Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS
czwartek, 13 września 2012

Zanim przejdę do zaległej opowieści o kuflach, muszę nadmienić, że jestem raczej człowiekiem odpuszczającym. Oczywiście do czasu, bo jak mi się już na kogoś złość porządnie nazbiera, to wylewam całe jej wiadro i tyle ze znajomości, przyjaźni bądź pracy. Różnych drobnych nadużyć, które z wygody albo pośpiechu ludzie mi wyrządzają, raczej nie koryguję na bieżąco, bo albo nie chcę się konfrontować albo nie chcę okazać się małostkowa. Tym samym w knajpach, w kontakcie z Orange, w sklepach, urzędach i innych tego typu sytuacjach na ogół nie rozpycham się łokciami i nie domagam się sprawiedliwości – po prostu tam, gdzie nie potraktowano mnie dobrze się już nie pojawiam, przez co złość nie zdąży się skumulować a ja nie wybucham.

Powoli jednak to się zmienia, po pierwsze dlatego, że zarówno moja Mama, jak i dziennikarz muzyczny raczej sobie w kaszę nadmuchać nie dadzą, a w otoczeniu pieniaczy nie można być tą drżącą na wietrze brzozą, po drugie mam w pamięci historię z kuflami.

W czasie EURO zostaliśmy zaproszeni do knajpy na mecz Polska – Rosja. W ogródku, w którym siedzieliśmy było ponadstandardowo dużo gości, lało się piwo, kipiała duma narodowa, a podpite kibicki entuzjastycznie piszczały. Gospodarz naszego stołu zamówił dzbanki piw i kufle dla wszystkich. Po chwili kelnerka przyniosła dzbanki oraz komplet plastikowych kubków do piwa. Gospodarz stołu spojrzał na plastiki z pogardą (a lata managerskiego doświadczenia sprawiły, że danie wyrazu pogardzie przyszło mu z łatwością) i zapytał czy nie ma kufli.  

- Kuchnia nie wyrabia się z myciem – odparła wymijająco kelnerka.

- Ale mają państwo kufle?

- Nie wiem.

- To proszę iść do kuchni i przynieść kufle – powiedział nasz gospodarz spokojnie i w nie znoszący sprzeciwu sposób. Kelnerka podreptała chwilę w miejscu, próbowała coś negocjować, ale on tylko powtórzył, że prosi o przyniesienie kufli i zabranie plastików. Po chwili wszystko było już zgodnie z jego życzeniem (poza wynikiem  meczu).

Powtarzaliśmy sobie potem z dziennikarzem muzycznym tę historię kilka razy. Nie zwróciłabym nawet uwagi, że przyniesiono mi plastik i do głowy by mi nie przyszło, żeby się o to spierać. A tu działają proste, niekoniecznie świadome, mechanizmy – oczekujesz, że dostaniesz to co najlepsze i wtedy masz szansę to dostać. Ktoś widzi, że może dać ci plastikowy kubek do piwa, to za chwilę przyniesie też plastikowe sztućce. Jeżeli godzisz się w pracy na siedzenie na gorszym fotelu, to IT instynktownie wyczuje cię jako osobę, której można przydzielić trefny komputer.

Na kuflowej fali przypomniałam sobie, że podejrzanie długo nie dostajemy od TESCO kuponów, które powinny nam przysługiwać w związku z faktem, że jesteśmy posiadaczami karty lojalnościowej tej prestiżowej sieci supermarketów. Zadzwoniłam tam w lipcu i dowiedziałam się, że mają w systemie mój zły adres. Z nieznanych mi przyczyn konsultantka nie mogła zmienić tego adresu od razu, tylko poprosiła o telefon pod koniec  sierpnia. Zadzwoniłam, zaktualizowałam adres i poinformowano mnie, że bony rabatowe będą wysłane na początku września. Ucieszyłam się, że zadbałam o interesy naszego gospodarstwa domowego i zabezpieczając w ten sposób wikt dziennikarzowi muzycznemu wyjechałam na miesięczną delegację. Bony przyszły w poniedziałek, opiewają na kwotę 4,5 PLN.

 



wtorek, 17 lipca 2012

Najpierw moje.

Mam w pracy kolegę, który ma imię bardzo podobne do mojego. Jego mianownik i mój wołacz (w formie, w jakiej niemal nikt się do mnie nie zwraca) brzmią identycznie, co czasem prowadzi do nieporozumień.

Jeden z naszych współpracowników rzucił dzisiaj w przestrzeń pytanie o losy pewnego zagadnienia. Pytanie zaczął od wzmiankowanego imienia i zamarł w oczekiwaniu na odpowiedź.

- Pytasz w wołaczu czy w mianowniku? - zapytałam jak zawsze niezawodna.

Kolega otrząsnął się.

- Ciebie pytam.

 

A teraz cudze, kradzione.

Mój kolega pracuje na uniwersytecie przymiotnikowym. Jeden z profesorów nazywa się Mats. Kilka dni temu do sekretariatu katedry zadzwoniła studentka w sprawie obrony pracy magisterskiej.

- Dzień Dobry, czy mogę rozmawiać z profesorem Mats?

- Ale Mats się deklinuje - panie z sekretariatów katedr też potrafią być niezawodne.

- A to przepraszam. Zadzwonię później - powiedziała studentka i odłożyła słuchawkę.

Ciekawe co sobie pomyślała.

czwartek, 12 lipca 2012

(bo kobieta, zanim się wypowie, musi się podeprzeć jakimś autorytetem)

Milion lat temu czytałam w gazecie wywiad z Zuzą Ziomecką. Ówczesna naczelna Activista powiedziała tam, że uwielbia jeździć taksówkami i gdyby miała sobie kupić samochód, to chciałaby, by był on taksówką.

Ja też uwielbiam jeździć taksówkami. Może to jakaś skaza przekazana genetycznie przez babcię J., która nawet w czasach swej rześkiej młodości, które były zarazem czasami komuny, w których o taksówkę nie było łatwo, zawsze się nimi rozbijała - a to dosiadając się do kogoś, a to jakimś sposobem przepychając na czoło kolejki. Gdy spacerowałam z nią po Poznaniu jako dziecko, zawsze prędzej czy później zaczynałam narzekać na bolące nogi, szłyśmy na postój, gdzie babcia demonstrowała pełną godności postawę staruszki - inwalidki, a ja obolałej sierotki, co skutkowało szybkim złapaniem wozu. Poza tym moja mama nie miała przez większość życia samochodu, a że zdarza się jej zaspać do pracy, to taksówki, zwłaszcza odkąd są na telefon, stanowią element codzienności.

Od kiedy prowadzę gospodarstwo domowe, w którym jest szara fiesta, taksówkami jeżdżę dużo rzadziej, najczęściej zdarza się to w Poznaniu, a w Krakowie maksymalnie raz w miesiącu i to raczej w nerwowych okolicznościach. 

We wrześniu mieszkałam przez tydzień w innej dzielnicy Krakowa, w mieszkaniu dwóch postaci literackich, które kiedyś zaprosiły mnie i dziennikarza muzycznego na szczaw. Gdy tam mieszkałam, wsiadałam do pociągu na stacji Łobzów i pewnego dnia zaczytana w Good night, Dżerzi ucieszyłam się mimochodem, że przyjechał taki ładny szynobus, zamiast tego rzęcha co zwykle i równym mimochodem do niego wsiadłam. Po pięciu minutach zorientowałam się, że szynobus jest przyjemną twarzą PKP przeznaczoną dla jadących na Balice Airport. Gott sei dank, że nie sprawdzali biletów, bo bilet strefowy nie wiedzieć czemu na tej trasie nie obowiązuje. Gdy już wysiadałam koło erportu, sprawa dostania się do pracy stała się nagląca. Postanowiłam, że udam się tam piechotą, bo według moich obliczeń to powinno być około kilometra. Po 10 minutach marszu w szpilkach wzdłuż pobocza uznałam, że pomysł jest szalony i trzeba jednak pojechać do pracy taryfą. Ale skąd ją wziąć? Zamówić na adres droga/korek/okolice lotniska? Bez sensu. Więc wróciłam jak niepyszna te paręset metrów, które uprzednio przeszłam, dotarłam do samego portu lotniczego i tam wsiadałam do taksówki. 70 złotych, 2/3 dniówki.

Wracając do współczesności - w ubiegły wtorek bardzo mi zależało na punktualnym przyjściu do pracy, ponieważ przede wszystkim zależało mi na punktualnym z niej wyjściu, gdyż jechaliśmy do Poznania na Faith No More, a po drodze miało nas spotkać dużo przygód, z burzą gradową na czele. Otaczając troską myśl, że wyjdę z pracy o 16.00, zaklęłam soczyście muskając palcami odjeżdżający tramwaj numer 50. Z kolejnego wysiadłam równo z odjazdem pociągu, więc zamówiłam przewóz osób marki Ikar. Pan taksówkarz był dość gadatliwy i opowiadał mi o życiu. Że ma 27 lat i żonę, która pracuje w domu starców. Dwoje dzieci ma. A wakacji nie ma. Ponieważ wakacje to aktualnie temat palący, a nawet punkt zapalny, to kontynuowałam temat i dowiedziałam się, że pan nie był na wakacjach od czterech lat. Bo buduje dom. W związku z tym pracuje przez 10 dni z rzędu, 5 na taksówce, potem 2 w tartaku i potem znowu 3 na taksówce, po czym następuje dzień wolny, bo przecież ktoś kiedyś musi ten dom wykończyć. Pan się zawziął, i póki chata nie będzie wymuskana na wakacje nie pojedzie. Pytałam go trochę o ten dom, wielkiego z żoną nie chcieli, bo kto by to ogrzał i sprzątał, ludzie u niego w miejscowości sobie wielkie chaty stawiają, po trzysta metrów, na co to komu. Oni wybrali mały domek z katalogu, metrów 200. Przyjęłam to wszystko z godnością i już ciesząc się na Schadenfreude zapytałam taksówkarza, ile ma kredytu. A on mi na to, że mieli z żoną mieszkanie po dziadkach, to sprzedali za 100 tysięcy, no ale na całość nie wystarczyło, więc niestety musieli ten kredyt wziąć. 20 tysięcy, bo pan więcej nie chciał. I dostałam rachunek - 31 złotych, 1/6dniówki.

W Poznaniu, po koncercie FNM poszliśmy jeszcze na spacer, odetchnąć i poprzeżywać. Ja już dygotałam z zimna, ale dziennikarz muzyczny odparowywał emocje maszerując półnagi (w sensie bez koszulki) wzdłuż Jeziora Maltańskiego. Pokazałam mu jeszcze Śródkę, Most Jordana z Recyclingu oraz Katedrę, Ostrów Tumski i pomnik brzydkiego prawdziwego papieża (to znaczy zawsze wydawało mi się, że jest brzydki, ale po nich widziałam tysiące brzydszych) i tam zamówiliśmy taksówkę. Po piętnastu minutach przyjechała kobieta jak z Almodowara, tyle, że blondynka. Wsiedliśmy w wyśmienitych nastrojach, ale na wstępie zostaliśmy zbesztani, że zamawiamy taksówkę w złe miejsce. Pani miała obawy, że ktoś ją wykiwa, no bo kto w środku nocy stoi pod Katedrą. No i co to ma być w ogóle, że wołamy taksówkę i centrala ją ściąga aż z centrum. Przy Placu Bernardyńskim pani udobruchała się na tyle, że zapytała nas, czy i na jakim byliśmy koncercie. Nazwa zespołu jej nic nie mówiła, także nasze popisy wokalne (śpiewaliśmy Easy) nie przybliżyły jej twórczości artystów. Zamiast rozwodzić się nad sztuką, pani przeszła do konkretów. Zapytała, po ile były bilety. Dziennikarz muzyczny podał kwotę i w ramach anegdotki dodał, że przyjechaliśmy z Krakowa.

- 180 złotych?! Ja bym sobie buty porządne za to kupiła. No nie, no nie - gderała wiercąc się w fotelu - Ja bym za taki koncert nawet 50 złotych nie zapłaciła! Pewnie było dużo ludzi?

Przytaknęliśmy.

- To pewnie nic nie było widać - powiedziała ucieszona.

- Nie no, było. Staliśmy pod sceną. Zresztą były telebimy.

- To ja bym obejrzała w telewizji.

- W telewizji nie było.

Mieliśmy odpowiedź na każde jej pytanie, a to wyraźnie jej nie odpowiadało.

- Młodzi to teraz mają łatwe życie! Wy to pewnie dzieci nie macie? - powiedziała ze znawstwem i przyganą - Jakbyście mieli, to byście tak lekko pieniędzy nie wydawali. 

- Nie mamy. Ale póki nie mamy, to przecież możemy sobie pozwolić...

- Kryzys jest! Trzeba oszczędzać! - huknęła taksówkarka wjeżdżając w Rolną, a na miejscu wystawiła nam rachunek. 18,50.

Czy muszę dodawać, że obraziła się gdy daliśmy jej 50 złotych? Bo z czego ona ma wydać! Ludzie naprawdę nie myślą.

Następnego dnia zasiedzieliśmy się trochę z koleżankami w Piece of Cake i na umówione spotkanie z babcią J. musieliśmy pojechać taksówką. Ewa odprowadziła nas na Plac Kolegiacki, a w końcu wzięliśmy taryfę z postoju na Szkolnej. Ten pan taksówkarz był milczący i werbalnie nie udzielił nam żadnej lekcji, ale za kurs na Wierzbięcice skasował 18,50. Zdziwiłam się, ale nie dałam tego po sobie poznać, ani też nie wzięłam paragonu. Oszukani i zdezorientowani wysiedliśmy z taryfy i obiecaliśmy sobie, że nie będziemy więcej zapominać o historii z kuflami, o której w następnym odcinku.

poniedziałek, 09 lipca 2012

Nie wierzyłam, że burze mogą zniszczyć człowiekowi samochód lub dom i ilekroć widziałam w mediach zrozpaczonych ludzi pokazujących wybite szyby czy połamaną dachówkę byłam skłonna uznać, że przesadzają. Deszczyk popada, czasem też trochę grad, wietrzyk powieje, może to wszystko zboże położyć, ale nic ponadto.

We wtorek jechaliśmy do Poznania na Koncert Faith No More i postanowiliśmy zboczyć trochę z trasy, żeby wykąpać się w Turawie. Gdzieś na wyjeździe z Dolnego Śląska zaczęło się zbierać na burzę, czego emanacją była atmosfera w samochodzie - najpierw awantura, potem cisza po burzy i przed burzą jednocześnie. Już w Opolskiem bowiem, nagle i zupełnie bez uprzedzenia, w kierunku nie wzbudzającej podejrzeń fiesty ktoś rozpoczął ostrzał z karabinu maszynowego. Dopiero po otrząśnięciu się z pierwszego oszołomienia dostrzegliśmy z dziennikarzem muzycznym, że to nie kule talibów cudem odbijają się od maski auta, a lodowe kuleczki wielkości piłeczek pingpongowych, które to porównanie stosuję tylko po to, żeby nikt nie zarzucił mi przesady, bo tak naprawdę były one wielkości jajek kurzych.

Łomotały bezlitośnie, robiąc dużo hałasu, ja w lekkiej panice pomyślałam, że takie coś powinno być penalizowane, a co najmniej zabronione, zaś dziennikarz muzyczny szukał daszku albo drzewa, gdzie można byłoby nasze autko osłonić przed bombardowaniem. Udało się znaleźć jakiś krzak, niestety odrobinę za późno - przednia szyba trafiona niebiańskim pociskiem pękła i uformowała się w malowniczą pajęczynkę o średnicy 20 cm.

Gdy gradobicie ustało, wyszliśmy z wozu ocenić straty - maska jest cała w dołkach i wgłębieniach, ale z tym da się jeździć, a szybę niestety trzeba było wymienić. Nie wiedziałam, ile to kosztuje i oczyma wyobraźni widziałam już rozpływające się niczym kuleczki gradu beżowe szpilki z Venezii i granatową sukienkę ze Stradivariusa, której i tak nie kupię bo jest cala z poliestru, ale na szczęście po obdzwonieniu samochodowych szklarzy w Poznaniu okazało się, że nie jesteśmy zrujnowani. Panowie na Grobli 7 wyczyścili nam nawet dywaniki w autku.

Ostatecznie przygoda nie skończyła się tak źle, jak na Mazurach czy w innych częściach Śląska, gdzie ludziom grad poniszczył dachy i podziurawił karoserię. Teraz wierzę, że to jest naprawdę możliwe! Zastanawia mnie co robić, gdy taka burza dorwie człowieka na płaskim  terenie, gdzie nie ma schronienia. Biec i szukać ukrycia? Stać w miejscu? Jeżeli takie zjawiska mają się powtarzać (a mają!) to fajnie byłoby się dowiedzieć jak zachować się w takiej sytuacji bezpiecznie. Uprzejmie dziękuję za oberwanie takim czymś w nos albo w nerkę.

Ale za to na Faith No More pogoda była idealna.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

W ramach solidaryzowania się z narodem ukraińskim posprzątałam łazienkę oraz odkurzyłam i pomyłam podłogi. To bardziej konstruktywny sposób złoszczenia się na czyjąś głupotę, niż dołączenie do kilku nowych grup na Facebooku. Ideologiczno - publicystyczny lans na fejsie przestał mnie bawić, jedyne do ma w tym  wartość o ewentualne gorączkowe dyskusje, ale te są generalnie zamienione na znacznik lubię to lub deklarację, że się nie lubi.

W sprawie naśmiewania się z mniejszości jestem sztywniarą i to wojowniczą. Nie lubię South Parku, nie opowiadam żartów o czarnych, nie nazywam Hindusów ciapatymi, odkrycie że w Warszawie słowa Ukrainka i sprzątaczka to synonimy mną wstrząsnęło, a Borat, Wojewódzki i Figurski mnie nie kręcą.

Wolność słowa cenię i kultywuję, wymądrzając się gdzie popadnie, co nie jest mi wynagradzane. Poza wolnością słowa cenię także dobry smak i jestem przekonana, że na wzajemnym braku szacunku daleko nie zajedziemy.

Niezależnie od tej konkretnej sytuacji wiele razy dyskutuję na temat granicy poprawności politycznej, wolności słowa, tego co wolno a czego nie wolno mówić publicznie o innych ludziach.  Z wyśmiewaniem mniejszości jest podobnie jak z molestowaniem seksualnym - to w dużej mierze od wrażliwości potencjalnej ofiary zależy, czy dane słowa są jeszcze żartem czy już ranią. I nijak nie da się tego uregulować przepisami, a raczej taktem i dobrym wychowaniem, ale o tym dawno nikt nie mówił, ani nie słyszał.

South Park bądź Poranny WF są konwencją - wulgarną, komercyjną, nie znającą świętości satyrą - byłoby cudownie, gdyby takie programy istniały jako pomniki wolności słowa i wentyle dla osób, które takiego rodzaju żartu potrzebują, by się dobrze bawić, a najlepiej śmiać z samych siebie. Jednak w schamiałych czasach to co powinno płynąć bokiem, rynsztokiem, płynie głównym nurtem.

Wojewódzki i Figurski inteligentnie wyczuli potrzebę rynku i zarabiają solidną kasę, w czasie gdy ci, z których się ostatnio śmiali szorują u nich w domu na kolanach podłogi. Ostatecznie to, że Ukrainki sprzątające ich apartamenty dostają pieniądze zarobione na nabijaniu się z nich jest też żartem inteligentnym. Ale odkładając na ten sam bok gdzie rynsztok wyrafinowane konstrukcje, warto przypomnieć, że takimi wystąpieniami w najlepszym przypadku stępiają wrażliwość.

Wojewódzki wygrywa rankingi na autorytet nastolatków - z jednej strony dobrze, że nie jest ofiarą tych rankingów, a z drugiej - oni będą się na nim wzorować i naprawdę nie dostrzegą w jego słowach ironii, naśmiewania się z ksenofobii Polaków i innych cudzysłowów. Przejmą tę postawę i twórczo rozwiną.

sobota, 09 czerwca 2012

W pracy okazało się, że jest spontaniczna, wygenerowana przez HR, potrzeba, żeby poszczególne teamy kibicowały różnym drużynom. Mój team kibicuje Anglii i nawet biurko Francuza będzie musiało być stosownie przystrojone. Ja zamierzam przykleić sobie przy monitorze zdjęcie Kate Middelton albo jej siostry Pippy, żeby sobie na te zdjęcia popatrzeć kiedy znowu najdzie mnie ochota na słodycze. Ale nie jestem pewna, czy o to chodzi.

Poza tym mnóstwo ludzi założyło dzisiaj koszulki z orłami, z patriotycznymi napisami i generalnie panował nastrój pełnego ekscytacji oczekiwania na mecz. Podobnie było, gdy szłam z dworca pod Halę Targową w dźwiękach wuwuzeli - mijałam tabuny młodzieży starszej i młodszej owiniętej flagami, z Ojczyzną na piersi i ustach. Zastanowiło mnie, czy wszyscy Ci ludzie wieszają flagi 1 - 3 maja, 15 sierpnia i 11 listopada, o 27 grudnia nie wspomniawszy. Jestem zgredem, a nawet genderową zgredką, ale flaga to nie jest emblemat kibicowski, nie przede wszystkim. 

Mecz oczywiście obejrzałam, jedząc czereśnie, naleśniki z Baru Targowego,  sałatkę i frytki. Plan jest co najmniej taki, żeby oglądać mecze reprezentacji Polski, a mimo mojego sprzeciwu wobec przymusu kibicowania, pewnie także półfinały i finał. Moja kontrsugestywność powoduje ciągłe wyobcowanie - kiedy moje koleżanki ostentacyjnie wywracały oczami na wieść o piłce nożnej i meczy nie oglądały w obawie, że im się falbanki pogniotą, wtedy ja równie ostentacyjnie śledziłam polską ligę i rozgrywki międzynarodowe. Teraz, kiedy na bycie zajebistą laską składa się między innymi ekscytacja futbolem, mam ochotę poprawić swoją kunsztownie ułożoną fryzurę swymi alabastrowymi dłońmi i być poza a zwłaszcza ponad.

Po meczu (kolejny oglądam we wtorek, choć wróżę drużynie Franza powodzenie jak Niemcom pod Stalingradem) weszłam na Facebooka i tam spotkałam się z całą gamą postaw kibicowskich. Od euforycznego zaangażowania i emocji, przez ironiczne komentarze o podmianie orłów w czasie przerwy, po ostentacyjne udawanie, że się nie wie o co chodzi.

Otóż mnie wszystkie te postawy są obce. Martwi mnie to, że Euro zdezorganizuje nam trochę życie, zdominuje ramówki telewizyjne i programy informacyjne. Jednak jeżeli zamiast oglądać telewizję przeczytam biografię Haliny Mikołajskiej to wyjdzie mi tylko na dobre. Jeżeli przenieść politykę do sfery faktów, to w kontekście Euro raczej powinniśmy się cieszyć z ukończonej A2. Jeżeli chodzi o mecz, to daleka jestem od postawy "wszyscy jesteśmy ekspertami". Przynajmniej były emocje, no i nie zawsze można oglądać tak budujące postawy, jak ta Szczęsnego, który z godnością i kamienną twarzą schodził z boiska.

Niezależnie o tego, że cała ta impreza nie jest moją bajką, ani moją estetyką, to się jednak dzieje. I warto popatrzeć, co to właściwie jest.

piątek, 08 czerwca 2012

6.24 Obudziłam się sześć minut przed budzikiem i uradowana tym faktem poszłam spać.

6.30 Obudziłam się z budzikiem. Ucieszona, że mam jeszcze 15 minut snu zasnęłam.

6.45 Dzwoni moja mama i pyta czy wstałam. Ależ oczywiście.

7.05 Budzę się wściekła, że znowu zafundowałam sobie poranek w biegu. A że złość człowieka wyczerpuje...

7.11 Teraz to już na pewno się spóźnię...

7.28 Pociąg pozwalający być w pracy z zaledwie półgodzinnym spóźnieniem odjeżdża za 40 minut, więc może jednak wstanę.

niedziela, 03 czerwca 2012

Naprawdę lubiłam kiedyś piłkę nożną. Grałam sobie w nią z kolegami w podstawówce, choć czasem za przedmiot kopania musiała nam wystarczać piłeczka tenisowa. Cieszyłam się bardzo, kiedy w Poznaniu były trzy pierwszoligowe zespoły. Byłam zżyta z myślą, że wszyscy kochają Lecha Poznań, z babcią L. oglądałyśmy sobie czasem mecze z równym zapałem jak jazdę figurową na lodzie. W tajemnicy przed  światem wyobrażałam sobie jakby to było, gdybym sama była takim wielkim piłkarzem, który ratuje drużynę przed klęską, a najlepiej bramkarzem, dzięki którego rajdowi przez całe boisko, najlepiej na jednej złamanej nodze, drużyna zdobywa zwycięskie punkty.

Zawsze obce mi były narzekania dziewczyn, że ich faceci tak szaleją za futbolem, a one takie biedne i zaniedbane. Chłopcy z którymi się spotykałam niekoniecznie za tym sportem przepadali, czego apoteozą była sytuacja sprzed półtora roku, kiedy dziennikarz muzyczny oglądał Top Model, a ja mecz Lecha z przemarzniętym Interem.  Ale też nigdy nie byłam wariatką oglądającą kilka meczy tygodniowo -  to faktycznie musi dezorganizować życie rodzinno - randkowe.

Tak naprawdę oczywiście nie jestem prawdziwym kibicem - ot, fajnie jest się spotkać ze znajomymi i razem powydawać bojowe okrzyki patrząc w telewizor i pijąc piwo. Sympatyzuję z Lechem, ale to raczej patriotyzm lokalny, niż fascynacja sportem. Tak po prawdzie, nie ma znaczenia, jaką drużynę się lubi, skoro piłkarze i trenerzy się zmieniają, a oprócz Legii Warszawa nie ma chyba w Polsce drużyn, które konsekwentnie prowadziłby swoich zawodników od młodzika po zawodowca. A jeżeli są, to owi zawodowcy i tak prędzej czy później zmienią barwy. Nie o sentymenty czy patriotyzmy tu chodzi, tylko o kasę i trudno kogokolwiek za to winić.

Ale skoro chodzi o kasę, to wszystko traci na romantyczności i emocji od razu mniej. Nie inaczej jest także z drużynami "narodowymi". Im bardziej społeczeństwa stają się społeczeństwami właśnie, a nie narodami, im bardziej ludzie migrują i im łatwiej zdobyć kolejne obywatelstwo, tym bardziej byt drużyn narodowych traci sens. A może wcale go nie miał, tylko wszystko opierało się na złych, pozasportowych, ksenofobicznych emocjach.

Kiedy pięć lat temu Michel Platini powiedział, że Polska dostanie Euro, siedziałam w samochodzie w deszczowym Zakopanem i w tymże samochodzie odtańczyłam taniec radości - że Polska, że Ukraina, szybkie koleje i niedziurawe drogi. Teraz, siedem przeprowadzek i sześć miejsc pracy później chciałabym mieć ten entuzjazm. Może faktycznie jesteśmy cztery nowoczesne stadiony do przodu i mamy duży postęp infrastrukturalny, ale daleko mi do poczucia radości z wielkiego święta. I nie chodzi o to, że te rozgrywki mogą się różnić od Ligi Mistrzów niższym poziomem, kondensacją walk na terenie dwóch państw i w ciągu miesiąca oraz tym, że zwolennicy jednego klubu koniecznie chcą kibicować dzierżąc w dłoniach sierpy i młoty. O nadmiar tej piłki wszędzie chodzi.

Nadchodzącym Euro wkurza mnie ta wszechkonieczność wpadnięcia w piłkoszał. Te reklamy wrzeszczące, cukierki i chrupki z motywem piłkarskim i Tomek Karolak, który bierze piłkę z każdej strony. Euroburger w McDonaldzie, kibicowskie gadżety w Lidlu, M&Msy w patriotycznych barwach i zestawy kibica. Większość tych pomysłów reklamowych jest najzwyczajniej brzydka. I jeszcze Fakty i Wiadomości, które relacjonują gdzie będą spały narzeczone piłkarzy, kogo boli kolano i że zawodnicy mają bana na media.

Piłki, bramki i biało-czerwone emblematy wdzierają się też do przestrzeni publicznej. W Galerii Krakowskiej koło Empiku zaaranżowano miniboisko z bramką, ale szczyt promocji Euro osiągnięto w męskiej toalecie (szczyt w męskiej toalecie?), gdzie w pisuarach zainstalowano bramki, z których zwisa piłka, ergo, jak napisał na FB kolega, można strzelać bramki trafiając strumieniem moczu w piłkę.

Eh, gdyby piarowiec Galerii Krakowskiej zwrócił się do mnie, podsunęłabym mu wiele twórczych rozwinięć tego pomysłu.

środa, 30 maja 2012

Dziennikarz muzyczny i ja jesteśmy trochę chorzy. Poza postępującą socjopatią dopadł nas wirus, przyniesiony przeze mnie prawdopodobnie z pracy. Pół floru kaszle, charczy i ignoruje wywieszone w łazienkach zasady zachowania procedur bezpieczeństwa przy kichaniu.

To swoje osłabienie trochę ignorowałam, zrzucając złe samopoczucie na chroniczne niedospanie i intensywny ostatnio tryb życia, ale gdy dzisiaj obudziłam się o 7.17, ubrałam się, zjadłam śniadanie w postaci szprotów w pomidorach i do wyjścia miałam jeszcze 10 minut, to poczułam, że nogi mam jak z waty i nie wyobrażam sobie, że mogłabym dobrnąć do dworca. Potem cały dzień kichałam, przysypiałam, a wieczorem pan doktor na moje zapewnienia, że "myślałam, że przejdzie" powiedział, że przejść owszem może, ale w zapalenie oskrzeli. Grzecznie przyjęłam el quatro i do końca tygodnia zamierzam być wzorową rekonwalescentką w oparach czosnku.

Siedzimy sobie zatem podziębieni z dziennikarzem muzycznym i smarkamy w papierowe ręczniki. Ręczniki przedstawiają historię Mistrzostw Europy w piłce nożnej.

Ja ostatnio załapałam się na finał z roku 1984 Hiszpania - Francja (Wikipedia mówi, że jeden z goli w tym meczu strzelił Michel Platini) , a dziennikarz muzyczny na mecz półfinałowy Anglia - Jugosławia (1968). Wyrzucając ręczniczek stwierdził z żalem, że Jugosławii już nie ma.

Przygotowujemy się do Euro.

wtorek, 15 maja 2012

Dawno temu były sobie lata 80-te, kryzys taki, że w całym Tesco tylko ocet. Z tej końcówki komuny pamiętam brak mięsa, moje ciągłe domaganie się wołowiny, pracowite wycinanie kartek na mięso przez mamę i babcię L. oraz moje zdziwienie, że oprócz tego, że w sklepie daje się kartkę trzeba też dać pieniądze. I jeszcze te kolejki wielogodzinne, które czasem musiałam zajmować i pilnować, zanim wróci ktoś dorosły, kto stał akurat w krótszym ogonku.

W tej właśnie atmosferze usłyszałam kiedyś rozmowę mamy z koleżanką. Koleżanka wzburzona opowiadała o dyrektorce jakiejś szkoły, która była okropna. Krzyczała na uczniów, poniewierała nauczycielami, była partyjna, niesympatyczna i nie znała się na kierowaniu szkołą. Nauczycielki masowo brały lewe el cztery albo po powrocie z pracy płakały całymi popołudniami. Jako kontrapunkt historii koleżanka powiedziała, że ta dyrektorka rzucała mięsem.

Pomyślałam wówczas, że mogłaby im to mięso jakoś dawać zapakowane, ale przecież nawet takie z podłogi umyje się i będzie git. Dorośli są naprawdę jacyś dziwni.

Tagi: mama mięso
00:00, tennesee
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi