Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS
poniedziałek, 14 maja 2012

Lubię sobie czasem bluzgnąć. Większość ludzi lubi.

W piątek przeczytałam w internetowej Gazecie Wyborczej, która postanowiła zacytować jakieś opiniotwórcze pismo, że Bogusław Kaczyński bardzo ubolewa nad powszechnym schamieniem. Żale swe wylewa na łamach Faktu, który jak wiadomo wiedzie prym w edukacji kulturalnej społeczeństwa. Jeżeli Gazeta W. zgadza się z tezami Bogusława K., to powinna przestać cytować Fakt, SE i Gazetę Polską a być może też zamknąć swoje internetowe wydanie, pozostawiając Wyborcza.pl, choć i tam zdarzają się tabloidowe kwiatuszki.

Pół roku temu o przekleństwach w wywiadzie dla Wyborczej mówiła także Dorota Masłowska, że kiedyś przeklinała, a teraz ma ochotę bić za to parasolką.

Być może makabrycznym świadectwem zmian w językowej obyczajowości są nagrania z dwóch czarnych skrzynek - pilot Tupolewa 154 w ostatnich słowach powiedział kurwa, a pilot samolotu, który 25 lat temu rozbił się w Lesie Kabackim Cześć, giniemy.

Kilka lat temu, przed TVN 24 i Faktem, w początkach Polsatu publiczne przekleństwa w mediach były rzadkością i jako takie niosły za sobą powiew świeżości. Fuck off Chylińskiej było dla mnie chamstwem, ale rzucone mimochodem przekleństwo zrywało jakoś ze sztywnością medialnej formy. Tymczasem obecnie, ilekroć ociekający zajebistością prezenterzy i artyści każdą wypowiedź dekorują eufemistycznie rzecz ujmując motylimi nogami, jest to zwyczajnie nużące. Teraz awangardą byłoby zachowanie a' la Bogusław Kaczyński właśnie, czy inny Jacek Dehnel. Nie jestem tu jakoś strasznie radykalna, są osoby, takie jak na przykład Tymon Tymański, którego ostatnio słucham idąc na pociąg, do których przeklinanie jakoś pasuje i wplatają je umiejętnie w tak ciekawe wypowiedzi, że słucha się tego z przyjemnością. Ale to naprawdę są wyjątki.

Niby celebryci przeklinając na potęgę nie robią nic złego, ale upowszechniają rynsztokową normę. Jeżeli można swobodnie rzucać mięsem w oficjalnym języku, to można także siedząc na open space w pracy, co znowu nie czyni nikomu krzywdy, ale czyni tę wspólną przestrzeń mniej przyjazną. To trochę jak z rasistowskimi żartami - opowiadane wśród ludzi jednej rasy niby nikogo nie ranią, ale stępiają wrażliwość.

Moje ubolewanie nad tym upadkiem obyczajów ma jeszcze inne podłoże. Jak wspomniałam w pierwszym zdaniu, a od tego czasu wiele się nie zmieniło - lubię puścić wiązankę. Najlepiej taką wielopiętrową, epicką, z mieszaniną słów niecenzuralnych i naukowych. Pięknie przeklinał na przykład ojciec B., który za kierownicą z lekko znerwicowanego intelektualisty zmieniał się w furiata, wyzywającego innych kierowców od chujów w szynce. Na blogu bym sobie poprzeklinała, napisałabym taki klasyczny, rytmiczny diss. A tu właśnie przeklinać coraz mniej wypada, bo jako się rzekło - to już nieświeże jak tatuaże na lędźwiach. Do tego wokół pojawia się coraz więcej dzieci, a przy nich to już w ogóle trzeba się pilnować. Trudno, zwłaszcza jak będzie się miało swoje potomstwo, ciągle gryźć się w język, bo mama z nieustannie krwawiącym językiem to może być solidna trauma.

Moim ulubionym ostatnio zwrotem, wyrażającym głównie zdziwienie, niezadowolenie lub zajęcie pozycji dystansu jest ja jebię. Nie chciałabym, żeby były to moje ostatnie słowa.

niedziela, 13 maja 2012

1. Dostać zaproszenie na obiad ze szczawiem.

2. Po wahaniach co upiec, zdecydować się na biszkopt posmarowany serkiem mascarpone z truskawkami i galaretką.

3. Dwa dni z rzędu przyjść za późno pod Halę Targową i nie dostać truskawek.

4. Drugiego dnia zamiast truskawek kupić rabarbar.

5. Zdecydować się na upieczenie placka drożdżowego z rabarbarem i kruszonką, kupić drożdże.

6. Żeby nie robić jak zwykle wszystkiego na ostatnią chwilę, zdecydować o upieczeniu placka drożdżowego dzień przed proszonym szczawiowym obiadem.

7. Upiec placek i nie wyjmować go z piekarnika, żeby się nie przeziębił.

8. Zasnąć, obudzić się po ośmiu godzinach z zakwasem w prawym barku (zakwas od wyrabiania ciasta).

9. Odkryć, że ciasto pozostawione w ciepłym piekarniku wyschło na wiór.

10. Załamać się. Oświadczyć, że nic więcej nigdy się w kuchni nie zrobi poza umyciem naczyń. Na uspokajające sugestie dziennikarza muzycznego, że to chyba zbyt radykalne deklaracje oznajmić, ze mnie nie rozumie i się wyprowadzam.

11. Postanowić, że nie będę się jak zwykle poddawać, tylko spróbuję przekuć porażkę w sukces.

12. Zastanowić się co można zrobić z dużą ilością czerstwego pieczywa.

13. Przypomnieć sobie, że Nigella robiła kiedyś bread pudding. Znaleźć przepis. Dokupić bakalie i śmietankę.

14. Do spółki z dziennikarzem muzycznym wydłubać kruszonkę z placka.

15. Przygotować i upiec bread pudding.

16. Stwierdzić, że jest niedobry. Bardzo niedobry. Choć już nie tak twardy. Tak czy siak - nie jedzcie tego.

17. Ponownie się załamać. Dojść do wniosku, że gdybym nie upiekła go poprzedniego dnia, tylko jak zwykle na ostatnią chwilę, wszystko byłoby ok.

18. Oraz stwierdzić, że lepiej było się od razu poddać.

19. Na szczawiowy obiad kupić serniczek, babeczkę truskawkową i izraelskie wino.

20. Dowiedzieć się na obiedzie, że upiekłam chleb krasnoludów.

 

Appendix: Na proszony obiad państwo domu upiekli ciasto. Biszkopt z serkiem mascarpone i galaretką.

piątek, 11 maja 2012

Parę tygodni temu byliśmy z dziennikarzem muzycznym w Poznaniu i przy tej okazji zostałam zmobilizowana do zrobienia porządku w papierach. Każdy z nas pewnie przechodził przez to, że trzeba coś wyrzucić, coś, co kiedyś się pieczołowicie zbierało. Boli, zwłaszcza kiedy człowiek pozbywa się na przykłady wycinków prasowych, reportaży Szczygła z Wyborczej, kompletu wycinków o Jedwabnem (choć wiem, że analogiczna teczka jest w bibliotece ojca, więc boli trochę mniej), oraz obszerne teczki z informacjami o potencjalnych destynacjach wycieczkowych. Boli także, kiedy do worka z makulaturą wyrzuca się segregatory z ustawami i orzecznictwem, pracowicie pozakreślane i poopisywane, orzecznictwo z ksiąg wieczystych posegregowane datami, a z prawa handlowego - tematycznie. Jak już wszystkich tych papierów się pozbyłam, to mama wskazała okiem na korkową tablicę.

A na tej tablicy, która była jedynym prezentem urodzinowym, o jaki poprosiłam - wizualizacje przyszłych celów, zdjęcie Tadeusza Mazowieckiego, rysuneczki, zaproszenia ślubne znajomych, zdjęcia mamy i taty, kartki urodzinowe i pocztówki z życiowymi mądrościami, których nie wypada zamieszczać na fejsie. Wśród tych karteczek z pobożnymi życzeniami znalazłam napisaną pod koniec studiów, gdzie między innymi napisałam, że chciałabym być sędzią, robić doktorat oraz pracować w TVN. Zignorowałam sugestie dotyczące zdjęcia tych uroczych drobiażdżków z tablicy, podjęłam próbę uproszenia dziennikarza muzycznego o przewiezienie jej do Krakowa i udałam się ostatecznie w jej sprawie na wewnętrzną emigrację.

Zauważyłam bowiem, że skoro chciałam być jednocześnie sędzią, pracownikiem TVN i pracownikiem naukowym, a nie po myśli mi było robić karierę na miarę Anny Marii Wesołowskiej, to moja obawa, że chciałabym wszystkiego na raz a do niczego nie przykładam się na tyle, by dopiąć swego, znalazła historyczne uzasadnienie. Widzę progres - kiedyś mnogość opcji powodowała, że nie decydowałam się na zaangażowanie w żadną z nich, żeby nie przegapić innej, teraz przestałam się tak bardzo przejmować tym swoim zawodowym niedookreśleniem. Błogosławiona pogodna rezygnacja daje spory luz, który pozwala działać. A czy robię w życiu to, czego naprawdę chcę? Nie wiem co to miało by być i może nie powinnam wiedzieć, bo gdy marzenie staje się rozczarowaniem, to musi być naprawdę straszne.

W mądrościach na korkowej tablicy jest kilka banałów dotyczących tego czym jest życie. Kiedyś strasznie mnie takie maksymy jarały, choć w sumie nie wiem dlaczego, bo życie można porównać do czegokolwiek i będzie to zawsze równie głębokie i równie pozbawione sensu. Mi na przykład z życiem zawodowym kojarzy się ostatnio moda.

Na szczęście nie mam przymusu ubierania się do pracy zgodnie z dress codem, co piątek dostajemy maila z rozpiską, czy mamy być bardziej czy mniej oficjalnie przyodziani. Ja najchętniej zakładałbym kolorowe sukienki i wygodne buty, a ubrania kupuję dość chaotycznie. Czasem jednak staram się w tej sprawie zorganizować i robię listy rzeczy, które chciałabym mieć. Ostatnio na taj liście królują czarna ramoneska i beżowe szpilki. Mają się do siebie jak kariera naukowa z pracą w TVN i pewnie dlatego żadnej z tych rzeczy nie kupię.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Życie ostatnio zostało zdominowane przez pracę zarobkową, konsumpcję, pracę magisterską dziennikarza muzycznego oraz kulturę. Nie licząc oczywiście internetu, przygód wynikających z troski o urodę i podróży PKP.

Oczywiście oglądam z doskoku wiadomości (choć telewizyjnej publicystyki już nie trawię), czytam grzecznie świąteczną Gazetę Wyborczą (acz ze świadomością, że nasz związek największe namiętności ma już za sobą), a babcia J. dostarcza mi Polityki i Powszechne Tygodniki, które czytam głównie w pociągach, ale stopniowo i przynajmniej chwilowo skutecznie polityka przestała mnie podniecać.

Nie popadając w kombatanctwo mogę śmiało przyznać, że polityka budziła we mnie emocje od co najmniej ćwierćwiecza, stąd nasza obecna oziębłość mnie dziwi i martwi, niemal w takim samym stopniu jak fakt, że zgadzam się z Marcinem Mellerem w postawie wobec PiS oraz wszystkiego, czym zajmują się aktualnie politycy.

Może to zupełnie naturalne, że układając różne swoje życiowe sprawy im właśnie udziela się więcej zainteresowania. Prawdopodobnie dlatego bardziej ekscytuje mnie to, że kupiłam maselnicę niż dobry wynik Marie Le Pen. I być może też z tego powodu kupno kosza na pranie porwało mnie bardziej niż proces Breivika. Więcej warte niż czytanie o mamie Madzi jest dla mnie to, że wracając z dziennikarzem muzycznym z czytelni Instytutu Socjologii UJ upolowałam bardzo okazyjnie Lalę i Norwegian Wood. Fakt, że musiałam spędzić noc sama w domu po przeczytaniu Domofonu Miłoszewskiego oraz dwukrotne przejście obok zdechłego szczura na Grzegórzeckiej były dla mnie straszniejszymi przeżyciami niż demonstracja w obronie Telewizji Trwam.

Czyli ucieczka w prywatność. Ale przecież zawsze lekceważyłam taką właśnie postawę, będąc przekonaną, że polityka jest naszym losem. Że trzeba się nią przejmować, brać odpowiedzialność, dawać świadectwo za wszelką cenę, co w naszych łatwych do życia, a niełatwych dla herosów czasach, oznacza zwykle cenę śmieszności. Trudno mi pogodzić się z myślą, że nie miałam racji albo że przed tą racją pragmatycznie skapitulowałam.

Drugi trop, to poczucie, że o ile polityka jest naszym losem, to przecież nie ta polityka, o której czytam na pierwszych stronach gazet. Ona dzieje się przede wszystkim na średnim szczeblu, a większość informacji do nas nie dociera. Media interesuje przede wszystkim fasada i sfera symboliczna, trudno w zegarze sterowanym rytmem konferencji prasowych zwoływanych dla TVN 24 mówić o poważnych, eksperckich sprawach czy o prawdziwych tajemnicach wywiadu. Możliwe, że żeby mieć poczucie prawdziwego wpływu, trzeba być w środku, pytanie jak wtedy zachować trzeźwość osądu.

Po trzecie - ACTA spłynęło po mnie, protesty młodzieży nie poruszyły. Ataki na squaty nie będą moim przeżyciem pokoleniowym, zresztą może zamknięcie się w prywatności skutecznie mnie z przeżyć pokoleniowych eliminuje. Całkiem niewykluczone, że jestem tą obojętną młodzieżą z raportu Młodzi 2011, choć nie - przecież interesuje mnie reforma emerytalna. Tylko w imię pracy dłuższej o siedem lat nie wyjdę na ulicę, a postulat wydłużenia wieku emerytalnego nie jest porywający nawet dla przekonanych.

I wreszcie - media. Weszłam dzisiaj na portal Gazeta.pl, a tam w dziale "wiadomości": relacja z kłótni w programie Tomasza Lisa (skądinąd każdy program jest w GW szczegółowo relacjonowany jako wiadomość dnia) i inne kwiatki, jak widać na załączonym obrazku.

Jedyne, co ostatecznie przykuło moją uwagę to demot o kocie.

Ostatecznie można by uznać, że to moje ubóstwo intelektualne, ale wiadomo że to nie jest prawda. Dziennikarze lubują się w makabreskach, a redaktorzy portali w nagłówkach nie do ogarnięcia. Są chlubne wyjątki wśród dziennikarzy, są wolontariusze, którzy wzięli na siebie trud oddzielania ziarna od plew, ale coraz częściej wybranie czegoś ciekawego i nie zacietrzewionego jest bardziej szukaniem igły w stogu siana.

Nie zamknęłam się w świecie pracy i prywatności na tyle, by sama tego nie dostrzegać tej separacji od świata na zewnątrz. Ale chwilowo bardziej niż (zerknijmy na newsy z Onetu) relacja z aborcji na żywo, interesuje mnie to, że śledzimy z dziennikarzem muzycznym online wysiadywanie jaj przez orły bieliki z Kutna i bociany z Ustronia.

I mierzi mnie, mierzi jak jasna cholera ta niekonsekwencja, że oglądamy ptactwo dzikie przez internet, a prawdziwe gołębie z parapetu przeganiamy.

piątek, 20 kwietnia 2012

Nie pamiętam dokładnej daty, ale pewnie było to rok temu. Podczas wizyty u babci J. postanowiłam wyrwać siebie i ją ze schematu: powitanie - obiad - czerwona herbata - przegląd, czy w mieszkaniu babci wszystko gra - dyskusja o wydarzeniach politycznych, przekazanie przez babcię Tygodników Powszechnych i Polityk z miesiąca, obejmujące wskazanie i drobiazgowe omówienie najciekawszych artykułów - kawa - owoce - wspólne oglądanie telewizji - moje wyjście i babcine rozpaczliwe próby zatrzymania mnie jeszcze choćby na 10 minut. Wyrwanie ze schematu oznaczało wspólną wyprawę do księgarni, a najbliższymi są Empik i Bookarest w Starym Browarze. Słowo wyprawa pojawia się tu nieprzypadkowo, bo babcia wychodzi na coraz krótsze dystanse, a jednocześnie bardzo nie lubi sama ruszać się w miejsca, których nie zna.

Centra handlowe niby są dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych, ale to nie jest shopping dla starych ludzi. Serio, obie moje babcie urodzone pod koniec lat dwudziestych w Starym Browarze czują się źle. Kiedyś program LUZ prowadził akcję walka z trzema schodami. Na potrzeby seniorów to powinna być walka ze schodami ruchomymi - moje babcie mają kłopot z trafieniem w schodek, a ich błędniki podczas jazdy szaleją jak planety w piosence zespołu Maanam.

Zatem trzeba iść do windy. Niejeden młodzieniec przeklinał soczyście jadąc starobrowarową windą nie w tą stronę, którą sobie zaplanował, niejedna młoda dama cofała się gwałtownie, gdy odkrywała, że wysiadła nie na tym poziomie, na którym należało. Już nie mówiąc o tym, że jedno wciśnięcie obsługuje kilka wind, więc trzeba mieć niezły refleks, żeby złapać tę, która się akurat zatrzyma.

Dodajmy jeszcze do tego światła, dźwięk i przytłaczającą dla starszych osób przestrzeń - moje babcie nie czują się tam dobrze bez przewodnika. Aparat słuchowy babci J. zbiera wszystkie szmery i podczas takich wycieczek widzę w jej oczach oszołomienie, fascynację i jednak trochę strach. Ciekawi mnie czasami, czy jak już wszyscy będziemy starzy, to czy taka przestrzeń publiczna będzie nadal tak nieprzyjazna dla staruszek i staruszków, czy może jednak przyciski w windach będą większe, oznaczenia bardziej czytelne, a sprzedawcy będą mówili głośno, wyraźnie i komunikatywnie. Czy może będziemy robić zakupy wyłącznie przez internet na swoich (nomen omen) oldskulowych Ipadach.

Tak więc poszłyśmy do Starego Browaru we dwie, głównie gonione chęcią nabycia książki pt. Buntownicy, ale jak już tam byłyśmy, to babcia zapytała, czy jest tu jakaś drogeria, powiedziałam, że owszem jest i wówczas powzięłam zaskakującą informację, że babci robią się zmarszczki i że musi sobie kupić krem z kwasem hialuronowym. W Superpharmie i Empiku byłam wnuczką - superbohaterką, ale w Bookarescie, który jest jednak mniejszy i dla starszej osoby łatwiejszy w obsłudze, puściłam babcię na żywioł. Pech chciał, że pozycja poszukiwana przez babcię miała nietypowy tytuł, babcia oszołomiona otoczeniem słyszała gorzej niż zwykle, a sprzedawca kompletnie babci niedosłyszenia nie przyjmował do wiadomości. Zresztą sam nie słyszał najlepiej.

- Szukam takiej książki... Autor nazywa się Łoziński. Mikołaj Łoziński.

- Wodziński?

- Słucham?

Sprzedawca mamrocząc:

- Nazwisko autora, bo chyba nie dosłyszałem.

- Mikołaj Łoziński. Książka.

- Jak nazwisko? Bo Wodzińskiego nie mam w komputerze.

- Jak w komputerze? Czy tu w księgarni pan ma? Książka.

- To może pani tytuł poda?

- Książka.

- Proszę podać tytuł, bo inaczej nie znajdę.

Babcia była dzielna i uparta. Ze zdenerwowania chyba nie słyszała już zupełnie nic, ale uparcie powtarzała:

- Mikołaj Łoziński. Książka.

A sprzedawca dalej szukał Wodzińskiego, a z tremy, irytacji i autentycznej bezradności zaczęły mu się trząść ręce i spociła się górna warga. Gdyby nie to, że udręka była udziałem także babci, bezlitośnie patrzyłabym na jego męczarnie. Podeszłam do niego i tubalnie poinformowałam:

- Babcia pyta o książkę. Autor Mikołaj Łoziński. Ł jak Łucja, O jak Olga, Z jak Zenon. Iński. Tytuł tej książki to Książka. K jak Katarzyna, S jak Stefan, I jak Irena. Ążka.

Klik, Klik.

- Nie mamy. Wczoraj sprzedał się ostatni egzemplarz.

Kupiłam ją w Krakowie tydzień później jako prezent na 83- cie urodziny i przeczytałam w tę Wielkanoc.

 

A kiedy skończyłem pisać całość, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę książka też stanie się przedmiotem rodzinnym - takim jak te, które w niej opisuję. I dlatego nazwałem ją "Książka". 

wtorek, 27 marca 2012

Są tacy ludzie, z którymi połączy człowieka nić sympatii oparta na czymś całkiem ulotnym. Miałam w życiu kilka takich matchy (wybaczcie, pracuję w korpo), kiedy kogoś polubiłam tak zupełnie bez powodu, po zamienieniu słowa albo wręcz po chwili wspólnego milczenia. Nigdy nie wiem, jak to się dzieje ani co jest decydujące - tembr głosu, powierzchowność czy użyte mimochodem wyrażenie, które świadczy o wspólnych kodach i zainteresowaniach. Czasem zostaje z takich sytuacji przyjaźń na całe życie, czasem intensywne koleżeństwo na jakiś czas, a czasem dalsza znajomość, podtrzymywana dzięki lajkowaniu sobie statusów na fejsie.

Na tej zasadzie właśnie myślałam ostatnio o pewnej koleżance, z którą połączyła mnie sympatia oparta głównie na antypatii do ludzi - nie plotkarstwo czy jakieś tam babskie sojusze, tylko autentyczna niechęć do ludzkości. No, może jeszcze jedynactwo, próby zapobieżenia własnemu defetyzmowi przez zaangażowanie i kilka drobnych dziwactw, ale generalnie łączyło nas przekonanie, że humanitas vanitas i lubiłyśmy sobie czasem poopowiadać o swoim rozdrażnieniu i potrzebie kolektywnego indywidualizmu.

Dzisiaj zerknęłam sobie na jej profil, bo odkryłam, że zamiast zdjęcia zrobionego przeze mnie ma jakieś inne i z rozpędu przejrzałam informacje w sekcji "napisz coś o sobie", której sama nie uzupełniam, chyba, że liczyć to, że kiedyś w przypływie dobrego humoru napisałam "wysoka blondynka". Poza wszystkimi znanymi mi sformułowaniami, było jedno, którego nie zrozumiałam. Po przeczytaniu definicji zaczęłam się strasznie z siebie śmiać i przypomniałam sobie historię profesora Ibidema. 

We wrześniu na drugim roku studiów zdałam poprawkę z prawa karnego, przyszłam do domu po wieczorze spędzonym na nielegalnym spożywaniu piwa pod operą i stwierdziłam, że nie dam rady nauczyć się w cztery dni prawa cywilnego (ogólne i zobowiązania) a do wystąpienia o warunek brakuje mi sześciu punktów ECTS, czyli że muszę zaliczyć jakiś fakultet. Okazało się, że jest jeden przedmiot, którego wykładowca przyjmuje prace nawet jeżeli student nie był na żadnych zajęciach, a nawet dowiedział się o nich w połowie września. Podczas pisania pracy ze źródeł prawa międzynarodowego (a była to moja pierwsza praca pisemna na studiach, bo jak wiadomo studentom prawa umiejętność wyrażania myśli na piśmie w oparciu o źródła bądź fachową literaturę nie jest do niczego potrzebna) pojawił się pewien problem z przypisami i bibliografią. Ilekroć analizowałam tekst pochodzący z ogólniejszego opracowania, starałam się dojść do pierwotnego źródła informacji, a one często były czerpane z Ibidem. Ibidem nie pojawiał się w bibliografii, a w przypisach było go od diabła. I am getting frustrated, powiedziałabym sobie gdybym wówczas pracowała w korporacji, ale nie pracowałam, więc drążyłam dalej. Skoro profesora Ibidema nie ma, to może jest to jakaś ogólnie przyjęta nazwa leksykonu prawa międzynarodowego, pomyślałam i dałam nura w internetowy katalog Biblioteki Uniwersyteckiej. Niet. Moje problemy rozwiązał w końcu Kopaliński.

Aha, zapomniałabym.

Niezrozumiałym słowem w profilu koleżanki jest mizantrop.

wtorek, 20 marca 2012

Może kiedyś wyjdę z domu z ułożonymi włosami, makijażem, odziana w kostium od Deni Cler i szpilki od Manolo Blahnika, w dłoni z manicurem dzierżąc elegancki termokubek z własnoręcznie przygotowaną kawą. Na razie nadal tak się nie dzieje, bo rano przez mieszkanie przelatuję jak piorun kulisty, a takowe źle prezentują się w szpilkach. No i przebiegając przez Grzegórzecką mogłabym wylać kawę na siebie.

Dzisiaj dałam sobie szansę na 20 - minutowy poranek, czyli czas na zjedzenie musli, umycie zębów, uznanie, że z wczorajszego układania włosów nic nie zostało, włożenie zdjęcia dziennikarza muzycznego do portmonetki, wrzucenie do torebki komórki, jabłka i jogurtu naturalnego Activia, szczątkowy makijaż, założenie spodni, koszuli i żakietu, zmienienie koszuli na koszulkę i wreszcie konstatację, że jest już straszliwie późno i jak zwykle trzeba wybiec z domu.

Na tramwaj zdążyłam, na pociąg do pracy także. Gdy już rozsiadłam się wygodnie, wyjęłam jabłko i Politykę, dosiadł się kolega z pracy i nie wypadało udawać, że go nie widzę. Schowałam gazetę i uskutecznialiśmy sobie bezdennie nudnego small talka. Przyszły jednak dwa wybawienia.

Pierwszym był konduktor (wyobraźcie sobie, jak bardzo rozmowa musiała się kleić, skoro przyjście konduktora podgrzało atmosferę!). Gdy konduktor sobie poszedł i omówiliśmy, kto ma jaki bilet oraz czy da się dojeżdżać do pracy rowerem, nagle w wagonie pojawiły się dwie młode i bardzo ładne damy z koszykami. Podchodziły do mężczyzn i pytały "Jest pan może programistą?". Panowie, przynajmniej Ci w zasięgu mojego słuchu, zaprzeczali, a na to młode damy dźwięcznymi głosami mówiły "A to nie szkodzi. Może zainteresuje Pana nasza rekrutacja. Proszę, to lizaczek dla Pana."

I rozdawały lizaki, opakowane w kartonik, na kartoniku było logo firmy, która rekrutuje i ich strona www. Kolega, który także nie jest programistą, wziął lizaka i zaczął go konsumować. Rozmowa trochę się rozkręciła, bo analizowaliśmy skąd przyszły komuś do głowy tak nietypowe pomysły headhunterskie. I gdy kolega oznajmił mi, że w ciągu najbliższych dwóch miesięcy powstanie w Krakowie 6000 nowych miejsc pracy, wszystko stało się jasne. Wszystko, to znaczy, że naprawdę łatwo będzie tu znaleźć czy też zmienić pracę.

Oraz to, że te lizaki barwią język i usta na niebiesko.

poniedziałek, 05 marca 2012

Nie wierzę w reinkarnację, choć to ciekawa koncepcja i przy całej beznadziei pomysłu, że trzeba wszystkie złe rzeczy przeżywać na nowo, daje przynajmniej szansę na naprawienie błędów. Przerażająca jest natomiast wizja, że zapłacę za wszystkie niechcący zdeptane mrówki, ze złością zgniecione komary albo za tego ślimaka, którego w bardzo wczesnym dzieciństwie potraktowałam jako paletę malarską. Jeżeli reinkarnacja miałaby mi przynieść podobny los, to uprzejmie dziękuję. Ale jeżeli jest prawdą, że wszystko do człowieka wraca, to chcę, żeby zbiorczo wróciły do mnie rzeczy, które zgubiłam.

Nie wiem, czy gubię więcej niż przeciętny człowiek, czy po prostu dobra pamięć każe mi zapamiętywać wiele takich utrat, ale niektóre, nawet bardzo stare - bolą bardzo.

I tak: na ósme urodziny dostałam od koleżanki długopis z elektronicznym zegarkiem. Zgubiłam go w klasie następnego dnia i wpadłam potem w taką histerię, że cała klasa padła wraz ze mną na kolana celem (bezskutecznych) poszukiwań.

Albo góralski portfelik, z niewielką zawartością, pozostawiony na drugim piętrze w hallu w moim liceum. Zostawiłam go na początku przerwy i po kilku minutach go nie było.

I łańcuszek złoty, który kiedyś założyłam do szkoły, bo mi się ładnie komponował z czerwonym, sweterkiem. Powierzyłam go na czas wf opiece koleżanki, która nie ćwiczyła i zapomniałam się zgłosić do niej po zajęciach. Zrobiłam to dopiero po następnej lekcji, a ona powiedziała, że zostawiła go na parapecie w szatni. Rzecz jasna go tam nie było. Ta koleżanka to w ogóle była ciekawa osoba, taka raczej posiedzieć, niż postać, bo ciągle ładowała się w dziwne sytuacje, miała młodszego chłopaka, z którym z braku lokalu okazywali sobie miłość w piwnicy, a jej brat uciekł do Niemiec, bo ukrywał się przed mafią. Nie była za ładna a wysoka ani odrobinę, a na studiach zaczęła pracować jako fotomodelka i zarabiała na tym na tyle dobrze, że stać ją było na wynajęcie mieszkania z dużą ilością luster. Mam tylko nadzieję, że łańcuszek od babci się na  te zdjęcia nie załapał.

Stracone szaliki trudno zebrać, ale: łososiowy padł ofiarą wkładania do rękawa "żeby nie zgubić" i wypadł z tegoż rękawa, gdy w biegu wychodziłam z Empiku na Placu Wolności. Chwilę później spotkałam uroczego kolegę, który wtedy jeszcze nie był w Chinach, na Islandii, w Gwatemali, Hiszpanii, na Kubie ni w RPA, tylko wracał wzburzony z Muzeum Martyrologicznego w Żabikowie i opowiedział mi, że ekspozycja jest żenująco słaba. Czarny szalik zaginął podobnie (rękaw!) w Brovarii, kiedy byłam na baaardzo nieudanej randce, którą chętnie bym włożyła w scenariusz komedii romantycznej, takiej raczej do śmiania się niż do romantyzmu. I był jeszcze taki szalik wełniany, w krateczkę, popielaty i nadzwyczaj elegancki, który został w autobusie do Ciechocinka, gdzie z babcią J. i ojcem odwiedzaliśmy ciocię Danusię i jej chłopaka Icchaka. Dzwoniłam nawet do przewoźnika, ale szalik gwizdnął pewnie już jakiś Maxi Kaz. Dostałam wtedy w prezencie od cioci dwa polary i jadłam ciasto miodowo - orzechowe. W maju ubiegłego roku, gdy czekałam na odpowiedzi w sprawie korpoprac, poszłam z koleżanką na kawę i plotki - wtedy gdzieś na krakowskim rynku przepadł szal czerwono - różowy, opalizujący. Mam nadzieję, że komuś dobrze służy.

Prezenty od ojca to osobna kategoria. Nie wiem, jak można zgubić Biblię Tysiąclecia, z dedykacją, otrzymaną na komunię. Dedykacja i sakralne okoliczności są tu nieistotne, ale to jest bardzo solidny Buch. Przeszukałam wszystkie mieszkania, w których w międzyczasie udało mi się zagnieździć, a Biblii od roku, jak nie było tak nie ma.

Pióro Waterman. Niebieskie, bardzo eleganckie, prezent na supersłodkie 17- naste urodziny. Podczas organizacji dnia szkocko - irlandzkiego pozostawione na chwilę bez nadzoru w auli szkolnej. No i te kolczyki, które dostałam w prezencie jak zdałam cywila dwójkę. Poszliśmy wtedy z ojcem do Starego Browaru i nogi same zaprowadziły nas do Kruka. Kupiliśmy wtedy srebrne kolczyki, w kształcie prostokątów, z cyrkoniami. Zakładałam je potem na każdy egzamin i ubierając się przed obroną pracy magisterskiej w panice zaczęłam ich szukać. Nie było w szkatułce z cepelii, ani w puszcze po ciastkach, ani na szafce, ani w odkurzaczu i na ostatnim na studiach egzaminie musiałam poradzić sobie sama. Zaginione kolczyki to jeszcze brązowe bursztyny oraz jeden od pary.

Do strat bardzo bolesnych należy zaliczyć także chusteczkę z monogramem, która tkwiła w kieszeni granatowej marynarki, która to marynarka z nieporóżnionymi kieszeniami wylądowała w kontenerze PCK i bilet na koncert w operze, który zdobyła dla mnie mama, a który wylądował w książce do muzyki. Książka do muzyki została w klasie, a ja przed wyjściem na koncert zorientowałam się, że raczej nic z tego. Odwiedziono mnie na szczęście od pomysłu włamywania się do szkoły.

Trudno zliczyć długopisy, rękawiczki, czapki, klucze, słuchawki do walkmana/ telefonu (ostatnie chyba pojechały autobusem do Koszalina). Rzadko natomiast gubię książki. Jedyne co przychodzi mi do głowy to Listy do Olgi pozostawione w kawiarni w Lesku. No i nie wiem, gdzie jest mój Mistrz i Małgorzata, ale rzeczy zagubione i takie, które nie wiem, gdzie są, to odmienne kategorie.

Najbardziej w tej reinkarnacji boję się tego, że jak wrócę na ten świat kiedyś jako bezkręgowiec, to znajdę te wszystkie rzeczy, a one na nic mi się nie przydadzą.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Podróżowanie między Krakowem a Poznaniem jest nadzwyczaj niekorzystne. Póki nie wystartuje Oltekspress, do wyboru mam PKP (czasochłonne - nawet do 9,5 h!, ale niedrogie), PKS (mniej czasochłonne niż PKP ale nie ma miejsca na nogi i błogosławię wówczas swój nikczemny wzrost, natomiast niestety siedzący za mną na ogół wbijają swoje kolana w moje nerki), samochód (drogo i nie krócej niż 5 godzin a i to w oczekiwaniu na pocztówkę od drogówki) no i 3 razy w tygodniu samolot (bardzo drogo, a z przesiadką w Warszawie niewiele krócej niż autobus). Żeby nie męczyć się dodatkowo tym pielgrzymowaniem, ograniczam bagaż do minimum, do Poznania jadę z torebką, z Poznania wracam z torebką i wałówką. Wczoraj na wałówkę składały się: pieczony łosoś, wędzony łosoś, dwie puszki sardynek, kiełbasa biała, podwawelska i gospodarza, puszka pomidorów, szynka szwarcwaldzka, ser żółty i sama nie wiem co jeszcze. Wszystko zapakowane w dwie reklamówki o umieszczone na półce na bagaż.

Wczoraj wracałam pociągiem korzystając z sympatycznej trasy przez wymarłą Łódź i umilałam sobie czas - a to lekturą prasy, przeglądaniem facebooka, sms - ami, rozmowami telefonicznymi, a to bawieniem się nawigacją w komórce, a to podglądaniem co czytają współpasażerowie. Na przykład dziewczyna siedząca naprzeciwko mnie, która nie była zbyt ładna, ale miała miły głos, cały czas było jej zimno (a takim ludziom dajemy kredyt zaufania), a jej nogi, gdyby siedziała przede mną w autobusie wbiłyby mi się nie tylko w nerki, a i w wątrobę, czytała jakąś sztukę bądź scenariusz, która zaczynała się od słów "Kurewsko boli" wypowiedzianych przez bohatera imieniem Łukasz. Dalej nie wypadało podczytywać, zresztą współpasażerka szybko zwinęła papiery i zadzwoniła do brata informując go, że w piątek cała ich rodzina zjeżdża się do Katowic, bo ciocia Gosia wyprawia urodziny ojcu, a w sobotę są imieniny cioci Gosi i rodzina pyta co chcą jeść. Kurewsko obolały Łukasz przykuł na chwilę moją wyobraźnię, bo zaczęłam się zastanawiać, jaka książka czy sztuka mogłaby się od tych mocnych słów zaczynać. O porodzie i macierzyństwie. O narkomanach. Odcinek Californication, którego akcja zaczyna się w salonie Marcy. Scena wieczorna poimprezowa - bohaterka właśnie zdjęła szpilki.

Potem wróciłam do lektury, sporo było w ostatnich Politykach i Tygodnikach Powszechnych o Szymborskiej, a mnie najbardziej zainspirował wywiad z Mikołajem Łozińskim, a zwłaszcza zawarta w nim porada, by się za bardzo nie przejmować, kiedy się gra w szachy, zamiast pisać. No i gdy tak sobie jechałam zaczytana i zanurzona w literaturze wszelakiej, nagle na głowę spadła mi puszka sardynek.

Bolało. Bardzo.

czwartek, 02 lutego 2012

W nowej pracy mam stołówkę i zniżkę za za okazaniem identyfikatora. Kilka dni temu kupowałam sałatkę i podeszłam do kasy pochłonięta myśleniem o życiu i zapomniałam okazać. Pani, która stała na kasie naliczyła mi zniżkę, więc się do niej uśmiechnęłam i mówię:

- Dziękuję bardzo! Zapomniałam powiedzieć skąd jestem, a pani dała mi upust.

Na co kasjerka grobowo:

- Nie trzeba mówić. To widać.

Po czym próbując ocieplić przekaz z cieniem uśmiechu:

- Są rzeczy, proszę panią, których nie da się ukryć.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi