić film o dobry kwadrans bez tych poetyckich pasaży.

Najmocniejszym elementem filmu było zarysowanie postaci rodziców. Irytujący do bólu, zwłaszcza grana przez Agatę Kuleszę matka doprowadzająca od pierwszych chwil na ekranie do bólu zębów. Bardzo mocna jest scena, gdy pierwszy psychiatra rozmawia z rodzicami, chcącymi naprawić swoje dziecko. Dominik był jak inwestycja, jak samochód, czy inny sprzęt, który "ma działać". Lekarz, który ma go leczyć też "ma działać". Bardzo smutne, ciekawe na ile częste w upper - middle - class. W kontekście ich zachowań nietrudno zrozumieć, dlaczego Dominik jest taki gburowaty (nie wierzcie zapowiedziom, to nie jest sympatyczny chłopak).

No i Roma Gąsiorowska. Nie umiem wyjaśnić swojej fascynacji tą aktorką. Jest trochę irytująca ze swoim infantylnym sposobem mówienia, taki denerwujący dzieciak a zarazem kobieta. Niby lolitka, niby Pipi Langstrumpf, nie można jednak na ekranie oderwać od niej wzroku. Niesamowicie byłoby ją zobaczyć w teatrze.

Film nie jest jednoznacznie antyinternetowy. Ludzie uciekają przecież w różne miejsca, w różne uzależnienia. Nie internet to sekta, nie sakta to jednoręcy bandyci, nie jednoręcy bandyci to alkohol, seks i imprezy. Ale obraz pokazuje, że pewnie lepiej jednak czasem ze swojego pokoju i z internetu wyjść.

Po tych wszystkich filmach propagandowych kupiłam Wysokie Obcas Ekstra. Poza wstrząsającym wywiadem z Olgą Krzyżanowską o jej ojcu, pismo zasadniczo poświęcono przyjaźni. Temu, że jedni potrzebują jej mniej, inni więcej, niektórym przychodzi ona łatwo, a innym tak łatwo, że w zasadzie wcale.  Jest tam też zapis fragmentów wykładu prof. Zygmunta Baumana, tutaj link do całości. Trudno komentować bez lukru, tak trafne i tak dobrze znane są z obserwacji uczestniczących, czy wręcz autopsji jego spostrzeżenia.

"Mamy wybór, możemy mnożyć wirtualne znajomości, które są niewymagające, nie angażują nas w nieprzewidywalny ciąg zdarzeń, tyle że wtedy redukujemy komunikację do spraw płytkich, niekontrowersyjnych, ale i nieżyciodajnych. Nasze relacje będą wtedy bardzo naskórkowe i kruche."

Krótko mówiąc prof. Bauman sugeruje mi przejście offline.

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi