Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2012

Kilka dni temu w Galerii Krakowskiej widziałam człowieka płci żeńskiej. Celowo nie pisze kobieta, bo na pierwszy rzut oka, gdy zobaczyłam jej kurtkę alpinusa, glany, a zwłaszcza włosy piękne, długie i niezniszczone farbowaniem, pomyślałam "dziewczyna". Ale po chwili zobaczyłam jej wyposażenie w postaci syna i męża i pomyślałam, że jednak kobieta. No chyba, że plączący się jej pod nogami chłopiec nie był jej synem, a idący obok facecik – mężem, wtedy wróciłabym do pierwszego impulsu.  W pracy albo spacerując po ulicach zastanawiam się czasem, czy mijający mnie ludzie są kobietami czy jeszcze dziewczynami.  Współczesna moda i styl życia powodują, że gimnazjalistki i ich nauczycielki ubierają się mniej więcej podobnie, a podział na modę młodzieżową i kobiecą nie jest restrykcyjny i wydaje mi się, że to bardzo się zmieniło przez ostatnie 20 lat. Tak więc skoro większość dam nosi się podobnie i zachowuje w sposób równie dojrzały lub nie, niezależnie od wieku, to co decyduje o klasyfikacji do grona dziewczyn lub kobiet? Na pierwszy rzut oka: ilość przekleństw (ale to akurat zmienna środowiskowa, podobnie jak wystająca spod ubrań bielizna), kolczyki i tatuaże (ta zmienna umówmy się jest niezmienna, tzn. mało która dziewczyna gdy stanie się kobietą pozbędzie się piercingu a tatuaży to już na pewno), no i jeszcze może trwała, której u osób poniżej 40 nie widziałam. Najistotniejszą i najbardziej zmienną cechą rozgraniczającą jednak młodość od, nazwijmy to elegancko, dojrzałości,  jest zmęczenie. Zupełnie inne było czas temu jakiś i inne jest teraz. Jasne, widuję bardzo młode dziewczyny przysypiające w tramwajach i ziewające, ale nie mają w oczach takiej tęsknoty za wypoczynkiem, a pod oczami – sińców i worków na kartofle. Te już kobiety są po prostu bardziej szare, nigdy roześmiane, ewentualnie delikatnie uśmiechnięte (pewnie w oczekiwaniu na emeryturę na Gubałówce). Tu widać też perfekcjonistki, które obcięły jeszcze bardziej dobową dawkę snu, żeby położyć na oczy łyżeczki z zamrażalnika i wyrysować eyelinerem równą kreskę. Oraz zrobić śniadanie dla rodziny, zwlec dzieci z łóżka i zaprowadzić je (ubrane, umyte, spakowane i nakarmione) do szkoły.  I myślę, że one nawet nie wiedzą, że są zmęczone, po prostu tak jest i nie zmieni się do emerytury właśnie. Te ziewające kobiety z „Baby są jakieś inne” faktycznie są wszędzie. Kończąc wątek ziewania – zastanawiam się, która z opcji „kobieta” czy „dziewczyna” jest bardziej aspiracyjna.  Dziewczynki chcą być dorosłe, chcą się malować – ale przecież nie chcą musieć tego robić. Kobiety chcą być jak najdłużej młode, ale nie zatrzymają upływu czasu machając łapkami i tatuując sobie motylki na lędźwiach. Przy obecnym zatarciu granic i spostponowaniu norm może łatwo będzie pozbyć się zmarszczek i cellulitu, ale chyba łatwiej być nastolatką i staruszką niż po prostu – kobietą. 

sobota, 28 stycznia 2012

Jeszcze przed ACTAmi i receptami z pieczątkami odmłodniałam o lat 7. I tak nie dostanę tej emerytury, chyba, że nagle wszyscy zaczniemy się rozmnażać albo wpuścimy imigrantów i pozwolimy im legalnie pracować. Ale skoro mam pracować dłużej, to może pora zadbać o kręgosłup i oczy - na razie to dbanie ogranicza się do częstego mrugania i porannych przebieżek na tramwaj i pociąg.

Tak, tak, poranne wstawanie nieodmiennie stanowi dla mnie problem, mam rano dokładnie tyle czasu, ile trzeba, by na autopilocie wyjść z mieszkania. Dziś - 8 minut. Rano nie warto mieć zbyt wiele czasu, bo zawsze jest obawa, że człowiek usiądzie, zamyśli się i przyśnie, albo postanowi się pomalować zbyt precyzyjnie, bądź wypastować buty. To ostatnie kilka dni temu przedsięwziął kolega z pracy. Wziął pastę w zwieńczonej gąbeczką tubce, maznął nią kilka razy po sztiflach i zrobił to tak gwałtownie, że gąbeczka się urwała, a pasta chlusnęła na garnitur, płaszcz żony, panele podłogowe i ścianę. Poddaję Wam pod rozwagę, gdybyście kiedyś zastanawiali się co zrobić ze zbędnymi pięcioma minutami o poranku. Ja rekomenduję wstanie pięć minut później.

O emeryturze dużo opowiadała mi koleżanka, która miała precyzyjny obraz tego, co będzie w swej starości robić. Miała ona zamieszkać w Zakopanem, codziennie z leżakiem wchodzić na Gubałówkę i tam leżeć przykryta kocem, palić papierosy i czytać książki. Jako że się jej troszkę bałam, to nie dodawałam do tej wizji obowiązkowej mięsnej pizzy z Sorelli. I nie wspominałam, że marzenia o emeryturze w wieku dwudziestu kilku lat są absurdalne, bardzo dobrze zresztą, bo sama gdzieś w połowie studiów zaczęłam wzdychać do czasów, kiedy będzie mi wszystko jedno, oglądałam nawet takie charakterystyczne dla wielu staruszek fartuszki w kwiatki. Inna sprawa, że niewygodnie byłoby w nich wchodzić na Gubałówkę.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Prawie dwa lata temu mój uroczy, niezwykle oszczędny kolega kupił sobie laptopa z Myszką Miki. Laptop był malutki i kupiono go na przecenach w połowie maja, przypuszczałam więc, że kierownictwo supermarketu uznało, że nie sprzeda komunijnych laptopików z logo Disneya i pora ceny ciąć.

Kolega pokazał mi laptopa, a ja wpadłam w absolutny zachwyt, bo Myszka Miki nie była bardzo nachalna (jej twarz stanowiła kamerka, do której dorysowano uszka), a laptop był na tyle mały, że mieściłby się do torebki oraz na tyle lekki, że dałoby się go w niej nosić. Pytanie, czy gdybym miała taki uroczy drobiazg szło by lepiej. Moje codzienne podróże pociągiem wykorzystuję raczej na small talki z byłymi i aktualnymi współpracownikami, czytanie małych form literackich w "Metrze" i "Echu Miasta", drzemki oraz budzenie mamy* trzy razy w tygodniu. Słowa do mnie wtedy nie przychodzą, a jeżeli przychodzą wieczorami, to są to słowa niecenzuralne, skomplikowane jakieś twory, których autocenzura nie puszcza w obieg i każe odłożyć ad ACTA.

Jako że pisanie o tym, że i dlaczego nie może się pisać jest megalomańskie do tego stopnia, że nie wypada o tym pisać w dresie i bez makijażu, to dzisiaj będzie tylko krótko o tęsknocie.

Nie od dziś wiadomo, że niektórzy ludzie zawsze chcieliby być gdzie indziej niż są. Mnie już się ta moja potrzeba znudziła, ale też traktuję ją tak zło konieczne, jak brud w komunikacji publicznej. Tak mam, tego nie zmienię, grunt, żeby w ułudzie i pogoni za tym czymś, co gdzieś tam kiedyś było albo być może być mogło, nie ruinować sobie życia. Źle jest, kiedy tęsknota dopada w tak niespodziewanych okolicznościach, jak próba wypicia porannej kawy w Warszawie i potem zamiast gasnąć rozprzestrzenia się i pączkuje tak bardzo, że gdy zobaczyłam słowo "Powiśle" to łzy stanęły mi w oczach.

Nie, żebym tęskniła za Warszawą, prędzej za kawą w filiżance, miejscem do malowania się i za ludźmi trochę może, choć ludzie to kłopotliwa sprawa, bo trochę się za nimi tęskni, a trochę nie lubi. Obcych, zwłaszcza obcych.

*Tak po prawdzie, to przez ostatni tydzień raczej mama budziła mnie. Jako dzwonek mam ustawioną długą piosenkę i zwykle włączam kolejną drzemkę, zanim dojdzie do brudnych łon złych kobiet. Kolejne drzemki wyłączam jeszcze wcześniej.

poniedziałek, 19 września 2011

Mam tremę jak przed maturą, choć przecież nic niby się nie zmienia, a w każdym razie na nic w tej sprawie nie mam wpływu. Strach przed godziną zero, nerwowe przełykanie śliny, dygocik, łomot anemicznie zwykle pompującego krew serca - najchętniej założyłabym białą bluzkę z aksamitką i czekała na północ.

Przy próbach bilansu kwartalnego (którego to w tym szeroko rozumianym kwartale?) pojawia się natłok myśli gwałtownych, mrocznych, dudniących, nużących i nieuchwytnych. Nie pomaga, że zasłyszana dzisiaj w Trójce Kasia Nosowska powiedziała, że właśnie jest "za górką" mając na myli czterdziestkę. Nie wiemy przecież, czy jestem dopiero na rozbiegu, w połowie, a może to początek długiego finiszu - obumieranie komórek, brak kolagenu i mentalne zwiotczenie.

Ostatni tydzień, dzięki mojemu nieustannemu pozostawaniu w zwłoce wypełniony był pracą naukową, dzięki skrzyżowaniu braku determinacji i niekorzystnych zbiegów okoliczności pracą nie - zawodową, a dzięki dziennikarzowi muzycznemu - muzyką. W końcu to ona jest najważniejsza. I miłość, i polityka, i wiara, nadzieja, honor, ojczyzna oraz modowe must have.

Muzyka była chwilami piękna, a czasem wkurzająca, jak mówią znawcy repetytywna, co sprowadzało się do powtarzania się nut i ich sekwencji. Kompozytor świętował swoje siedemdziesiąte piąte urodziny i nie wyglądał, jakby bardzo cierpiał z powodu upływu czasu, a za to przypominał Woodego Allena, pewnie przez chudość, neurotyczność i pozorną nieśmiałość, która objawiła się może nie wylewnością, ale pewną gadatliwością tak. Nie wiem, czy wszyscy nowojorscy Żydzi tacy właśnie są, czy tak objawia się kompleks Portnoya i Selbsthass, czy może tu o artystów chodzi, w każdym razie muzyka nie była ani żydowska, ani neurotyczna, tylko zapętlona, a Come out to show them tak bardzo dźwięczało, że potem idąc nocną Floriańską na mozarella stics podsłuchiwaliśmy przechodniów wyszukując frazy do powtarzania, najbardziej wkręciło się nam Ale Robert, on ma łeb?, choć nie wiem, czy mogłoby to trafić do klasyki minimalizmu.

Poza tym spróbowałam nowe lody Magnum, Magnum Gold, kupione po północy na pobliskiej stacji benzynowej. Faktycznie są złote, mają smak trochę toffi, ale moimi ulubionymi pozostaną Almondy. Z taką klasyką jak lody Magnum nie powinno się eksperymentować, w 2003 roku kupiłam wersję Advocat, która była tak niedobra, że musiałam je wyrzucić, bo do niczego się nie nadawały, a potem oblałam prawo karne. Także żartów nie ma, efekt motyla działa i konsekwencji własnych działań nie da się uniknąć.

Przełomowe daty, tak samo jak sylwestry, są niepotrzebne ludziom, którzy zawsze byli mądrzy i odpowiedzialni oraz pozbawieni próżności. A może są im potrzebne, tak samo jak inne przyjemności, kino, dobra książka czy grill ze znajomymi. Ludziom, którzy muszą poddawać wszystko nieustannej weryfikacji takie daty przynoszą trochę goryczy, trochę motywacji, a trochę nadziei że można wyzerować licznik, czego oczywiście wcale bym nie chciała.

 

*napisano w ramach projektu 750 słów dziennie

niedziela, 11 września 2011

To cykl historyjek, który bardzo lubię. Fascynuje mnie to, w jak różnych okolicznościach ludzie zapamiętują epokowe wydarzenia i jak dobrze zapamiętuje się wtedy dni oraz źródła informacji. Nie tylko ja mam taki nawyk. Na przykład moja mama pamięta doskonale wybór Karola Wojtyły na papieża, który uczciła uciekając z zajęć z przysposobienia wojskowego, aby pić wino i grać w karty w akademiku Jagienka. 

W moim dorosłym życiu były trzy epokowe wydarzenia, które pamięta co najmniej cała Polska: katastrofa smoleńska, śmierć Jana Pawła II i, jakże by dzisiaj inaczej, 11 września 2001.

To był wrzesień po lecie ciężkich decyzji. Po maturze i egzaminach na studia powinnam była wypocząć, powinnam była wybrać inne studia, a skoro wybrałam te, to powinnam poświęcić to lato na solidne zaangażowanie w studia - nie tyle, żeby więcej się uczyć, ale choćby nie kontestować ich i wszystkiego co z nimi związane na każdym kroku. Zamiast jednak robić to, co należało, całe lato to spędziłam pracując w kampanii wyborczej i chyba nie bardzo już miałam do tego serce, bo cały czas miałam wrażenie, że coś mi umyka, tracę życie, młodość i nieliczne na firmamencie Środkowej Europy promienie słońca. Dnie spędzałam w ciemnym biurze - klitce, popołudnia na blokowiskach. Z jasnych stron tych wakacji należy nadmienić, że  były to początki korzystania przeze mnie z internetu. Siedziałam i robiłam prasówkę z ONET-u, a nagle zobaczyłam w prawym górnym rogu reklamę gry komputerowej albo filmu. Był jakiś lead o wbijaniu się samolotów w budynki w USA i pomyślałam, że to jakiś link sponsorowany - choć po prawdzie to nie mogłam pomyśleć, że to link sponsorowany, albowiem nie znałam jeszcze takiego pojęcia. Przyszło mi po prostu na myśl, że producent gry bądź dystrybutor filmu zapłacił za reklamę na stronie głównej Onetu. Dalej robiłam swoje. Po chwili musiałam coś załatwić w innej części biura, gdzie mieli radio albo więcej zaufania do stron internetowych, albo też ktoś chciał kupić sobie tę grę. Tam mi wszystko powiedziano.

W takich chwilach przede wszystkim dzwoni się do bliskich, choć właściwie to zupełnie nieracjonalne. Zadzwoniłam do ojca, który mieszkał wtedy w Warszawie na Orlej i nie miał telewizora. Słuchał radia i był zdenerwowany. Mama była na wakacjach w Zakopanem. Zeszła już z gór, miała jakieś strzępki informacji zasłyszanych radiu. Powiedziała, że jeżeli "coś jeszcze" się wydarzy, to przerwie wakacje i jak najszybciej przyjedzie.

Wieczorem pojechałam do domu i włączyłam TVN, który przełączył się na TVN 24. Oglądałam do upadłego ignorując zwierzęta domowe, aż podano numer telefonu jakiejś firmy, która miała biura w budynkach WTC. Moja potrzeba uczestnictwa w historycznym wydarzeniu była tak duża, że zadzwoniłam tam zapytać o moich krewnych, którzy wprawdzie nie pracują w tej firmie i mieszkają w Kanadzie, ale przecież mogli pojechać na wycieczkę do Nowego Jorku. Na żadnej liście ich na szczęście nie było. Oglądałam tę telewizję w szoku, patrzyłam na powtórki jakby mając nadzieję, że to jednak jest jeden wielki link sponsorowany gry komputerowej, aż w końcu koło 3.00 w nocy telewizja pokazała nie oświetlony Kabul i wybuchy nad nim. Tego było mi za wiele, a w wielkim pustym mieszkaniu zwierzęta domowe nie mogły mi przynieść ukojenia. Zadzwoniłam do mojego chłopaka, który był wściekły, że go budzę i jego złość uspokoiła moją histerię.

Pamiętam, jak media rozpisywały się o tym, że amerykańskie telewizje zmieniły swoje programy i na przykład nie nadano filmu Marsjanie Atakują.

Z okazji moich dwudziestych czwartych urodzin poszłam do Plazy na film o dzielnych strażakach z WTC. Nicholas Cage grał tam dzielnego strażaka z wąsami i problemami małżeńskimi, który zostaje przygwożdżony w ruinach WTC. Całym mitycznym arsenałem swoich min pokazywał widzom, że a) cierpi b) sytuacja przygwożdżenia, w jakiej się znalazł, z całą mocą uświadamia mu, jak lubi swoje życie i kocha szczupłą żonę. Drugi strażak, młodszy, Latynos ma żonę w ciąży i nie pamiętam, czy coś sobie uświadamia, ale pamiętam, że cała jej rodzina (choć trudno tam odróżnić rodzinę jej i jego, bo wszyscy żyją na kupie), martwi się, żeby nie poroniła. Film, o ile pamiętam - kończy się dobrze.

Do dzisiejszego popołudnia wydawało mi się, że na tym byłby koniec poruszeń związanych z tą rocznicą. Ale po obejrzeniu kilku wspomnieniowych migawek i dokumentu 102 minuty, które zmieniły Amerykę, a zwłaszcza sceny, w której przypadkowi ludzie widzą, jak samolot trafia w drugą wieżę, odszedł mi cały cynizm związany z tym wydarzeniem. Przesyt informacji i przedsiębiorstwo 09/11 to oczywiście problem, jak w przypadku każdego medialnego wydarzenia. A z drugiej strony nadal chcę wierzyć, że to była reklama gry komputerowej.

 

*napisano w ramach projektu 750 słów dziennie

środa, 24 sierpnia 2011

Powoli dobiega końca jeden z moich najulubieńszych miesięcy w roku. Gdyby nie to, że drugim jest wrzesień, to już byłoby mi smutno, a może nawet poddałabym się refleksji na temat upływu czasu. Ale na szczęście tym razem to szczęścia chodzą parami, sierpień idzie za rękę z wrześniem, a przygnębieniu, że czas ucieka można się poddawać z zupełnie innych powodów.

Poza tym, że sierpień jest zwykle w miarę ciepły, spadają asteroidy i są przeceny, to jest to przede wszystkim miesiąc pocztówek z powstania warszawskiego.

Zaczyna się oczywiście 1 sierpnia. Jako młoda panienka odwiedzałam ojca w Warszawie i chodziliśmy rytualnie na spacer na Wojskowe Powązki, gdzie zawsze zapalałam z tej okazji znicz na grobach Zośki i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, a ojciec, nie wiedzieć czemu - Drawicza i Tuwima. Rytuałem też była kłótnia mojego ojca z facetem, który sprzedawał przy wejściu antysemickie pisemka. W Poznaniu czy w Krakowie nie przeżywa się tego dnia tak bardzo, w tym roku wybicie 17.00 nie przeszkodziło mi w przygotowywaniu obiadu, ale pamiętam niezwykłą emocję, kiedy Godzina W zastała mnie trzy lata temu na Placu Bankowym. Szłam tam spiesząc się z pracy i kompletnie zapomniałam, ze to już za chwilę. Kiedy zawyły syreny stałam koło Grubej Kaśki i miałam widok na cały plac. Wiał wtedy dość silny wiatr, flagi łopotały i zwielokrotniały się w odbiciu błękitnego budynku, samochody i tramwaje naprawdę się zatrzymały, a ja miałam dreszcze ze wzruszenia i aż drżę, że to może był patriotyzm.

Potem jest 4 sierpnia, kiedy obowiązkowo sięgam po malutką książeczkę z kilkudziesięcioma wierszami Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W tym roku powstańcza pocztówka przyszła do mnie niespodziewanie 11 sierpnia, kiedy to świętowaliśmy ważny jubileusz. Po skończeniu piątej butelki różowego wina w domu ostał się wyłącznie spirytus. Dziennikarz muzyczny spreparował z niego roztwór dodając kawę i miód, ale przed spożyciem trzeba było ten szlachetny trunek przepalić. Siedzieliśmy sobie na poddaszu, szumiał wiatrak, cieszyliśmy się gośćmi, rozrzuconym po mieszkaniu konfetti i bardzo udanym dniem, a na prowizorycznym stoliku przepalał się w dwóch szklaneczkach alkohol.

Powstanie Warszawskie, a w zasadzie okupacja nim zwieńczona, to także seriale. Przede wszystkim Kolumbowie. Boże, jak ja się kochałam w Zygmuncie a przez to w Janie Englercie! Jaki on był cudowny, przedsiębiorczy i brawurowy jednocześnie, bezczelny, narwany a z drugiej strony dobrze zorganizowany. Najlepiej z całego serialu pamiętam tekst, który szedł z offu w czołówce, przedstawiając bohaterów. O Zygmuncie lektor mówił, że studiował na uniwerku i to słowo "uniwerek" obrazowało w mych siedmioletnich wówczas oczach całą niezależność, aspiracyjność, nonszalancję bohatera. Rzecz jasna Czas Honoru się do Kolumbów nie umywa. Ale też są mężni chłopcy i piękne kobiety, od tych ostatnich dostałam w ten weekend drugą pocztówkę z powstania.

Wojna się skończy, a Czas Honoru nie. W kobiecej prasie pojawiła się zapowiedź kolejnej serii, którą promują wypowiedzi aktorek na temat ich stosunku do całego wydarzenia. Zakazanie panienki (taki jest tytuł materiału) mówią o bohaterstwie, strachu, trudności w graniu scen tortur czy zabijania. Wypowiedzi te połączone są z sesją mody. Sukienki głównie z Mysikrólika, na niektórych ordery. Pończochy z Calzedonii, dodatki z H&M. Czasem w takich prezentacjach pojawiają się ceny, a tu niestety ich brak, a szkoda, bo należałoby pójść krok dalej. Do powstania pewnie bym poszła, mówi aktorka, a obok przykładowo korale, H&M, 39,99. Patriotycznie i ekonomicznie.

Zostało jeszcze 41 dni powstania, ciekawam zatem kolejnych pocztówek. I tego, czy wreszcie zdołam z samą sobą ustalić, czy pisać je małą czy wielką literą.

środa, 17 sierpnia 2011

Nie wiadomo czemu, od dawna zaplanowana wycieczka z normalnego wypadu z ciastkami i wizytą w Mc Drive zmienia się w podróż surrealistyczną, prawie jak po Muholland Drive.

Dziennikarz muzyczny po powrocie z Offa zapowiedział, że wybieramy się do Rzeszowa na koncert Karbido. Samo Karbido by mnie nie skusiło, ale gdy okazało się, że to zespół plus Jurij Andruchowycz w roli solisty oraz że będzie koncert w podziemiach rzeszowskiego rynku, z wrażenia zamilkłam i tylko kiwnęłam głową, że chcę bardzo.

Dzień wyjazdu nie potoczył się tak, jakbym sobie tego życzyła. Tak to już bywa, że gdy chce się skumulować życie w wieczory i weekendy, to w rezultacie człowiek zapomina, że doszedł już do stanu pogodnej rezygnacji, a zwycięża szarpanina i tradycyjne przerzucanie się zadaniami (czyli jak czytam Tajemnicę, to jestem zła, że nie czytam Aronsona albo Wyborczej, że nie słucham muzyki, że nie uczę się angielskiego, nie zmywam naczyń i nie jeżdżę na rowerze). Tak więc wstałam za późno i poza wygraniem partyjki szachów nic nie zrobiłam, więc kiedy padło hasło "zbiórka", to w nerwach i irytacji wybiegłam z mokrymi włosami i przekonaniem, że nic dobrego z tego wyjazdu nie będzie.

Jeżeli życie coś mi ostatnio funduje w gratisie, to są to głownie lekcje pokory. Jedna za drugą spadają na moje niemałe przecież ego. Nie inaczej było podczas wycieczki. Bo ja wbrew pozorom lubię mieć wszystko zaplanowane i przewidywalne, więc wiedziałam, że po dwóch godzinach będziemy w Rzeszowie, pojedziemy tam z dziennikarzem muzycznym i papieżem realizacji, na miejscu sobie pozwiedzamy, ja kupię prezent dla babci, zjemy potrawy regionalne, nakoncertujemy się i wrócimy. A tu te mokre włosy, nieprzeczytana prasa, nieobejrzane Wstajesz i wiesz, dodatkowy pasażer - wszystko to wprawiło mnie w poczucie, że jednak nie panuję nad swoim życiem.

Tu mała dygresja. Koleżanka, która wyjechała na saksy została wyrzucona z wynajmowanego w Polsce mieszkania. Przeprowadzali ją nasi znajomi, którzy uwiecznili jej dobytek i umieścili zdjęcie na Facebooku. Koleżanka skonstatowała, że gdy widzi dorobek swego życia spakowany w worki na śmieci i umieszczony w mordoksiążce, to czuje, że nie panuje nad swoim życiem.

Natomiast ja po chwili postanowiłam nie być małostkowa i cieszyć się nadchodzącą przygodą. Szkoda tylko, ze to ukojenie nie przyszło na mnie chwilę później, bo może gdy decydowaliśmy, czy jedziemy autostradą dla zasady powiedziałabym, że nie i nie wjechalibyśmy wtedy w dziesięciokilometrowy korek. A tak, zaraz po wyjeździe z Krakowa utknęliśmy na dwie godziny w korku jak z filmów amerykańskich. Takim korku, w którym ludzie po godzinie porzucają swoje samochody i oddalają się w zobojętnieniu. Albo przeciwnie - wysiadają z wozu, wyjmują broń palną z bagażnika i zabijają innych kierowców strzałami w głowę, zraszając tylne siedzenia ich mózgami.

My poradziliśmy sobie z naszą frustracją prowadząc grę Jaka to postać, więc do samiutkiego Rzeszowa zgadywaliśmy ludzi, postaci bajkowe i humanoidy, od Jana XXIII począwszy, przez Garrego Kasparowa, Laurę Palmer, Kapitana Planetę, na redaktorach naczelnych mediów polskich skończywszy. Po drodze zatrzymaliśmy się w Mc Drive, bo okazało się że potraw regionalnych w Rzeszowie zjeść nie zdążymy. Tortilla z boczkiem też dała radę. Na miejsce dotarliśmy po ponad pięciu godzinach i jeżeli mi nie wierzycie, że można tyle jechać odcinek 170 km - mam na to świadków.

Początek pobytu wiązał się z kolejnym małym zgrzytem. Galerie handlowe w Rz. zamykane są o 20, a te największe o 21. W żadnej, która była otwarta gdy dojechaliśmy na miejsce, nie było jakiejkolwiek książki Andruchowycza, więc z prezentu dla babci nici. Starałam się przyjąć to z pogodną rezygnacją, ale frustracja, że robię wszystko na ostatnią chwilę oraz że świat jest zły, inflacja, dewaluacja, starość i zgorzknienie wycisnęła ze mnie łezkę. Albo i dwie.

Potem mogło być już tylko lepiej. Kawałek występu RUTY energetyczny i gdyby nie było to wszystko takie ideowo mi obce, mogłoby mi się podobać. W takcie ich występu rozejrzałam się po Rynku - czystym, odremontowanym, z jasnymi kamieniczkami, o których chce się mówić wyłącznie w zdrobnieniach. Ryneczek jak z małego miasteczka, brakowało na nim rabatek, ale za to była ogromna i podobno bardzo profesjonalna scena, Kościuszko oraz mnóstwo barów, choć oferta gastronomiczna ograniczała się do pizzy i kebabu.

W miniony weekend w Rzeszowie odbywały się dwa festiwale. Oba z dość wymagającą muzyką, stąd mieliśmy obawy, czy frekwencja na obydwu dopisze. Z Rynku udaliśmy się na No Border do Starej Parowozowni, która znajdowała się na obrzeżach miasta. To było moje najbardziej surrealistyczne festiwalowo - koncertowe przeżycie - na wejściu kłębił się tłum ochroniarzy, który nie chciał nas wpuścić z butelką IceTea i obmacał moich towarzyszy, potem weszliśmy w strefę gastro, która zaczynała się od stoiska z goframi. Można tez było kupić wódkę. W plenerze stała duża scena, wielki namiot Polskiego Radia, namiot Lecha, 20 toi toi, we wnętrzach były dwie sale z setami didżejskimi. I jakieś 20 osób z publiczności. Siedzieliśmy, piliśmy piwo, gadaliśmy o ulubionych serialach, aż w końcu urodzony radiowiec stwierdził, że to najlepiej zorganizowany festiwal, na jakim był. Nie ma kolejek do kibli i po piwo, ładnie widać scenę, jest gdzie usiąść, tylko ludzi brak.

Ludzie zaczęli się schodzić jak na gwizdek dokładnie w momencie, gdy zebraliśmy się w drogę powrotną, więc z No Border zapamiętałam głównie przypadkowych widzów, piknikową atmosferę i gofry. Po drodze, podczas przechodzenia nad torami, przyszło nam jeszcze przywitać się z bardzo pijaną i euforycznie nastawioną miejscową ludnością, po czym wróciliśmy na Rynek. Oczekując na Karbido i Andruchowycza stwierdziliśmy, że zostało tam naprawdę bardzo mało ludzi. Żałośnie mało. Może 10 osób było tam celowo, natomiast większość stanowili podpici, rozweseleni festynową atmosferą imprezowicze. Okropnie to było smutne, nie tylko dlatego, że jechaliśmy na ten koncert z takim poświęceniem, a widzieliśmy że współwidzom jest obojętne czego słuchają - byle bujało. We mnie muzycy  i pisarz budzili ogromny szacunek swoim przygotowaniem, lirycznym choć w sferze werbalnej czasem wulgarnym występem, wzruszającą pieczołowitością i barkiem nadęcia, tym bowiem przesycony był ten koncert. W tle pojawiało się coś, na co rzadko zwracam uwagę, tym razem jednak wizualizacje naprawdę przykłuwały wzrok i wyjątkowo dobrze były zgrane z tym, co działo się na scenie.

Po koncercie Karbido i Andruchowycza zespół zszedł nagrywać kolejną część swojego projektu Music4Buildings. Konferansjer starał się jak tylko był w stanie wyjaśnić widzom, że zespół teraz schodzi w podziemia, a muzyka którą będziemy słyszeli nadal jest grana na żywo, ale większość widowni nie była wstanie pojąć, co się teraz dzieje, z tych samych zresztą przyczyn, dla których konferansjer nie mógł tych subtelności objaśnić. Tak więc na płycie została nasza czwórka ostatnich Mohikanów, natomiast dominowali ludzie tak pijani, że byłoby im obojętne, czy artyści są pod ziemią czy na księżycu. Podczas jednego fragmentu naszą uwagę przykuł miły młody człowiek, który próbował wspiąć się na stół trzymając w ręku siatkę ze swoim dobytkiem. Niestety podczas tej ekwilibrystyki spadły mu spodnie, a on stanął wobec poważnego dylematu - kontynuować wspinaczkę, podciągnąć spodnie, czy też dać się porwać targającym go wichrom i paść na twarz. W końcu postawiony wobec takiej kafeterii możliwości odszedł, a po koncercie odkryliśmy, że śpi oparty o jedną z bielutkich kamieniczek. Pachniał nieładnie.

Mimo wszystko staraliśmy się wsłuchać w koncert, z którego znowu zapamiętałam najlepiej wejście Andruchowycza - nie tyle sam śpiew, co sposób, w jaki pojawił się i opuścił scenę - zupełnie jakby był przypadkowym przechodniem, a przecież wiadomo, że był na właściwym miejscu.

Potem pojawiła się możliwość zdobycia jego dedykacji i problem braku książki okazał się być błahostką wobec braku kartki. Rozdzieliliśmy się z dziennikarzem muzycznym w jej poszukiwaniu - ja postanowiłam pytać o pomoc ludzi. Podeszłam do kilku dziewczyn, które miały duże torby i zapytałam, czy może mają jakąś kartkę, notes lub kalendarz. I wszystkie odpowiedziały mi w ten sam sposób, że nie noszą przy sobie TAKICH rzeczy. Dziennikarz muzyczny natomiast w swych poszukiwaniach przeeksplorował sferę profanum i zdobył całkiem zgrabną tekturową tackę na zapiekanki, na której Andruchowycz wpisał mojej babci dwujęzyczną dedykację i powiedział, że na Ukrainie już w tym roku będzie nowa książka. W Polsce pokaże się za jakieś dwa lata, choć planowano ją na 2012, jednak "Miała być krótka, ale w trakcie pisania wszystko wymknęło się spod kontroli”. Żałuję tylko, że nie zadałam mu najważniejszego pytania.

Na koniec wycieczki udaliśmy się w końcu na planowane od samego początku potrawy regionalne. Jak wspomniałam powyżej, na rzeszowskim rynku jest sporo knajpek, a my wybraliśmy regionalną kuchnię turecką. I ten konkretny kebab importowałabym do każdego ze znanych mi miast. Razem z ajranem, w cieniutkim cieście, ostry, z dużą ilością baraniny, był naprawdę wyborny. Kuchnia wschodu, muzyka wschodu, wszystko w Polsce Rzet.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Lato obfituje w rocznice śmierci poetów. Od 28 lipca począwszy można sobie wspominać do woli, że moralność, nieprzejednanie, powstanie warszawskie oraz kosze pełne oliwek i cytryn. Dla mnie to jedyny czas w roku, kiedy zwykłam (lub raczej zwykłam byłam) czytać dużo poezji.

Tym razem rzeczywistość trochę pokrzyżowała mi szyki - zamiast odprawić dziady nad Herbertem szukałam sukienki, rocznicę śmierci Krzysztofa dwojga imion przespałam i ocknęłam się dopiero dzisiaj - w miłoszowskie zaduszki. A ponieważ w Krakowie nie mam ani kawałka jego wierszy, to jedynym świadectwem poezji pozostaje wydany jeszcze w bibule tomik wykładów.

Od skończenia szkoły podstawowej, czyli lat bez mała piętnaście, lato na ogół spędzam w mieście. Bywało, że gdzieś wyjeżdżałam na wakacje, ale na ogół właśnie do miast większych niż Poznań. Nigdy nie tęskniłam za przyrodą - no zobaczyć góry czy morze to jeszcze, poleżeć w trawie ze świerszczami - chętnie, pospacerować po lesie - owszem, ale żeby spędzać czas dłuższy niż 48 godzin bez dobrodziejstw cywilizacji z łazienką i wygodnym łóżkiem na czele to niechętnie. Jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy dobrowolnie i za własne pieniądze decydują się na przykład na tydzień pod namiotem. Ahoj przygodo - jasne, ale muszę mieć pewność, że po wszelkich surwiwalowych atrakcjach będę się mogła umyć w ciepłej wodzie i wytrzeć suchym ręcznikiem. Nazwijcie mnie sybarytką, nie obrażę się.

Tegoroczne i ubiegłoroczne wakacje nolens volens okazały się wyjątkowo industrialne. Ku mojemu zaskoczeniu zaczęło mi brakować wypadów, z których człowiek wraca wytarzany w błocie i marzy o misce ciepłej strawy. Nawet dzisiejsza wycieczka rowerowa nad Wisłą nie przyniosła poczucia kontaktu z przyrodą. Wawel, krople deszczu, ciepłe parne powietrze i podniszczone Dębniki - to jednak dalej miasto.

Z tymi myślami wróciłam do domu i usiadłam do Miłosza. Po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jak bardzo jego twórczość jest przesycona naturą. No niby przeczytałam Dolinę Issy, ale traktowałam cały czas Miłosza jak moralistę - manicheistę, a nie jak gościa od żuczków i krzaczków. A przecież duża część jego egzystencjalizmu wynika z obserwacji przyrody.

Okoliczności, w jakich dowiedziałam się o jego śmierci chyba by mu się spodobały. Byłam wówczas na jednym z krótkich wypadów "na wieś". W ramach akcji Poznaj Swoją Ojczyznę najpierw pojechałam do Malborka, z stamtąd na Warmię, gdzie spędziłam kilka dni w domku z zimną wodą, ogródeczkiem na którym rósł groszek i malwy, gdzie mijając stadninę koni szło się nad jezioro, a do najbliższego sklepu były 3 kilometry i nie mieli Wyborczej. Tego dnia czekałam na towarzysza mojej podróży, który miał przyjechać z zakupami, a trzeba dodać, że rozmawialiśmy poprzedniego wieczora o naszym uroczym koledze imieniem Miłosz.

Tak więc stałam w progu chatynki wyczekując na prowiant i Wyborczą, słońce świeciło, owady wydawały właściwe im tylko dźwięki, kwiaty pachniały, wszystko jak w Piosence o końcu świata.  Chwilę potem gdy radio podało wiadomość o śmierci noblisty, przyszedł towarzysz mojej podróży z zakupami.

- Miłosz nie żyje - powiedziałam z właściwą sobie emfazą i bardzo się zdziwiłam, bo towarzysz mój pobladł, a nie był to człowiek nadmiernie liryczny.

- Czesław - dodałam dla porządku.

- Co za ulga - odparł towarzysz podroży i poszedł jeść parówki.

niedziela, 07 sierpnia 2011

W pracy psuje mi się komputer. Ponieważ szwankuje od pierwszego dnia, kiedy do niego zasiadłam, a według przekazu ustnego stwarzał problemy również mojej poprzedniczce, prowadzę w kampanię na rzecz jego wymiany. Bo nie jest to takie zwykłe ot, zwieszanie się, tylko permanentny strajk, zamieszki i przemoc psychiczna - zawieszanie się, konieczność wielokrotnego restartowania, przelogowywania się, wyrzucanie z systemu w trakcie pracy, przekierowywanie do innych pracowników zadań, które mem już niemal skończone. Słowem - draństwo za draństwem.

Informatycy starają się mnie zbyć, podchodzą, coś tam poklikają i przez chwile działa. Albo każą mi przy każdym logowaniu wcisnąć ctrl, shift i esc, przełączyć na procesy, wyłączyć cośtam (tego już nie zapamiętałam) i ma to odciążyć procesor a komp będzie chodził jak ta lala.

Tak się składa, że losy procesora są mi całkowicie obojętne. Skoro ktoś wymyślił pracę tak, że muszę mieć otwartych milion aplikacji, co najmniej 6 programów oraz kilkanaście dokumentów, to mój komputer ma działać, a nie się wieszać i wywalać mi na ekran errory. W ramach wyśmienitego poczucia humoru w outlooku komputer automatycznie zmienił mi kiedyś stopkę na (uwaga) IT Specialist z siedzibą w Los Angeles. Poczułam, że przedmiot martwy się ze mnie naigrywa.

Więc od czwartku podjęłam batalię o wymianę komputera, piszę epickie maile do informatyków, szczegółowo opisuję co się dzieje, załączam print screeny. W piątek wysłałam takich maili 5. Moja determinacja ma podłoże czysto merkantylne - bez sprawnego komputera nie będę elementarnie dobrze pracować, ale też moje wewnętrzne dziecko przypomina mi o historii z kredkami.

Chodziłam do socjalistycznego jeszcze przedszkola, w którym rzecz jasna podziały klasowe nie istniały. Wszystkie dzieci były wspólnym dobrem socjalistycznej ojczyzny i należało sprawiedliwie dbać o ich rozwój. Na mnie trochę położono kreskę - umiałam już czytać, trochę pisać i liczyć, więc przedszkole tego mnie nauczyć już nie mogło. Nie umiałam natomiast tańczyć, bawić się z dziećmi i rysować, ale do tego trudno kogoś przysposobić, gdy ma się na stanie trzydzieścioro dzieci. Tak więc  żyłam sobie na marginesie przedszkolnej społeczności, miewając raz lepsze a raz gorsze dni. Gorsze były wtedy, gdy trzeba było pić posłodzone mleko, jeść na śniadanie paprykarz rybny albo gdy któreś z dzieci odkrywało, że nie umiem schodzić ze schodów. Lepsze, kiedy recytowało się wierszyki albo słuchało bajki o Nieumiałku.

Do rysowania dzieci siadały przy stoliczkach. Im grzeczniejsze, czystsze i ładniej rysujące dzieci, tym bardziej z przodu. Ja siedziałam w ostatniej ławce i ten brak uwagi przedszkolanki mi nie przeszkadzał - mogłam do woli rysować bambosze zamiast stóp, uśmiechnięte słońca, muchomory i wielkie motyle, bowiem na odwzorowywaniu takich obiektów koncentrowały się moje artystyczne zainteresowania. Jedyne, co mi w tym usytuowaniu naprawdę przeszkadzało, to nieuczciwa redystrybucja dobra, jakim były kredki.

Przedszkole samo nie kupowało kredek, a jeżeli - to w ograniczonym zakresie. Zasadniczo kredki były przynoszone przez rodziców. Ale aby było sprawiedliwie, a dzieci miały równe szanse, nie było tak, że każde dziecko ma swoje kredki. O nie! Kredki były wyjmowane z opakowania i wrzucane do wspólnego pudełka. Pudełko z najnowszymi kredkami stało na pierwszym stoliku, a to z pierwszego lądowało na drugim i tak do końca. Kredki z piątego stolika były przebierane - część wyrzucano, a te, które się do czegoś nadawały rozkładano systematycznie do wszystkich pudełek.

Jak należy się domyślać - tylko pierwsza ławka mogła korzystać z pełnej gamy kolorów. Najfajniejsze kredki Bambino docierały najwyżej do trzeciej ławki. Przy moim, ostatnim stoliku, ostawały się głównie kredki świecowe w kolorach burosraczkowatych albo i trudnych do ustalenia, tak bardzo były brudne. Zła byłam strasznie o ten podział kredek, zwłaszcza w tych dniach, kiedy moja mama przynosiła do przedszkola nowe opakowanie pachnących Bambino.

Jutro poniedziałek. Trzeba zacząć dzień od kawy i maila do IT.

23:23, tennesee
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lipca 2011

Wychodzi na to, że lipiec nie sprzyja mojemu pisaniu. Pewnie dlatego, że nie ma słońca przez siedem miesięcy w roku a lato bywa niegorące, na niepisanie w lipcu nakładają się liczne czynniki przeszkadzające rozpościeraniu piśmienniczych skrzydeł. Jednym z nich jest fakt, że jak jednak lato jest gorące, to w naszym poddaszowym mieszkaniu panuje zaiste kubańska atmosfera, wyrażająca sie głównie w duchocie i szumie umieszczonego pod sufitem wiatraka. Nie wiem czemu, ale wiatraki pod sufitem kojarzą mi się właśnie z Kubą albo szerzej - z Ameryką Łacińską. Z tymże regionem świata kojarzą mi się także muchy, zwłaszcza gdy latają wokół tego wiatraka, cygara i salsa, ta ostatnia za sprawą nabytego w Tesco blendera pojawia się w swej gastronomicznej hipostazie.

Zakupy w Tesco na krakowskiej Kapelance wymyślił dziennikarz muzyczny w ramach racjonalizowania procesów zaopatrzenia oraz zachowań gastronomicznych w naszym gospodarstwie domowym. Taniej, szybciej i rozsądniej jest pojechać we dwoje po zakupy, aniżeli tachać je codziennie w małych ilościach spod Hali Targowej. Odkąd pracuję robienie małych zakupów byłoby zresztą bardzo uciążliwe. Wymieniony wyżej supermarket ma ten dodatkowy walor, że jest otwarty całą dobę, wobec czego zdarzało nam się już bywać tam o najdziwniejszych porach - raz na przykład po wyjściu z imprezy o 3.00 pojechaliśmy i zrobiliśmy nawet całkiem rozsądne zakupy.

Robienie zakupów w nocy ma ten walor, że nie trzeba się przepychać między ludźmi ani też stać w kolejkach. Można sobie spokojnie spacerować w tak zwanych alejkach, do woli wąchać wszystkie żele pod prysznic, spędzić pół godziny czasu nad kosmetykami obrendowanymi Hanną Montaną czy Transformers bez narażania się na oburzone spojrzenia sześciolatek i ich mam. Takie zakupy wcale nie zajmują mniej czasu, bo człowiek w nocnym uspokojeniu nie czuje żadnej presji pośpiechu, zaś świadomość tego, że można dostojnie zwiedzać sklep, zamiast latać po nim jak kot z pęcherzem, daje mi wielką radość łamania konwenansu.

Usprawnieniem w obsłudze klienta są tam kasy automatyczne. Generalnie polegają na tym, że skanuje się produkt, odkłada do specjalnej przegródki, płaci, a następnie pakuje. Korzystamy z tego rozwiązania z upodobaniem, zupełnie nie poddając refleksji tego, że taka automatyzacja prowadzi do czegoś złego. Ale - bez defetyzmu - po prostu samodzielne kasowanie daje przyjemne uczucie sprawczości. Cały kontakt z tą kasą jest miły, bo zwraca się ona do człowieka sympatycznie, nie widać, że jest zmęczona, a ja w dodatku nie mam wyrzutów sumienia, że człowiek, który mnie obsługuje być może przeze mnie nie był od 24 godzin w toalecie. Tak więc skanujemy sobie z dziennikarzem muzycznym tuńczyka, podroby, kosmetyki, ważymy warzywa, przekładamy do przegródki i płacimy. I od tego momentu kasa przestaje być miła. Aksamitny głos, który matczynym tonem doradza wybór artykułu bądź formy zapłaty, staje się rozkazujący. Zabierz produkty mówi nieprzejednanie, poganiając uradowanych konsumentów. Wczoraj zmieniła trochę repertuar i wzięła nas trochę pod włos, mówiąc, że W koszyku jest produkt, który nie powinien się tam znaleźć. Aż się zaczęłam zastanawiać, czy może przypadkiem nie włożyliśmy tam czegoś niezapłaconego. Ale nie, po zapakowaniu wszystkiego okazało się, że kasa znowu nas lubi.

Po takich zakupach najgorszy jest przyjazd do domu i perspektywa wniesienia tego całego dobra na trzecie piętro. Wczoraj na przykład nasze zakupy ważyły jakieś 20 kilogramów i wnieśliśmy je na półtora razu. Kiedy leżały tak sobie przed drzwiami zawalając cały korytarzyk, a pomiędzy nimi biegał piszczący ze szczęścia pies (którego psiakowatość jest  skądinąd kontrowersyjna), wyobraziłam sobie, że jest tam jeszcze dwójkę dzieci, które domagają się cukierków, zabawek, poczytajmimamochcesikudlaczegoonmniebijeweźmnienaręce.

Prawdziwe życie jest ... takie jakie jest.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi