Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS
środa, 25 marca 2009

Od dzisiaj biegam, od jutra Polish my English.

Przebiegłam dzisiaj półtora kilometra. Drogie Lejdis, w pełni identyfikuję się z Lucy, z tym, że przy bieganiu opisywany przez nią problem jest bardziej spektakularny.



Angielski wyszedł trochę z przymusu. Ja wiem, że nieznajomość współczesnej łaciny to taki sam nietakt jak dłubanie w nosie i bekanie, jest tak samo nieestetyczna jak wszędobylskie psie kupy i świadczy o inteligencji Joli Rutowicz. Postanowiłam zatem od jutra coś zrobić z tym językiem, żeby wyjść w końcu z tego intermediate na ludzi.

Tytuł dzisiejszej notki pochodzi z gorącej dyskusji dwóch moich znajomych. O co chodziło? Z konkluzji zrozumiałam, że o to co zawsze, czyli kto ma większe.

Auto.

23:21, tennesee
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 marca 2009

Chyba w odpowiedzi na moje lojalnościowe rozważania oglądałam wczoraj Ludzi honoru. Drugie oglądanie tego filmu okazało się o tyle wartościowe, że nie śledziłam już uważnie fabuły, a bardziej zwracałam uwagę na niuanse. W zasadzie wszyscy byli w tym filmie denerwujący, na czele z pryncypialną do cna Demi Moore. Moment, gdy ze łzami w oczach mówi, że żołnierze strzegą granic i ona jest im wdzięczna, bo może spać spokojnie, nawet mnie poziomem patetyzmu doprowadził do bólu zębów, który trzyma mnie do dziś. Tom Cruse szarpie się tam między pyszałkowatością a histerią i w zasadzie pogardą dla żołnierzy polowych. Wiadomo, że postać grana przez Jacka Nicholsona miała być groteskowa (acz chyba jest przerysowana), ale z drugiej strony w tej opozycji wobec niego nie znalazłam za grosz zrozumienia dla jego faktycznie trudnej sytuacji. A myślę sobie, że jednostki zmilitaryzowane to zło, a bycie ich dowódcą zmusza do wielu niesympatycznych i nieżyczliwych zachowań.

Co do kwestii lojalności - oczywiście pojawia się pytanie, gdzie jest jej granica i co robić, żeby pułk nie przesłonił nam człowieka. Wydaje mi się, że mam tę granicę odpowiednio zaznaczoną, ale muszę się pilnować, żeby nie popaść w groteskę.

A teraz dzwonię do dentysty.

Tagi: babcia
12:14, tennesee , Kino
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 marca 2009

Poczułam się dzisiaj trochę jak w tytule i mam lekkie wyrzuty sumienia. Ale nic nie mogę za to, że lojalność cenię sobie ponad wszystko, a jeżeli cenię coś bardziej, to musi być z lojalnością i tak powiązane.

Poza tym, że poczułam się niemal jak pomocnik guru sekty, to przeżyłam całkiem miły wczorajszy wieczór i cały dzień. Wieczór imprezowy z jedną poważną rozmową i kilkunastoma niepoważno - żartobliwo - lekkimi. Gospodyni imprezy dobrze gotuje, a ze znajmomymi miło się gada. Wprawdzie wino szybko się skończyło i musiałam trochę pomieszać, ale dzisiaj spox. Już miałam obawy, że dzisiajszy wpis będzie o kacowym bezczasie, o którym w jakimś wywiadzie mówiła Marysia Peszek, ale czuję się świetnie.

 

 

Dzisiaj ze znajomymi ze stolicy i ziemi obiecanej spacerowałam po Poznaniu. Wprawdzie trochę siąpiło i moje pracowicie prostowane włosy zamieniły się w coś przypominającego sfilcowanego jamnika szorstkowłosego, ale za to z pasją starałam się przelać na gości mój lokalny patriotyzm. Oczywiście nie wstaliśmy na 12.00 i trykających się koziołków widzieć nie mogliśmy, ale rynek z przyległościami im pokazałam. W ramach zwiedzania poszliśmy też do kościoła Franciszkanów na Zamkowej, gdzie ku mojemu przerażeniu akurat była msza przedsoborowa.

Swoją drogą zanim zacznę krytykować, powinnam na nią może pójść, ale nie wiem, czyprzez osoby związane z lefebrystami, które kojarzę, czy też generalnie przez fakt, że Kościół nie jest moją instytucją, więc tym bardziej nie mogę się identyfikowac z jego skrajnymi środowiskami -  w każdym razie wpadłam w tym kościele w panikę, uznałam, że mnie zaraz ukamienują mentalnie i poczułam, że musze uciekać. Zastanawiam się, co kieruje ludźmi, którzy na te msze chodzą. Ciekawość, może chęć bycia na "innej mszy", potrzeba przynależności do wąskiego grona? Ja w każdym razie odbieram to jako deklarację polityczną - za zamknięciem, tradycjonalizmem i Narodem. Wyszłam z tamtąd w panice i celem odreagowania pokazałam gościom synagogę :).

 

Tagi: Poznań
21:32, tennesee
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 marca 2009

Dzisiaj w ramach programu operacyjnego autodestrukcja, działania 2.2.3 lektury dołujące, odświeżałam sobie Wojaczka. Ostatnio sięgałam do niego w bardzo wczesnym liceum i mam teraz porównanie swojej percepcji wtedy i dziś. Jest inaczej. Nadal kopie po głowie, niby mniej spektakularnie, ale chyba boleśniej. Wtedy zresztą ten sposób pisania zwłaszcza o seksie wydawał się taki odważno - wyzwolony, a teraz brnięcie przez wydzieliny poety jest całkowicie beznamiętne, wydaje się obrzydliwe i ma raczej zapach tychże wydzielin niż la boheme. Poza tym wtedy czytanie tych wierszy stawiało mnie w moich oczach na moralnym piedestale wobec wiecznie zadowolonych  z życia i z siebie koleżanek. Posypywałam Wojaczkową solą swój Weltschmerz, ale przecież cały czas miałam nadzieję, że wszystkie zagłuszacze, o których pisze, dają jakieś ukojenie. Teraz natomiast nie tylko wiem, ale też przerobiłam na sobie, że świat jest do dupy, a recepty Wojaczka ukojenia nie dają, no chyba że mówimy o rozwiązaniach ostatecznych. W sumie młody był to chłopak umierając, w każdym razie młodszy ode mnie.

Na agendzie miałam dzisiaj kilka spraw: sofa dla D. na sobotnią imprezę, ukończenie renowacji mojego CV no i tysiące innych rzeczy, rozmienionych niestety na wielogodzinne, bezowocne, kompulsywne surfowanie w sieci.

Istnieje obawa, że jedno z najlepszych poznańskich liceów zostanie zlikwidowane. Kuria ustaliła bardzo wysoki czynsz, a miasto dla szkoły innego budynku nie ma.

http://miasta.gazeta.pl/poznan/1,36003,6399991,VIII_LO_zostanie_zlikwidowane_bo_nie_ma_budynku_.html

Ósemka to dobry przykład nie marnowania talentów - uczniowskich, organizacyjnych, nauczycielskich. Sama tej szkoły nie kończyłam, ale dziwi mnie niszczenie czegoś dobrego przez instytucję, która powinna stać po stronie dobra.

środa, 18 marca 2009

Wczoraj z A i D byłyśmy na Milku.

Szacun dla Seana Penna.

Dla mnie postawa życiowa, a przede wszystkim poglądy polityczne grają ogromną rolę w sympatii do celebrytów, więc za Pennem nie przepadam i to nie dlatego, ze bił Madonnę (tak sugerowała wczoraj A), tylko dlatego, że wielbi Chaveza i potępia USA. Sama jestem fanką Stanów, a właściwie mojego wyobrażenia o Stanach, choć mam  świadomość tego, że USA kojarzy mi się raczej z Nowym Jorkiem niż Madison County, które może być bardziej męczące niż polska prowincja. Ale z drugiej strony Penn jeżdżący do Chaveza i krytykujący USA a zarazem korzystający z wszelkich wolności i możliwości jakie daje ten kraj trąci mi hipokryzją. Może powinien przeprowadzić się na Kubę albo do Wenezueli, oddać majątek biednym, których tam nie brakuje i upewnić się na własnej skórze, czy poziom wolności obywatelskich jest tam na pewno większy niż w znienawidzonych Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Natomiast  Sean Penn jest aktorem genialnym i Oskar mu się jak najbardziej należał. Jego Milk jest przede wszystkim nie przerysowany. Uroczy, delikatny, pogodny. Jest w filmie kilka postaci narysowanych grubą kreską (np. drugi kochanek Milka), ale całość jest wyważona. No i Milk jako postać - wulkan energii, na ogół uśmiechnięty, nie poddający się, no świetny człowiek po prostu. Obraz nie jest polukrowany, choć trochę może jest, bo sądzę, że bohater mógł mieć solidnie nabrzmiałe ego. Kto otarł się trochę o politykę, ten wie, że sprzyja ona samozachwytowi, egocentryzmowi i partykularyzmowi i nie wiem, czy jest możliwe osiągnięcie takiej harmonii, żeby całkowicie się takich dążeń i postaw wyzbyć.

Wielki plus za pierwszą sekwencję, kiedy Milk spotyka Scotta i ich scenę łóżkową. Jedna z najlepszych scen podrywu, jaką widziałam i jedna z najromantyczniejszych scen miłosnych.

Jest w filmie jedna strzelba, która nie wystrzeliła - sugestia, że Dan White jest gejem jest aż nadto wyraźna, a potem się nie rozwija.

Genialność Penna jako aktora dla mnie przejawia się w tym, że on za każdym razem jest innym człowiekiem. To nie jest gra, to nie jest cały ten sam aktor z inną miną i w przebraniu, tylko zupelnie inna, kompletna i idealnie wiarygodna osoba. Ilekroć go oglądam, wiem i wierzę, że jest on takim samym człowiekiem, jakiego gra - czy upośledzonym Samem, czy bandytą z Dead Man Walking, czy twardzielem z Tłumaczki.

Z filmów nominowanych do Oskara został mi do obejrzenia jeszcze tylko Lektor. Na razie mój ranking z obejrzanej czwórki wygląda następująco:

1. Frost/Nixon

2. Milk

3. Slumdog

4. Benjamin (któremu nie pomaga nawet Brad Pitt)

 

ps. Updejt: odpowiedź z instytucji w sprawie pracy odmowna. "Stasiu, ja wcale nie płaczę, ja tylko bawię się w fontannę".

13:16, tennesee , Kino
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 marca 2009

Dwa dni w Warszawie upłynęły miło i błogo i nawet dodały mi trochę energii, której łaknę jak kania dżdżu, że się tak oryginalnie wyrażę. W niedzielę z koleżankami byłyśmy na kawie i u naszego ulubionego Włocha, potem natomiast przegadałam cały dzień z K. na tematy pracowe. Część naszej rozmowy koncentrowała się wokół pytania, czy warto korzystać z pomocy znajomych w tym zakresie. Zawsze wychodziłam z założenia, że jak sobie czegoś nie wychodzę sama, nie osiągnę własnym działaniem, albo nawet  kombinowaniem, ale nadal własnym, to nie będę umiała się z tego cieszyć. K. jeszcze kilka miesięcy temu twierdziła podobnie, a do tego, jak osoba bardzo ambitna chyba nie chciała prosić nikogo o pomoc. Teraz zrewidowała swoje stanowisko w tej sprawie, co dało mi do myślenia.

Oczywiście miałam solenne postanowienie, że spędzę wieczór nad zagadnieniami mającymi się jakoś do rozmowy poniedziałkowej, ale postanowienia te rozpłynęły się w czerwonym winie, następnie zatopiły w likierze, a ich resztki zasłonił dym papiersów. Tak więc dwa kwadranse dobrze po północy i chwilę wyjątkowo niemiłego poranka poświęciłam na przeglądanie materiałów, ale zbyt wiele z tego nie zapamiętałam, co okazało się fatalnym błędem, bo jedna z rekrutujących miała przygotowaną listę pytań merytorycznych, na które wyraźnie oczekiwała bardzo konkretnych odpowiedzi, których nie było. Na odpowiedź instytucji czekam do piątku, aczkolwiek warunki finansowe zaproponowane mi nie są imponujące. Tzn. gdybym została w Poznaniu i mieszkała z Mamą, to może, może, ale w Warszawie wystarczyłoby mi to na przeżycie, ale już bez wizyt u Włocha. W kinie też nie byłabym najczęstszym gościem.

Warszawa dzisiaj była wyjątkowo niemiłym miastem, deszcz, chłodno i jak zwykle gigantyczne odległości, które mnie tam przerażają. I poza tym odnoszę wrażenie, że albo standard higieny jest tam inny, albo też posiadanie i używanie prysznica jest automatycznie powiązane z jeżdżeniem samochodem. No bez urazy, ale dla osoby z węchem jest to trudne do zniesienia. Natomiast, żeby nie było że tak całkiem kontestuję stolicę, to przyznam, że spacer przez Park Saski i obok Zachęty zawsze cieszy, a konstatacja, że wreszcie zlikwidowano hektary białego ogrodzenia przy Grobie Nieznanego Żołnierza obudziła we mnie uśpioną wiarę w poczucie estetyki władz stolicy.

Wygląda to niemal jak kawałek ładnego miasta, prawda?

Tagi: Warszawa wino
23:53, tennesee , wino
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 marca 2009

Z happysad wybieram oczywiście sad. Tak wyszło, taka jestem. Słucham muzyki, którą dostałam w formie elektronicznej i jest to mój debiut w zakresie słuchania mp3. Musze sobie to jakoś moralnie przepracować.

Dzisiaj dzień zaczął się o tyle lepiej niż każdy inny przeciętny ostatnio, że byłam umówiona i to na godzinę poranną. No, może raczej przedpołudniową, ale ostatnio o 10 przewracam się na lewy bok i zastanawiam się, co mnie o tak barbarzyńskiej godzinie zbudziło. W każdym razie dziś wstałam o 8, udałam się na spotkanie, a następnie pojechałam załatwić przyszłotygodniową wizytę w urzędzie pracy. W poniedziałek nie mogę się stawić w urzędzie gdyż

MAM ROZMOWĘ O PRACĘ!

Wobec tej radosnej nowiny muszę się trochę przygotować z zakresu ewentualnej przyszłej tematyki mojej pracy, tak więc początek weekendu spędzę nad pomocą de minimis, dyscypliną finansów publicznych itp.

W pewnym sensie moje ewentualne miejsce pracy powiązane będzie z bohaterem ostatnich dni- Waldemarem Pawlakiem. Nepotyzm- rzecz straszna. Zrywanie więzi społecznych jeszcze straszniejsza. Nie będę tutaj stawiać reduty obrony Waldemara P. ale przyznam szczerze- gdyby przyszło mi kiedyś zatrudniać ludzi, to wolałabym mieć wokół siebie osoby, które znam i im ufam, a nie takie, których nie znam i nie ufam. Bliskich, nie obcych. Przyjaciół, nie wrogów. Wyborczą, nie Dziennik. I jeszcze dodam, że po wysłuchaniu fragmentów wczorajszej Kropki nad i wicepremiera zrobiło mi się nawet trochę szkoda i więcej miałam zrozumienia dla niego, niż dla przesłuchującej go Moniki Olejnik. Tym bardziej, jeżeli uświadomię sobie, jaką drogę rozwoju przeszedł wicepremier i jakie poczynił postępy w rozwoju- poniższy filmik jest tego dobrą ilustracją.

16:27, tennesee
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 marca 2009

Mijające właśnie dzisiaj zaliczam do kategorii mroków. Po pierwsze dlatego, że nic z zaplanowanych rzeczy nie udało mi się zrobić, po drugie zaś - ponieważ nie udało mi się zrobić absolutnie nic. Cały dzień toczył się pod presją planów i pilnych spraw, oczekiwań przyjaciół i obiecanej sobie autodyscypliny i wyszło jak zawsze.

Znające mnie osoby wiedzą, że plan to rzecz święta. Mogę go oczywiście zmieniać, naginać i uelastyczniać, ale nie mogę żyć poza nim. Bywa (tak jak dzisiaj), że kompletnie nie mam ochoty robić zaplanowanych rzeczy, a wtedy nie dość, że najprostsze z nich (np. umówienie się do dentysty) urastają do rangi trudnych i straszliwych przedsięwzięć, to jeszcze zrobienie czegoś konstruktywnego, albo przynajmniej przyjemnego spoza listy spraw pilnych staje się niemożliwe. Ujmując sprawę najkrócej - popadam w bezczas, bezsens i imposybilizm.

Pozostaje mieć nadzieję, że nadchodzące jutro okaże się bardziej owocne.

Motyw nadchodzącego jutra przypomniał mi o dniu wczorajszym, kiedy to byłam na wykładzie organizownym przez Pracownię Pytań Granicznych Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Wykład prowadził doktor językoznawca i jednym
z poruszanych przez niego tematu była kwestia pojmowania i mówienia o czasie. Zwróćcie uwagę, że mówiąc
o czymś, co nastąpi w przyszłości mówimy o tym tak, jakby było z przodu, przed nami. Ale nie w każdym języku tak jest. Pan doktor przywoływał przykład andyjskiego plemienia Uros, który
jutro określa jako dzień za plecami.

Wbrew pozorom takie różnice językowe mogą wiele nam mówić o kulturze, o tym, jaką sprawczość człowiekowi przypisuje się w danej społeczności. Jeżeli bowiem to my jesteśmy sprawczy i mkniemy do przodu przyszłość mając przed sobą, to siłą rzeczy przypisujemy sobie moc i możność panowania nad światem i czasem. Jeżeli jednak my jesteśmy nieruchomi, tylko wektor czasu się przesuwa, to w zasadzie niewiele od nas zależy.

Pozostając przy tych rozważaniach i przyjmując w właściwym sobie pesymizmem ten drugi wariant, spróbuję wstawić zdjęcie - trochę na temat, a trochę nie.

00:19, tennesee , mroki
Link Dodaj komentarz »
1 ... 16 , 17 , 18
 
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi