Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS
środa, 20 lipca 2011

Problem niewyspania został częściowo rozwiązany poprzez zwiększenie dobowej dawki snu do sześciu godzin, jednakże tak, aby w rozliczeniu tygodniowym wypadło nie mniej niż godzin czterdzieści i osiem. Ponadto w ramach działań racjonalizatorskich usiłuję drzemać w drodze do pracy. To z kolei rodzi nowe wyrzuty sumienia.

To jest tak, że planowałam przerwy w pisaniu, przeciwnie - nagromadziłam mnóstwo tematów, zajawek oraz notatek na serwetkach i karteluszkach. Może z serwetkami przesadziłam i za bardzo wczułam się w krakowsko - kawiarnianą pozę, tak czy siak przewinęło mi się dużo tematów ważnych i mniej ważnych, pomysłów na bloga i poważniejsze trochę pisanie.

Z notatek wydziera zatem: o samotności, recenzja Dogville, o Bożym Ciele, pokorze, arogancji, rynkach, cukierniach, kawiarniach, braku sportu, podróży rowerem do pracy i wolności pomimo okoliczności. Poza tym można liczyć na kolejny reportaż z miejsca pracy, tylko muszę najpierw wystarczająco wcześnie wstać, aby wykonać odpowiednią dokumentację. Na razie wszystkie te pomysły przychodzą mi do głowy w pociągach, w pracy czy podczas półprzytomnego dogorywania po pracy. I sama nie wiem, czy fakt, że najlepsze rzeczy przychodzą mi do głowy, gdy nie mam szans ich zrealizować, nie jest po prostu produktem mojego lenistwa i pozwalającym mi trwać w przekonaniu, że mam potencjał i na tym poprzestawać.

Od kilku tygodni dręczą mnie znowu frustracje: nie można cofnąć czasu, nie da się go naprodukować na zapas, naprawienie niektórych błędów jest nierealne. Bolesne starcie się z prawdą objawioną, że nie da się niestety spędzić życia czytając Gazetę Wyborczą, Herberta albo i Miłosza, pijąc kawę i chodząc do kina. To znaczy da się, ale nie wiadomo, kto miałby za to płacić, więc to tak, jakby się nie dało. Przykra konstatacja, że choćby człowiek nie wiem jak bardzo pielęgnował, odżywiał i podlewał swoją wewnętrzną niezależność, to nieobce są mu niskie uczucia, na przykład takie jak zawiść. Strach, że życie już się powoli kończy, że nie przeczytam, nie zobaczę, nie pojadę, a przede wszystkim - nie osiągnę. I wreszcie wyrzuty sumienia, że kiedyś, gdzieś, coś tam zrobiłam źle bądź nie zrobiłam wcale, oraz że teraz, tutaj marnuję czas na rozpamiętywanie tego, zamiast po prostu robić, co jest do zrobienia. W wyrzucaniu samej sobie doszłam do takiej perfekcji, że nagle zasmuciła mnie myśl, ze być może chodziłam na zbyt krótkie spacery z psem i nie pozwalałam mu bawić się swoimi lalkami. Dodam, że pies umarł pięć lat temu, więc widzicie, że ta wiwisekcja nie jest tylko rozdrapywaniem naskórka.

Generalnie od zawsze chciałam być gdzie indziej i kiedy indziej niż byłam w danym momencie, przy czym do pewnego momentu zależało mi na przeskoku do przodu, obecnie zaś kombinuję nad tym, jak zrobić tak, żeby właśnie być po maturze i zaczynać studia. I wybrać takie, jakie by się lubiło, albo w czasie tych, których się nie lubiło robić to, co by się lubiło. Imprezować i nosić krótkie sukienki korzystając z tego, że jest się młodym. Mieć wcześnie dziecko. Nie mieć dziecka, ale mieć wczesną karierę. Wyjechać na stypendium. Wyjechać w podróż dookoła świata. Więcej rozmawiać z bliskimi. Nie palić za sobą mostów. Być milszą dla ludzi, albo przeciwnie, jeszcze bardziej bezkompromisową. Być bardziej konsekwentną bądź też mniej konsekwentną w przeszłości by stać się konsekwentną teraz. Nauczyć się porządnie języka obcego, uprawiać sporty, czytać książki, pomagać mamie w domu, malować ładnie paznokcie, mieć eleganckie ubrania i dużo na koncerty chodzić. Gdyby zatem ktoś wiedział, jak cofnąć czas o te 10 lat, niech mi tego w żadnym wypadku nie mówi. I tak nie wiadomo, co bym z tymi dziesięcioma latami zrobiła. Prawdopodobnie - to samo.

Albo zupełnie co innego.

czwartek, 30 czerwca 2011

Na dobrą sprawę od trzech tygodni powinnam się przedstawiać "jestem niewyspana". To moja główna bolączka, zasadnicze doznanie i gdybym miała wizytówkę to napisałabym na niej właśnie tyle "jestem niewyspana" - wystarczyłoby zamiast imienia, nazwiska i numeru telefonu.

Jadąc dzisiaj rowerem z pracy do domu przypomniałam sobie, że kiedyś była aplikacja na Facebooku, która analizowała, jakich słów w statusie używasz najczęściej. Otóż ja najczęściej używałam słowa "nie", a gdyby przefiltrować moje bieżące pozakorporacyjne słownictwo to byłoby związane ze spaniem. No chyba, że odnosiłabym się do PKP - tu używam innych słów, innych fraz i nawet spać mi się nie chce, bo ciśnienie, adrenalina i chyba nawet testosteron idą w górę. 

Przyczyną niewyspania nie jest jak rok temu bezsenność, ale raczej nieumiejętność przestawienia zegara biologicznego na funkcjonowanie w godzinach porannych. Czytałam, że ludzie sukcesu wstają przed ludźmi, którzy go nie odnieśli. Mówiono mi, że najefektywniej człowiek śpi przed północą. Starałam się i staram do dziś, zresztą nie mam wyboru bo cała cywilizacja zorganizowana jest tak, że trzeba wstawać rano, ale to naprawdę wbrew mojej naturze. Najlepsze godziny mojego snu przypadają od 3 do 10, najlepsze godziny myślenia od 22 do 2. Nic nie zrobisz, taka karma, mama mówi, że było tak odkąd pamięta. Z wiekiem i dziewczęcymi lekturami upewniłam się, że ta metoda jest dobra - najbliższe mi książkowe bohaterki też traktowały noc jako czas siania i nie w głowie mi teraz żadne dwuznaczności. 

Mama próbowała wszelkich pedagogicznych i niepedagogicznych metod, żeby zmusić mnie do wcześniejszego kładzenia się spać, ale nic nie działało. Gdy miałam 11 lat zawarłyśmy umowę (Superniania byłaby z mojej mamy dumna!), że mam chodzić spać o 22, a jeżeli któregoś dnia pójde spać później, to następnego muszę się położyć o tyle wcześniej. Logiczne, tylko po tygodniu nazbierało się tych godzin do przespania tyle, że przez dobę mogłabym nie wychodzić z łóżka. Mama uznała, że sprawa jest beznadziejna.

Wracając do współczesności - z tym niewyspaniem jest dramat. Ponieważ moja praca chwilowo jest raczej pasywna - przyglądam się co robią inni i staram się zapamiętywać wszystkie informacje oraz skróty - to niewyspanie robi się krępujące. Trudno ukryć ziewanie, trudno okazywać zainteresowanie, a i uciekanie myślami do bardziej ekscytujących tematów, gdy siedzi się z wykładowcą i dwoma innymi osobami w pokoju nie jest dobrą metodą na obudzenie się. Więc piję dużo wody i kawy, wychładzam temperaturę, wbijam sobie paznokcie w rękę i kark (to tez trudno zrobić dyskretnie), a gdy odnoszę wrażenie, że nikt mnie nie widzi - podskakuję. Trochę pomaga, ale i tak do 11 jestem półprzytomna. Potem coś we mnie przestawia się na tryb: życie i jakoś to idzie. 

W poniedziałek, mimo że  na zegarze wybiło południe, żadna z metod nie pomagała. przypomniałam sobie wówczas, że mamy w pracy nature room i uznałam, że utnę w nim sobie drzemkę przed obiadem. Liczyłam na to, że śpiew ptaków, szum morskich fal i widok zieleni zintensyfikuje doznanie wypoczynku i piętnastominutowy sen mój organizm odczyta, jak co najmniej dwugodzinny wypoczynek. Dotarłam do oazy, ułożyłam się na fotelu i zaczęłam się rozglądać. Niestety, z moich wyobrażeń o pokoju zaaranżowanym na tropikalną wyspę nici! W pokoju stoją pokryte dermą fotele, z boku jest trochę piaseczku i kamyków oraz dwa spore kwiaty doniczkowe a także (hej, w końcu jesteśmy w korpo!) flip chart z jakimś wykresem. Słychać jakieś żabki, ale tylko wtedy, gdy zapali się światło, a to stało w jawnej sprzeczności z celem wycieczki. Skoro piaseczek i uboga raczej roślinność, to i temperatura niezbyt wysoka - coś jak Sahara nocą, jak pomyślałam sobie, że w takiej temperaturze miał się urodzić Mesjasz, to się nie dziwię, że miał takie ciężkie życie. Po poczynieniu obserwacji zapadłam w czujny sen. Obudziłam się po 10 minutach, gdy przypomniał mi sie jakiś nowy pracowy skrót, którego nie mogłam rozszyfrować. Usiadłam w ciemnawym pomieszczeniu, rozejrzałam się jeszcze raz po całkowicie nienaturalnym wnętrzu i na stole zobaczyłam miseczkę, a w niej - laski cynamonu. Uwielbiam cynamon i dopiero ten widok mnie jakoś uspokoił, do czasu, gdy nie odkryłam, że są plastikowe. Wyszło na to, że w nature roomie najprawdziwszą rzeczą jest flip chart i sen mnie całkiem opuścił.

 

środa, 29 czerwca 2011

O bloga trzeba dbać jak o roślinę doniczkową i nie można podlewać go raz na dwa tygodnie. Chyba, że jest kaktusem. Słowa Ree Drumond kołatały mi po głowie przez cały prawie czerwiec, niestety towarzyszyły temu kołataniu także inne - IVR, CRM, DTC, CLR, SAP - to tylko kilka przykładowych. Jeżeli granice mojego języka są granicami mojego świata, to żyję teraz w świecie korporacji., w którym mówi się korporacjonicą właśnie. Pewnie jeszcze niejeden reportaż z tego miejsca na tych łamach opublikuję. Na razie zwiedzam sobie firmę, poznaję nowe skróty a nawet przyniosłam sobie kubeczek, sprawdzając uprzednio czy nie naruszyłam w ten sposób procedur bezpieczeństwa.

Budynek, w którym pracuję, jest całkowicie przeszklony. To strasznie miłe, gdy stoi się przy oknie i widać zielone drzewka oraz pagórki - open space in i out door. Złośliwcy, którzy nie czują team spirit mówią, że siedzimy tam jak w terrarium, ale może oni nigdy nie pracowali w miejscach, gdzie nie był normą papier toaletowy i podkładki na kibelek w łazience, zmywarka i dwie mikrofale w każdej z kilku kuchni czy cztery rodzaje kawy i trzy zabielacze. Takie rzeczy z czasem naprawdę się docenia.

Dział, w którym bardziej chciałam pracować jest jedynym oddzielonym od open space. Oni, a raczej one, są za szkłem, nie łażą wszędzie po budynku i nie hałasują tyle co reszta. W ich wydaniu trzymanie dress codu jest nawet trochę uzasadnione. Patrzę sobie na nie czasem z podziwem i nie przyszłoby mi na myśl, żeby nazwać ten dział akwarium. Choć metafora ta jest na dobrą sprawę budująca - skoro one są rybami, to polować na nie powinny raczej koty, aniżeli szczury.

niedziela, 12 czerwca 2011

Cytat stanowiący tytuł poprzedniej notatki, która nie była notatką, a wyrazem rozżalenia, pochodzi z wiersza wieszcza Lis i kozioł. Piszę to na wszelki wypadek, bo ja bardzo długo myślałam, że to cytat z Pana Tadeusza, że niby Tadeusz poszedł do ogródka, witał się z gąską a tu zamiast gąski Zosia w skąpym odzieniu. Nie wiem czemu miałby w zasadzie witać się z drobiem, nie miał on wielkiego zamiłowania do prac agrarnych no i czemu Zosia miałaby stać temu spotkaniu na przeszkodzie. Abstrahując od przygód dzielnego patrioty, ten króciutki cytat jest synonimem nie osiągnięcia czegoś, co było już tak blisko, wyraża niezaspokojenie i to w dodatku niezasłużone.

Gdyby jednak rozpatrywać słowa te intertekstualnie, to historia lisa jest dość budująca. Nie zjadł wprawdzie gąski i wpakował się w porządne tarapaty, ale korzystając z chciwości kozła się z nich wydostał. Wprawdzie władował w tarapaty kozła i nie wiadomo, czy ten sobie poradzi, ale pozostające w tyle (w tym przypadku w studni) kozły, to przecież nie są lisie zmartwienia.

Przytaczam tę powiastkę dlatego, że nieczęsto mi się zdarza wybrnąć z problemów. Przeciwnie, jak już się w nie właduję, to brnę w autodestrukcję, licząc na to, że w pewnym momencie dotknę płaszczyzny, od której mogę się odbić. Tym razem jednak, między innymi za sprawą oddziaływania dziennikarza muzycznego, stało się inaczej.  Gdy dostałam odpowiedź odmowną w sprawie pracy z miejsca, w którym pracować chciałam, napisałam do miejsca, które chciało mnie, a któremu uprzednio odmówiłam. Siedząc nad tym mailem zaczęłam szukać jakiś archetypowych dla takiej sytuacji wydarzeń i nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie Henryk IV oddawał cześć Grzegorzowi VII. Siedziałam, myślałam i w końcu zapytałam o to dziennikarza muzycznego, który nie próbował sobie przypomnieć, a za to z mieszaniną osłupienia i irytacji powiedział: Ale nie zamierzasz chyba pisać o tym w mailu? Tak więc ani słowa o Canossie nie było i od wtorku mogę sobie śpiewać I was looking for a job, and then I found a job.

Tymczasem przypomniała mi się Generałowa Zajączkowa. Bywa bowiem, że w sytuacjach poważnych, kiedy wymagane jest skupienie i godna postawa, przychodzą mi do głowy różne dziwne skojarzenia, którymi muszę koniecznie się z rozmówcami podzielić. Tak jak z Canossą wyszło kiedyś z Generałową Zajączkową. Mianowicie na maturze ustnej z historii wylosowałam pytanie dotyczące sytuacji w Królestwie Polskim po upadku Powstania Listopadowego. Nie było to moje ulubione zagadnienie, ale skleciłam kilka zdań, po których nastąpiła cisza. Wówczas mój historyk zadał mi pytanie pomocnicze, dotyczące osoby namiestnika. Cisza się przedłużała. No jak nie pamiętasz!? Generał Zajączek!

Wtedy odżyły moje ślady pamięciowe, neurony przyspieszyły i przypomniałam sobie, że kiedyś czytałam artykuł o dobroczynnym wpływie zimna na urodę. Jako przykład podano Generałową Zajączkową, która nigdy nie jadła ciepłych  potraw, myła się w zimnej wodzie, pod łóżkiem kazała sobie stawiać wiadra z lodem oraz robiła sobie okłady z zimnego mięsa. Do końca życia była piękna a umarła mając lat 91. Niezwłocznie podzieliłam się tą wiedzą z komisją odbierającą ode mnie egzamin dojrzałości. Obie historyczki słuchały z ogromnym zainteresowaniem,  natomiast historyk szybko kazał przejść do następnego pytania.

Jeżeli dodać do tego, że Generał Zajączek był herbu Świnka, to dzisiejsza notatka robi się bardzo zwierzęca. Dlatego na koniec polecam noowodkrytego bloga - o bocianach, szczupieńczykowatych i Bufo Viridis. Enjoy!

poniedziałek, 30 maja 2011
niedziela, 29 maja 2011

Cudowne dzieci podobno kończą źle, a dzieje się tak dlatego, że prawdziwe życie jest chujowe. A w każdym razie bezwzględne. Nie raz zastanawiałam się, co się dzieje z tymi szkolnymi prymusami, dzieciakami, które piszą śliczne wypracowana, są animatorami szkolnych gazetek ściennych i drukowanych. Jak w prawdziwym życiu sprawdziłby się Brandon Walsh albo Andrea Zukermann, która z pyskatej dziennikarki, aktywistki, humanistki stała się utopioną w pieluchach lekarką, która w dodatku nie rozumie romantyczno - ekologicznych porywów dawnej koleżanki. Niejedna moja obserwacja z życia, tego prawdziwego - chujowego doprowadziła mnie do przemyślenia, że albo ten potencjał cudowności z wiekiem ginie, albo ta wybitność jest tak powszechna, że aż niezbędna do tego, żeby mieć jako - taki korporacyjny szary żywot. Najlepiej szary metalic karoserii passata.

Więc albo jest tak, że cudownych dzieci jest dużo, albo źródło ich cudowności się nagle wyczerpuje, albo też realia nie pozwalają na rozwinięcie skrzydeł, albo wreszcie, jak uczy literatura, ludzie prawdziwie wybitni muszą skończyć źle, a ci poprawni, którzy ich z zawistnym podziwem obserwują czują marność swojego żywota, ale nie rozumieją, że ceną za ciągłe bycie cudownym dzieckiem jest całkowity brak dorosłej niewrażliwości. Neuroza albo samotność, alienacja lub niezrozumienie świata przez siebie i siebie przez świat. Tak przynajmniej sobie myślę o dajmy na to - Adrianie Leverkühnie.

Zapewne dziesięciolecie uzyskania przeze mnie państwowego certyfikatu na dojrzałość kazało mi przypomnieć sobie ten miły, maturalny czas, kiedy jeszcze można było mieć poczucie, że świat leży u stóp. Zresztą on tam właśnie leżał, a na dowód tego, całkowiecie olałam naukę do matury, a w zamian przeczytałam sobie Fausta, a za ciosem Mistrza i Małgorzatę i Doktora Faustusa, licząc na temat o wiecznej młodości, zatrzymywania czasu i możliwości, szans, paktów z siłami wyższymi -  temu podobne pierdoły wydawały mi się jak najbardziej aktualne tuż przed dwudziestymi urodzinami. Przedmaturalne antycypacje zawiodły mnie na całej linii i to nie tylko w kwestiach dotyczących tematów na egzaminie dojrzałości.

Pewne wyjaśnienie fenomenu ciężkiego żywota cudownych dzieci dostarczył mi kiedyś znajomy. Szłam z nim sobie pod warszawskim Rondem Dmowskiego, jedliśmy wspólnie maliny z kartonika, a on nagle zatrzymał się i popadł w zadumę. Jako człowiek mega zajęty i szalenie odpowiedzialny jest on permanentnie zalatany i nie postrzegałam go jako człowieka popadającego zbyt często w nastroje refleksji. Zresztą umówmy się, że jeden człowiek rozkminiający na jedno pudełko z malinami, na jedno Rondo Dmowskiego, na Warszawę nawet - wystarczy. No ale mój towarzysz popadł w zadumę, której źródłem okazało się być wspomnienie jego pierwszego wieczoru kawalerskiego. Przy tej okazji wspomniał on swojego kolegę, z którym między innymi w tenże wieczór lata temu szli zataczając się ulicami Warszawy. Tu ironicznie zwróciłam uwagę, że dla tamtego kolegi chyba wieczór kawalerski się nie skończył, bo rzadki było mi dane widzieć go trzeźwym. Wtedy mój towarzysz, nadal zadumany powiedział znamienne słowa.

On był długo cudownym dzieckiem. Wiesz dlaczego ciężko jest być cudownym dzieckiem? Bo najpierw masz wszystko za darmo, potem świat zaczyna od Ciebie czegoś wymagać, a Ty nie wiesz czego, aż w końcu przestajesz być dzieckiem i wszyscy zapominają, że przecież nie przestałeś być cudowny.

Z tego wszystkiego już lepiej być przez całe życie dobrze zapowiadającym się.

sobota, 28 maja 2011

Ostatnich kilka dni jest sponsorowanych przez blogi, prawdziwych warciarzy i czekanie.

Nienawidzę czekać. To znaczy - czekanie w kolejce dajmy na to u lekarza ma swoje zalety, człowiek bez wyrzutów sumienia może sobie poczytać jakąś kolorową, pachnącą biedą gazetkę, pomyśleć, powyobrażać sobie oraz poroztrząsać. Takie czekanie jest całkiem ok. Tym razem jednak czekam na poważne rozstrzygnięcia, życiowe w pewnym sensie, na nic już nie mam wpływu. Nie jest to zatem oczekiwanie, które wymaga jedynie zapełnienia luki czasowej i jest w gruncie rzeczy odpoczynkiem, tylko takie czekanie w present simple, paraliżujące jak strach. Co będzie jak "tak" i jak przeżyję "nie", nie da się w trakcie takiego czekania zrobić nic sensownego, nawet dokończyć czytania rozdziału o prześladowaniu Wańkowicza przez UB się nie da, ogarnąć tak złożonej czynności jak wyjazd do Poznania się nie da, da się natomiast popłakiwać, polegiwać no i jeść - to da się prawie zawsze. Czekam tak i snuję się od środy, jestem na progu wytrzymałości, a dziennikarz muzyczny to już nawet za tym progiem jest i mówi, że mnie zabije, więc jakbym zniknęła to wiedzcie co i jak. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że popadłam w taką traumę, histerię, bezwład i cierpienie, że jak już się dowiem że jednak tak, to nawet się nie ucieszę, tylko poczuję ulgę.

Co ciekawe, czekanie związane jest z pewnym spotkaniem, na którym byłam późnym latem w ostatnim roku pierwszego dziesięciolecia XXI wieku. Na tym spotkaniu był taki jeden przedsiębiorczy kolega, który obficie tłumaczył mi, gdzie szukać pracy w Krakowie i podrzucił jako jeden z pomysłów firmę, będącą przyczyną moich bieżących cierpień. Na tymże spotkaniu było także dwóch prawdziwych warciarzy.

Warciarz jeden przewinął się przez moją świadomość w związku z pewnym nowopowstałym blogiem, odkryłam bowiem przy okazji, a dzięki dobrodziejstwu Facebooka, że on bardzo lubi pewną bliską mojemu (aktualnie skołatanemu) sercu audycję muzyczną. To znaczy nie wiem, czy lubi bardzo, ale dał jej lajka, więc może jednak lubi.

Drugi warciarz przypomniał mi się dzisiaj po przeczytaniu wpisu jubilatki o melancholii. Pewnie przez czarny płaszcz, bo i płaszcz był ważny w moim widzeniu drugiego warciarza.

Wszyscy warciarze trzymali się razem, ale najważniejsza była pierwsza trójka. Numer jeden był najładniejszy i podobno najbardziej romansowy, numer dwa najzłośliwszy, a numer trzy - prawdziwy intelektualista. Tak po prawdzie wszyscy trzej byli intelektualistami i strasznie mi te paręnaście lat temu imponowali zarówno swoją wiedzą, jak i bezkompromisową postawą życiową. Na przykład opowiadali mi ze smakiem, jak poszli na lektorat z angielskiego, na pierwszych zajęciach spytali ile można mieć nieobecności, a na wieść o tym, że dwie - natychmiast wyszli. Poza tym pili alkohol. Dużo. Ich picie było legendarne, choć chyba trochę mitologizowane, w każdym razie krążyła anegdotka o tym, że kiedyś mama posłała jednego z nich do psychologa, ponieważ pieniądze, które dała mu na piwo on przeznaczył na pizzę.

To ich picie miało jednak wymiar romantyczny. Rzadko chodzili do klubów, częściej siedzieli w zadymionych barach, pili wódkę i rozprawiali o polityce albo wręcz literaturze. O wolności, wartościach, narodach, żydach, dziennikarstwie. W każdym razie tak mi się przedstawiali, bo nigdy nie słyszałam od nich, że idą na dupy. Drugi warciarz miał w zwyczaju noszenie płaszcza z postawionym kołnierzem, co przy całej jego abnegacji dawało obraz nadzwyczaj stylowy. Z kieszeni tego płaszcza sterczały pliki papierów, książki i Gazeta Wyborcza.

Kiedyś, gdy w biurze, które było naszą ogniskową, siedziałam na podłodze i czytałam Cortazara, przyszedł strasznie skacowany, w tym płaszczu w jodełkę i opowiadał o swojej balandze.

- Siedziałem u X, piliśmy wódkę. Skończyliśmy o piątej, wyszedłem od niego i wiesz... Tak idę przez miasto, latarnie świecą, dookoła kałuże, unosi się lekka mgła, widzę, że z kieszeni wystaje mi gazeta. I tak się poczułem... Jak bohater Dostojewskiego.



środa, 25 maja 2011

W poniedziałek obejrzałam Little Miss Sunshine, zaś wczoraj wreszcie Once. Pierwszy film przegapiłam i nie miałam świadomości jego istnienia, na drugi zaś bardzo chciałam iść, ale bałam się, że jest za smutny i w końcu ani w kinie, ani nigdzie indziej nie obejrzałam, aż do 24 maja 2011 r. Nie jest smutny, przeciwnie, to piękny film - przede wszystkim o marzeniach i złośliwie można by napisać, że też o tym, że chodniki w Dublinie są tak równe, że można prowadzić po nich odkurzacz.

Po obejrzeniu obu filmów doszłam do wniosku, że czasem w życiu tak się składa, że wszystko następuje we właściwym czasie. Wyjdzie się z domu i sekwencja zdarzeń okaże się idealna, tramwaje zgrają się ze sobą i pozwolą na korzystne przesiadki, wyczyta się coś w gazecie a potem zapytają o to podczas interviev, albo czyjś status w serwisie społecznościowym pomoże zdać ważny egzamin. Tak bywa. Tym razem obejrzenie Once i Little Miss Sunshine pozwala na dobry wstęp do wpisu o mojej licealnej polonistce.

Polonistka przypominała wtedy Olive, tyle, że nie marzyła od dziecka o zostaniu najpiękniejszą kobietą Ameryki, tylko o nauczaniu języka polskiego. Była dobrym przykładem na to, że niektóre dziecięce marzenia nigdy nie powinny były się spełnić.

Nieporozumienia między naszą klasą a panią pedagog nie wynikły tylko z tego, że części z nas przeszkadzało jej dyktowanie wszystkiego z fioletowego zeszyciku oraz porządkowanie uczuć Romea do Julii w tabelkach. Zresztą ten styl nauczania literatury ma swoje zalety, zapewne zwłaszcza w technikach czy klasach informatycznych, gdzie grupy nie interesuje duch tej literatury i łatwiej im się jest nauczyć tych romantycznych farmazonów z tabelki, zamiast czytać ciągły, archaiczny i co gorsza nieregularnie rymowany tekst. Problem naszej klasy polegał na tym, że była ona zgrają indywidualistów, kompletnie nie zgraną, ambitną i bezczelną, a pani polonistka miała lat 25, sprawiała wrażenie jakby była już człowiekiem w pełni ukształtowanym i jak teraz o niej myślę to wydaje mi się że jednak miała lat 50. Piekielnie się nas bała i ten strach starała się ukrywać pod płaszczykiem surowości i jasnych zasad, na przykład polegających na tym, że oceny semestralne wystawiała precyzyjnie ze średniej.

Ponieważ niestety byłą też naszą wychowawczynią to erupcje jej złego nastroju, powodowanego bezradnością, dotyczyły nas tym bardziej. Miernikiem jej niezadowolenia był kolor szminki - im czerwieńsze usta mocno kontrastujące z mlecznobiałą skórą pokrytą trądzikiem, tym humor gorszy i tym większych cięgów mogliśmy się spodziewać. Ja sama byłam wobec niej dość bezczelna i często mi się obrywało. Mimo swojej niezbyt wielkiej wiedzy była ona bowiem w stanie zgasić każdego, odpytując prześmiewczo przed całą klasą ze swojego fioletowego zeszyciku z tabelkami.

Byłam przerażona wizją tego, że ona właśnie będzie oceniała moją maturę i wtedy właśnie niebiosa zesłały nam cud. Cud życia. Pani polonistka zaszła w ciążę. Zniknęła w połowie października klasy maturalnej, nie miała na tyle odwagi, żeby stanąć przed swoją klasą i powiedzieć, że jej teraz nie będzie i tak przez dwa miesiące nie mieliśmy polonistki. A potem zdarzył się cud kolejny, bo zaczęła ją zastępować jej własna polonistka z liceum. Doświadczona, o ogromnych horyzontach, prawdziwa humanistka! Już nie było segregowania w tabelki, na zaliczenie Borowskiego nie trzeba było po przecinku wymieniać rodzajów poniżeń stosowanych w obozach koncentracyjnych ani pisać kartkówek z Pana Tadeusza (Jak dojechał Tadeusz na polowanie? Klasa odpowiedziała: Konno. Właściwa odpowiedź: Spóźniony). I moja matura była niezagrożona.

Wszystkie te złośliwości i schematyczność w myśleniu nie są jednak tak barwne jak jej urocze wpadki. O punkcie kulminacyjnym już wspominałam. Kiedyś koleżanka stała pod tablicą o odpowiadała z Dziadów.

- Konrad ofiarował się za naród - powiedziała.

- Co? - dopytała polonistka.

- Poświęcił się dla Polski - tłumaczy się zdezorientowana uczennica.

- No dobrze, kim zatem był Konrad? - zapytała zniecierpliwiona polonistka.

- Altruistą - koleżanka czuła, że stąpa po grzęzawisku.

- Nie! On był... (z drugiej strony milczenie) No o... (Klasa patrzy z wytrzeszczem)... o.... (koleżanka - o...) o... (klasa - o...) OFIARNIKIEM!

I koleżanka odmaszerowała z tróją, bo nie wiedziała, że tego właśnie słowa wymaga od niej fioletowy zeszyt.

Jedną z najlepiej zapamiętanych przez nas lekcji było wprowadzenie do XX - lecia międzywojennego. Przedstawiając nam tło epoki pani polonistka zdołała przekręcić nazwisko Wagnera opowiadając o psychoanalizie słusznie wyszła od Freuda, ale potem podyktowała z fioletowego zeszyciku, że koncepcję wiedeńskiego psychiatry rozwijali jego uczniowie, bracia Carl i Gustav Jung.

Nie bez kozery zaczęłam dzisiaj od Once i Little Miss Sunshine. Mieliśmy bowiem też lekcję o powieści modernistycznej i jej rozwoju. Jednym z przywoływanych przykładów była powieść Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, której narrator nadgryza magdalenkę, której smak powoduje ciąg skojarzeń i wspomnień, jak wędrował ulicami Dublina.

Nie przepadaliśmy za polonistką, ale i zemsta była słodka. Dosłownie. Pod jej nieobecność przez większość klasy maturalnej naszym wychowawcą był fizyk i honoris causa - germanistka. Oboje przyszli do nas na wręczenie świadectw i dostali w prezencie książkę Daviesa (fizyk) oraz biżuterię (germanistka). W ostatniej chwili okazało się, że pojawi się także polonistka, która dwa miesiące wcześniej porodziła syna. Nie mogliśmy przyjąć jej z pustymi rękami, tak hojnie obdarowując resztę. Poszliśmy do pobliskiego kiosku, kupiliśmy bombonierkę Goplany, zawinęliśmy w biały papier pakowy. Na kokardkę kasy nam już nie stykło.

czwartek, 19 maja 2011

Zima definitywnie się skończyła. Pisanie o tym fakcie w maju, właściwie w drugiej połowie maja wskazuje na słaby refleks piszącej, ale nie o miesiące ani układ kalendarza tu idzie, ani o temperaturę, choć o nią może z tych trzech najbardziej. Chodzi o stan ducha, a ten stał się iście wiosenny, a może nawet w klimacie dojrzałego lata.

Właściwa mi zachowawczość nie pozwala pisać, że jest dobrze, bo zawsze jest ryzyko, że jak się odtrąbi dobrostan, to potem może nastąpić pierdolnięcie. Poza tym przywykłam do chwalenia sie klęskami i dramatami, które jak chodzą, to nie parami a całymi tabunami. Jak dziś pamiętam pewien wieczór, kiedy po kilku tygodniach złych wydarzeń zadzwoniłam do B. i opowiedziałam o punkcie kulminacyjnym** tychże. Wychlipałam: Od tygodni budzę się z przekonaniem, że nie może być gorzej i codziennie okazuje się że jednak może. Na to B., która była wtedy na imprezie w kawalerce i żeby móc ze mną spokojnie rozmawiać schowała się pod stosem kurtek, starała się w swój zduszony głos włożyć bezmiar optymizmu i wyksztusiła Ale dobre jest to, że teraz już NAPRAWDĘ  nie może być gorzej. To naprawdę powiedziała caps lockiem. Serio.

W czasach, gdy jest dobrze fajne jest to, że ma się więcej odwagi, że na liście "to do" zapisuje się nowe rzeczy z wiarą, że faktycznie się je zrobi. Następuje też zagięcie czasoprzestrzeni. Poznań przestaje być taki straszliwie daleki, w czym wydatnie pomaga perspektywa tego, że będą bezpośrednie loty z Krakowa. Czas się trochę komplikuje - ponieważ człowiek nie leży w letargu i decyzja o pójściu do kuchni po szklankę wody nie zajmuje kwadransa, to robi znacznie więcej. Wychodzi z domu. Pragnie spotykać się z ludźmi. Pisze. Czyta. Nadrabia zaległości i więcej rzeczy robi spontanicznie przy jednoczesnym zwiększeniu skupienia - mniej robi literówek, rzadziej miesza kolory w pralce, mniej gubi rzeczy. W ostatnim czasie jedynie kluczyk od skrzynki na listy, ale o tym, zwłaszcza przed dziennikarzem muzycznym - cicho - sza!

Z drugiej strony, przez to, że się wierzy w możliwość zrobienia wielu rzeczy, to czas ten się wyjątkowo skraca. Nagle się okazuje, że w ciągu najbliższej doby, trzeba się spotkać z koleżanką, odpisać na 100 maili, nauczyć się całego angielskiego i niemieckiego, zrobić prezentację, przegrupować wyniki jednej ankiety, wybrać strój na rozmowę o pracę, przygotować brykę do odpicowania, iść do biblioteki. Dużo tego wszystkiego, ale że jest dobrze, to nie przytłacza, tylko mobilizuje. Ach, gdyby można było ten stan zapakować w słoiki i zakonserwować jakoś, żeby wystarczył na cały rok, a nie tylko na jeden sezon!

Aby jednak nie zostawić Was, drodzy czytelnicy, z wrażeniem, że jestem jakimś radosnym promyczkiem szczęścia, to muszę przyznać, że jednak coś mnie męczy. Zadawniona choroba, której źródeł doszukuję się w szkole podstawowej. Wtedy bowiem przeczytałam Kamienie na szaniec, a potem hurtem całą dostępną literaturę powstańczo - wojenną, jaka była dostępna w szkolnej bibliotece. To fascynujące, że w szkolnych biblioteczkach nie ma literatury erotycznej, za wyjątkiem Pieśni nad pieśniami i Chłopów, a są tak pięknie budujące mit bohaterstwa opisy, jak szaroszeregowi harcerze są w wymyślny sposób dręczeni przez gestapo. Opis agonii Rudego śni mi się po nocach do dzisiaj.  Jak w kinie nie jestem w stanie patrzeć na tortury i z tego powodu przestałam oglądać Czas Honoru, tak ich opisy czytałam drobiazgowo zadając sobie obrzydliwe pytania Ile bym zniosła? Mieliśmy w klasie w tym czasie fazę na wykręcanie ostrz od temperówek, nacinanie nimi rąk i sprawdzanie swojej wytrzymałości, aż cud że nie zaczęliśmy wyrywać sobie paznokci. W tymże czasie kolega sprawdzając, czy można stracić przytomność rzucając się głową na podłogę złamał sobie rękę. Tak więc literatura patriotyczna miast budować w nas hart ducha, narażała na szkody nasze ciała.

Wszystko to odzywało się we mnie czasami, przy okazji czytania Hanny Krall (która wszakże okrucieństwem nie epatuje), lektury pewnego wywiadu z Aliną Margolis o rzezi Ormian, czy też reportaży o Tybecie. Za każdym razem kołatało się pytanie, ile można znieść, ile wytrzymać, co się dzieje z człowiekiem, kiedy nie może już nic w udręczeniu zrobić, a zabić się nie ma możliwości. Te złe pytania teraz wróciły, najpierw za sprawą książki Joanny Siedleckiej Obława, a następnie sobotnich Wysokich Obcasów i wywiadu z Magdaleną Zarzycką - Radwan o losie jej rodziców w stalinowskich więzieniach. Tortury, udręczenie, okrucieństwo i społeczne potępienie - to wszystko jakoś kołacze mi się po głowie, o ile nie w snach, to w wizjach półsennych. Demony zaszczepionej w szkole miłość do ojczyzny bolesnej tlą się i kołatają mimo słońca w sercu i na firmamencie. Przecież nie chciałabym tego sprawdzenia siebie, a pytanie ile zniosę jawi mi się jako nieprzyzwoity zakład z bogiem albo z diabłem.

Mam oczywiście odpowiedź, co powinnam z tym zrobić. Powinnam najpierw znieść długą rodzinną opowieść o tym, jak wyglądało stalinowskie więzienie, ile tam było bólu i upokorzenia. Powinnam zebrać się na odwagę i przejść przez własną historię, usystematyzować ją. Ale wiem, że to nie będzie prawda, która wyzwala - przeciwnie, będzie to zanurzenie w tej samej martyrologii, która teraz jest biała i czerwona, a stanie się bardziej niebieska i żółta.

Żeby jednak potraktować sprawę konstruktywnie, trzeba będzie się wziąć do pracy piśmienniczej większej niż blog. Jak w tych samych Wysokich Obcasach powiedziała Hatalska ...im więcej mam zajęć, tym mam więcej czasu. Bo jak człowiek ma mało zajęć, to się tak poprzewala, posnuje, poskacze po kanałach i traci czas.

*Rozbieżność między tytułem a treścią wpisów bywa irytująca. Wiem, ale nic a nic nie poradzę.

** Następny wpis będzie o mojej polonistce z liceum. Ponieważ staram się dbać o kulturę słowa, to napiszę tylko, że nie była sympatyczna i do erudytek bym jej też nie zaliczyła. Na jednej z lekcji o teorii literatury podała nam definicję punktu kulminacyjnego. Otóż Punkt kulminacyjny posuwa akcję do przodu. Eh, pewne prawdy na zawsze pozostaną niezapomnianymi.



niedziela, 15 maja 2011

Najpierw było lekkie rozbawienie. Sytuacja w sumie znana, nie jest zaskoczeniem, że kibice Lecha i Legii to prawdziwi hoolsi, ultrasi i generalnie nicponie, a w każdym razie nie misie przytulasy. Z tego co pokazywał telewizor było też widać, że zabezpieczenia na stadionie miejskim w Bydgoszczy byłyby być może skuteczne dla stłumienia emocji po skoku o tyczce, rzucie oszczepem czy innej równie burzącej krew w żyłach rywalizacji. Najulubieńszym moim obrazkiem z całych słynnych już zamieszek był ten, gdy dwaj panowie w niebieskich dresach podskakiwali sobie z żółtym płotkiem w rękach, nie było w tym widać ani agresji, raczej miałam wrażenie, że chcieli się włączyć w budrę ale nie wiedzieli jak (zwróćcie uwagę na 58 i 59 sekundę).

Potem było oburzenie decyzją premiera. I powtórzę raz jeszcze słowa, które w pierwszym tygodniu maja powtarzano do usrania, mianowicie że zamknięto najbezpieczniejsze polskie stadiony, że to nie kluby organizowały mecz, tylko PZPN, a zdecydowano się na Bydgoszcz bo prezes Lato komuś coś kiedyś za coś obiecał. Akcja "stadiony", tak jak akcja "dopalacze", niczego nie rozwiązuje, tylko przedstawia Tuska jako dzielnego szeryfa. I pojawia się jeszcze pytanie, czemu te dwa stadiony, a nie Wisła, Korona czy inna Lechia Gdańsk?

Słuchanie i powtarzanie tych argumentów znudziło mnie na tyle, że nawet artykuł Pawła Wrońskiego w Wyborczej sprzed tygodnia przyjęłam jako powiew ożywczej bryzy, choć nie zgadzałam się z jego słowami ani trochę. Tezą było to, że grożą paramilitarne bojówki kiboli wpływających na wyniki wyborów, a do Wiary Lecha należą miejscy urzędnicy. I jakkoliwek pierwsza część zdania wydała mi się wydumana a co do drugiej, jak najprawdziwszej nie miałam zarzutów to zaczęłam myśleć nad całą sprawą, głównie w kontekście Wiary Lecha. 

Z jednej strony nie ma absolutnie nic złego w kibicowaniu i przynależności do stowarzyszenia kibiców. Nawet wydaje mi się fajnym, że kibice się organizują, że tworząc oddolnie prawdziwie widowiskowy doping pomogli swojemu ukochanemu klubowi dźwignąć się z tarapatów. Nawet informacje o współodpowiedzialności za stadion wydały mi się dobrym zwiastunem - klub gra dla kibiców, kibice tworzą sobie możlwości zabawy i dbają, żeby nie było burd. Sobie spokojnie myślałam, że przecież lubię, jak jestem w Poznaniu i jest mecz i miasto staje się biało - niebieskie. I że jak kiedyś byłam w czasie meczu na osiedlu Kopernika, to śpiew niósł się przez całą betonową pustynię.

A potem przypomniałam sobie, że kiedyś na własnej skórze odczułam, czym jest ta kibolska solidarność. Że kiedyś na niwie społecznej zadarłam z ludźmi, którzy mieli swoją grupę, z którą chodzili razem na Bułgarską. I mimo, że racja była po mojej stronie, oni bez refleksji przyszli na gwizdek swojego wodza i stadionowe zasady przenieśli na zupełnie inny grunt. Że teraz dalej się trzymają razem i nadal wyznaczają normy w swoich środowiskach.

Myślałam o tym przez tydzień i wydawało mi się, że może jednak trochę przesadzam. Ale dzisiaj przeczytałam mocny tekst Marcina Kąckiego w GW i doszłam do wniosku, że ta sama solidarność kibolska, która przyprawiła mnie o niejedną łzę i czarną myśl, może jednym ludziom dawać wymierne zyski biznesowe, innym dobrą pozycję społeczną, a dla jeszcze innych może być legitymacją do oplucia człowieka, zniszczenia cudzej własności i czucia się bezkarnym. Nie tylko na boisku.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi