Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Kategorie: Wszystkie | Kino | mroki | notatki z życia | playlista | prasówka | uroki | wino
RSS
wtorek, 09 kwietnia 2013

Kolega z pracy przyniósł wczoraj macę. Podkarmiał mnie nią odrobinę, a przed pierwszym poczęstunkiem zapytałam, czy zawiera ona krew chrześcijańskich chłopców, bo innej macy nie jadam. Pożartowali, pojedli.

Maca została na biurku kolegi do dzisiaj i dzisiaj kolega postanowił poczęstować i mnie i naszą koleżankę jeszcze. Po wręczeniu nam po kawałku pieczywa kolega przeczytał głośno skład (woda, mąka), mrugnął do mnie okiem i zaczęliśmy się śmiać, że od samej wody i mąki nie byłoby tyle energii po tym ciastku. Pożartowali, pojedli.

Tymczasem koleżanka przyjrzała się nam uważnie, wróciła do swojego biurka i wysłała nam na komunikatorze link do artykułu o mordach rytualnych. Z komentarzem, że Żydzi mają do teraz wiele dziwnych i tajemniczych obyczajów a w każdym przesądzie* tkwi ziarno prawdy.

Westchnęłam. Rozsiadłam się wygodnie. Chrząknęłam. Odpisałam wszystko co tam trzeba odpisać no i mam nauczkę, żeby wiedzieć z kim i jak żartować.

 

*koleżanka jest z Rumunii, nie miałam sumienia użyć tego argumentu.

czwartek, 04 kwietnia 2013

Domagającym się mojego pisania mówię, że słowa nie przychodzą. Całą resztkę kreatywności wkładam w ciastka i ciasteczka, a dzisiaj jeszcze zamierzam popełnić zupę Gordona. Podgrzeję ją sobie jutro w pracy i może spotkam tego kolegę co wczoraj - natknęłam się na niego kiedy blokował mikrofalę w dużej kuchni grzejąc przez pięć minut de volaille, pure i marchewkę z groszkiem. Odszedł po chwili niezadowolony i gdy dołączyłam do niego po dwóch minutach z parującą kaczą nogą zdziwił się bardzo. 

- Myślałem, że mikrofala jest zepsuta - powiedział, ale już się poddał i jadł zimową wiosną letni obiad.

Nie była, należało tylko podkręcić pokrętło temperatury. No ale ja pracuję w korpo niecałe dwa lata, a on ponad pięć, więc zmiany w mózgu muszą być jeszcze bardziej dotkliwe.

Domagającym się mojego pisania tłumaczę się, że słowa nie przychodzą, mimo że próbuję je karmić. Czytam i czytam, a wszystko wpada jakby w otchłań, jest imput a outputu brak. Błyskotliwe spostrzeżenia wydają się błyskotliwe tylko przez chwilę albo umykają jak wyświechtany meteor na wysłużonym firmamencie myśli. Nawet łamiące klisze językowe wezwanie Pana Wojny (czy może teraz Doktora Kompromis?), bym słowa swe uczyniła kanibalami, nie pomogło.

Nie ma w mojej głowie miejsca na kreatywność, jest tylko miejsce na przetrwanie. Skoro nie mogę się wspiąć, spróbuję przynajmniej nie spaść. Tych co spadli mijam na ulicach - choćby pani na Radziwiłłowskiej z prośbą o pieniądze na chleb, zawsze tak samo nietrzeźwa i pewnie tego chleba faktyczne potrzebująca.

Mam lekko sceptyczny stosunek do pomocy ludziom, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji na skutek własnych zaniedbań. To nie znaczy, że w mój niegdysiejszy, krystalicznie czysty młodzieńczy liberalizm nie wkradły się jakieś socjalne nieczystości - generalnie z upływem lat i nieuchronnym nabywaniem przykrych doświadczeń straciłam czystość ideologiczną a może popadłam w doktrynalny relatywizm. W pewnych kwestiach stałam się nieco bardziej konserwatywna, w innych socjalna, a w jeszcze innych - feminizująca. Wrażliwość społeczna mi tępieje zastraszająco, zwłaszcza gdy mijam dwa razy dziennie stałych bywalców dworca i Galerii Krakowskiej z całym arsenałem ich aromatów. Czytam żenujące artykuły o marnych losach mieszkańców poznańskich kontenerów socjalnych (Gazeto, znowu mnie zdradziłaś!), odwiedzam z Ell dom na Czartorii 5 w Poznaniu i nie mam ani współczucia ani złamanego grosza.

A tu nagle w sukurs ludzkim odruchom przychodzi literatura. Trwa bowiem realizacja planu czytania noblistów i tak w moje ręce trafiły "Życie i czasy Michaela K." Michael K. jest upośledzony, zależny od świata i tych, którzy się nim aktualnie opiekują. Lubi proste, powtarzalne czynności, nie narzeka na swój ciężki i niezasłużony los, łatwo ucieka myślą gdzieś w swoją nieświadomość. Ale gdy na jakiś czas jest mu dane uciec od zależności i przejąć dowodzenie nad własnym losem - nie umie już z tego zrezygnować. Nie czytał filozofów ani Gazety Wyborczej, ale chce własnej wolności i realizuje ją na miarę swoich potrzeb i możliwości. I nie odda jej za wygodę, bezpieczeństwo i kartę Multisport. Trudno się z nim identyfikować, ale to pierwotne pragnienie wolności budzi gigantyczny szacunek i jest piękne.

Dzisiaj internet a przynajmniej mój Facebook huczą o zawieszonej kawie. Najpierw Dobre Cechy zapostowały:

"Wszedłem do małej kawiarni z przyjaciółką, każde z nas zamówiło dla siebie. Gdy siadaliśmy przy stoliku, dwóch ludzi podeszło do bufetu: - "Pięć kaw, dziękuję, trzy dla nas, a dwie zawieszone". Płacą, biorą swoje trzy filiżanki i wychodzą. Pytam przyjaciółki: - "Co to są zawieszone kawy"? Ona odpowiada: - "Poczekaj, zobaczysz".

Jeszcze kilka osób weszło do kawiarni. Dwie kobiety zamówiły kawę, zapłaciły i wyszły. Następne zamówienie to siedem kaw dla trzech adwokatów: - "Trzy dla nas i cztery zawieszone". Rozważając co takiego zawieszone kawy, podziwiam piękny widok w słonecznej pogodzie. Nagle otwierają się drzwi. Mężczyzna w zniszczonym ubraniu wyglądający jak żebrak, podchodzi do kelnerki i pyta uprzejmie: - "Czy masz może zawieszoną kawę?"

A potem znalazłam wyjaśnienie.

I pomyślałam sobie, że sama chętnie bym komuś taką kawę kupiła, bo to taki piękny gest, który może umilić komuś ciężki dzień w walce o przetrwanie. A potem zastanowiłam się, czy chciałabym z siedzieć w kawiarni z konsumentami zawieszonej kawy i skoro nie, to czy nie jest to gest z gruntu pusty i fałszywy.

Chyba że kupiłabym tę kawę Michaelowi K. - to bardzo chętnie. Tylko że on nigdy by się po nią nie zgłosił.

wtorek, 05 lutego 2013

Django kowboj, rewolwerowiec. Pierwszy Tarantino, który naprawdę potrafi zaboleć, nigdy wcześniej nie przytrafił się mi taki, w którym z powodu okrucieństwa musiałabym zamykać oczy i zasłaniać sobie uszy. Tuż przed filmem zapytałam dziennikarza muzycznego o to, czy Leonardo Di Caprio będzie dobry czy zły. Bez spoilowania napiszę tylko, że miał trochę zepsute zęby i nie był ani odrobinę dwuznaczny.

Tuż przed kinem byliśmy jeszcze w Jeffsie na pizzy za mandat. Jest to bowiem miejsce, gdzie za byciem ukaranym przez stróżów prawa można za darmo coś zjeść. Pizza niedobra, nie warto dla niej łamać prawa (na przykład nakazu skrętu w lewo i zakazu wjazdu) i narażać się drogówce.

Facebookowy znajomy po wyjściu z Drogówki napisał, że z planu kolejnego filmu Smarzowski będzie wywieziony w kaftanie, z kącika ust pocieknie mu ślina i będzie bełkotał "Polska, Polska". Ja tu takiej głębi nie widziałam - o Polsce chciałam bełkotać po Domu Złym, a perspektywa obejrzenia Róży pobudza moje nerwice. Drogówka jest świetnym kryminałem, bardzo polskim, bardzo przaśnie imprezowym (autobus!) i z poważnym morałem - są rzeczy, których nie należy robić w samochodzie!

 

 

środa, 28 listopada 2012

Po dwumiesięcznym pobycie w Warszawie i Wielkim Wyjeździe na Węgry wróciłam do rytmu comiesięcznych podróży do Poznania. Podróży!? Odysei, tułaczki, która przy tym tempie wydłużania czasu dojazdu przez PKP niedługo będzie trwała więcej, niż podróż koleją transsyberyjską, że sobie pozwolę na takie wyświechtane porównanie.

Kupiłam sobie bilet podróżnika, który ma bardzo adekwatną do mojej sytuacji nazwę, a do niego miejscówkę na pierwszą klasę do pociągu do Warszawy - tam miałam się przesiadać na pociąg do Poznania.

Po powrocie do domu udaliśmy się z dziennikarzem muzycznym na obiadokolację połączoną z rendez-vous, które przeciągnęły się na tyle, że postanowiłam pojechać nocnym Przemyślaninem. Po przyjeździe na dworzec kupiłam kolejną miejscówkę na pierwszą klasę, wodę mineralną i udałam się na peron, z którego powinien był odjeżdżać mój pociąg, ale nie było go tam, za to były dwa inne - do Gdyni i Wiednia oraz duża ilość sokistów, których obecność radykalnie zmniejszyła moje poczucie bezpieczeństwa. 

Przemyślanin, poprzedzony wędrówką ludów poinformowanych o zmianie peronu, wjechał  z półgodzinnym opóźnieniem i poszłam szukać swojego miejsca w tym pociągu. Ku mojemu zaskoczeniu miałam cały przedział dla siebie, co wyjątkowo nie wzbudziło mojego entuzjazmu. Socjopatia socjopatią, ale całonocną podróż lepiej spędzić w przedziale z ludźmi - parą taterników, nauczycielkami, a nawet mamą z nadaktywnym trzylatkiem. Gdy tak stałam w przedziale i zastanawiałam się jak żyć, do przedziału wbiło dwóch chłopaków, w tym jeden z piercingowym ADHD na twarzy i w Russian English zapytali mnie, czy mówię po angielsku. Kiedy potwierdziłam, zapytali mnie, czy to ten pociąg, na który mają bilety, a ja w Ponglish wyjaśniłam im, że owszem i gdzie mają miejsca. Gdy poszli, nadal trwałam w niezdecydowaniu (rozsiadać się czy szukać miejsca gdzieś indziej) i moment mej zadumy wykorzystał mężczyzna zapytując mnie, po polsku, czy mówię po polsku, po niemiecku czy po angielsku. Kiedy przyznałam się do znajomości wszystkich tych języków zapytał mnie, czy to ten pociąg, na który ma bilet, a ja po polsku wyjaśniłam mu, że owszem i gdzie ma miejsce. Odchodząc wyraził podziw dla faktu, że znam trzy języki i wyraził przypuszczenie, że pracuję na uczelni. Aha, na uniwersytecie życia.

Postanowiłam, że do Gliwic dojadę w swoim przedziale, na Śląsku na pewno się ktoś dosiądzie, a jak nie, to ja dosiądę się do kogoś. I faktycznie, w Gliwicach do przedziału weszło trzech mężczyzn - jeden czterdziestoparoletni i dwóch młodszych od niego o połowę. Zanim się dobrze rozsiedli to się rozpachnili i nawet nie musieli mówić, że są bezdomni, poczułam to od pierwszej sekundy.

Starszy gość rozsiadł się wygodnie i puścił wiązankę pod adresem nieobecnej konduktorki, która chwilę wcześniej wypisała całej trójce bilety kredytowe.

- Głupie babsko - powiedział w podsumowaniu - na takie dokumenty, jakie jej pokazałem, nawet najgłupszy policjant by się nie nabrał.

I uspokoił swoich towarzyszy, że nie zamierza za ten bilet płacić, czego i im nie zaleca. Następnie panowie omówili kwestię sklepów monopolowych w Poznaniu, że jest chujowo i koło dworca nic nie ma i przenieśli swoją uwagę na mnie. Przez kilka lat pracy jako kurator społeczny wypracowałam sobie zestaw min, tonów i półsłówek pod hasłem "radzę dobrze nie zaczepiaj mnie", a dzięki ich implementacji panowie uznali swoje własne towarzystwo za atrakcyjniejsze od mojego. Mnie zaś pozostała do rozstrzygnięcia kwestia znalezienia odpowiedniego momentu do opuszczenia przedziału (siedziałam przy oknie).

Starszy z współtowarzyszy mej podróży opowiadał o kolorowym życiu bezdomnego w Niemczech. Tam nie jest tak badziewnie jak w Polsce. Siedzisz sobie z kubkiem na kasę pod sklepem i nie, że zbierasz na tanie wino, nie po lewej ręce masz bowiem piwko, wódeczkę i łiskacza. A zbierasz na hotel i prostytutkę, czyli na to, czego bezdomnemu najbardziej potrzeba. Opowiadał jeszcze o tym, że poszedł parę miesięcy temu po buty do organizacji pomagającej bezdomnym. Kobita chciała mu dać nike, ale on nie lubi miękkich butów, więc powiedział, że są za wąskie i wreszcie dostał martensy. I faktycznie miał na nogach dziesiątki z żółtą nitką.

W okolicach Kędzierzyna Koźla dwóch panów postanowiło się odświeżyć i udali się do toalet. Uznałam to za dobry moment, aby wziąć swoją czerwoną walizkę i zmykać. Szłam przez swój wagon pierwszej klasy szukając pary taterników, ale nic z tego - albo całe przedziały zapchane, albo zachlane, albo zaspane na całej długości siedzeń. W toalecie kolejnego wagonu palono marihuanę i w końcu znalazłam przedział wypełniony śpiącymi kobietami, do którego się dosiadłam. Była to już druga klasa, ale co robić, gdy w twoim przedziale pierwszej jadą bezdomni na biletach kredytowych.

Droga powrotna przebiegła bez zakłóceń - pociąg via Łódź ukołysał mnie do snu i pozwolił odespać krajowe i zagraniczne wojaże. Nie do tego stopnie jednak, abym nie zaspała nieco w poniedziałek rano - obudzona o 8.10 nie zdążyłam na pociąg o 8.32.

Na szczęście złapałam ten z 8.14. God bless PKP.

wtorek, 20 listopada 2012

Na Węgrzech w McDonaldzie mają hamburgera o nazwie Retro Junior (z kiszoną kapustą i musztardą) oraz bodaj szajtburgera czyli po prostu cziza z boczkiem i ciastko z kremem waniliowym i wiśnią.

I jeszcze jedno - keczup podają w pudełeczku, a nie w saszetce.

Co kraj to obyczaj, panie.

wtorek, 30 października 2012

Czternaście lat temu byłam na miesięcznym kursie językowym w Wiedniu. Pojechałam tam z koleżankami z klasy i był to wspaniały czas - zwiedzałyśmy miasto, żyłyśmy życiem akademika, uczyłyśmy się pilnie podrywając naszego nauczyciela, który miał wyłupiaste oczy i nader udany tyłek. Zanim jednak trafiłyśmy do grup, odbywał się test klasyfikacyjny, w sporej sali lekcyjnej siedziało kilkanaście osób i wszyscy rozwiązywali taki sam test, w zasadzie nikt nas nie pilnował, bo i po co, skoro ten test miał ocenić, czy trafimy do odpowiednich grup, czyli był absolutnie dla nas.

Zdarzało mi się kilka razy ściągać, choć z biegiem lat coraz bardziej niechętnie (na studiach już na przykład nigdy), no ale w tym wypadku uznałam, że ściąganie byłoby absolutnie bez sensu - trafię do zbyt dobrej grupy i nie nadrobię ewentualnych braków. I rzetelnie wypełniłam test sama, usiłując nie słyszeć odgłosów pracy grupowej innych zdających.

Efekt był dla mnie dość przykry - spośród moich znajomych trafiłam do najsłabszej grupy, więc ambicja bolała jak jasna cholera, bo to zawsze przykre, gdy jest się w jakimś ogonie, no i trzęsło mną silne poczucie niesprawiedliwości - że to pozycjonowanie w grupie nie zostało przeprowadzone całkiem fair. Przepłakałam cały wieczór, następnego dnia zaczynały się zajęcia, kupiłam sobie zatem podręcznik i poszłam na lekcje, a chodziły tam ze mną m. in. dwie barwne postaci - obwieszona złotem i boleśnie kalecząca niemiecki Polka mieszkająca od lat w Austrii, zwana Goldfrau oraz rosyjski Żyd, któremu właśnie udało się wyjechać z małżonką z Rosji, niezwykle wykształcony i o wyczuwalnie zepsutym uzębieniu. Ponieważ Goldfrau miała wyraźną fobię antyrosyjską, która przesłaniała potencjalną antysemicką, to ilekroć przybysz z Rosji coś mówił, to mamrotała pod nosem "Ty głupi Rusku".

Historyjka ta przypomniała mi się ostatnimi czasy w pracy, kiedy to mieliśmy test po całodziennym szkoleniu. Bardzo ciężki był to test, z wieloma szczegółami i w związku z tym ogrom mojej niewiedzy mnie przygnębił. Podobież przytrafiło się koleżankom i kolegom, z którymi siedziałam przy stole. Ponieważ jednak kilkakrotnie przed rozdaniem testów podkreślano, że ma to być "individual work", to starałam się nie słuchać rozmów przy stole, tylko wypełniłam test samodzielnie, rzucając kilka zgryźliwych uwag na temat ściągania. W końcu jesteśmy dorośli, a od tego testu nic nie zależy, więc po co. No i dzisiaj rano dostaliśmy wyniki - moi współtowarzysze stolika dostali punktów 16/30, ja zaś dumne 11/30. Ambicja znowu bolała i poczucie niesprawiedliwości telepało mną jak licho. I w podreperowaniu samopoczucia nie pomogło, że na dzisiejszym wypadzie na kręgle w gronie piszących test byłam znowu ostatnia.

Najgorsza.

Historia z testem językowym w Wiedniu miała swoją smaczną niczym tort Sachera pointę. Nie zabawiłam długo w grupie z Goldfrau i rosyjskim Żydem. Po trzech dniach nauczyciel przyszedł do mnie po zajęciach i zapytał, czy nie chciałabym przenieść się do grupy wyżej, bo od aktualnej wyraźnie odstaję. Oczywiście przeniosłam się, ale cały czas się zastanawiam, czy wszyscy wtedy ściągali?

niedziela, 28 października 2012

Konkrety:

Po dwumiesięcznym, bezowocnym stypendium literackim w Warszawie ponownie jestem w Krakowie. Nie na długo, bo za chwilę Wszystkich Świętych, czyli Poznań, a potem wakacje, czyli prawdopodobnie Węgry.

Życie hotelowe to więcej snu, wielodaniowe śniadania w jadalni albo kontynentalne do łóżka, brak gotowania, poirytowany żołądek i dodatkowe kilogramy. Życie domowe to więcej sprzątania, nerwowe poranki, do pracy pod górkę, ale też kuchnia do dyspozycji. W ostatnim tygodniu trochę się w kuchni wyżyłam - zupa z mięsa mielonego i fasolki, makaron z sosem z kaparów i soczewicy oraz kotlet jajeczny. Marzy mi się jeszcze wątróbka z jabłkiem i ciasto dyniowe z białą czekoladą, ale kiedy patrzę na miejsce, gdzie jeszcze rok temu była talia, nie wiem czy to dobry pomysł.

Wczoraj w ramach obiadu byliśmy z dziennikarzem muzycznym w Fabryce, gdzie odbywało się coś w rodzaju kiermaszu krakowskich knajp. Zjedliśmy zupę kurkową z Warsztatu, gulasz, curry z Kury, namiastkę hamburgera z Love Krove, koktajl bananowy z nutellą, brownie oraz lody.

Bełkot:

Na urodziny bardzo wzbogaciłam się o książki. Charlotte Roche, E.L. James, biografia Szymborskiej, Andruchowycz, Vargas Llosa, Ostachowicz, a przecież nadal czytam biografię Mikołajskiej i w sumie nie skończyłam Norwegian Wood. W ramach przerwy od zaległości przeczytałam Moskoviadę (i napisałabym, że to Ulisses w świecie Mistrza i Małgorzaty, ale to byłoby nadużycie, bo nie przeczytałam Ulissesa i pewnie nie przeczytam go już nigdy, co najwyżej przejrzę i doczytam opracowanie) oraz Wilgotne miejsca, a także miliony wywiadów z Masłowską i teraz już kompletnie wszystko się mi miesza, Masłowska z osobami żyjącymi w realu, Helen z Wilgotnych miejsc z Anastazją z 50 twarzy Greya, które linijka po linijce próbuję zmęczyć po angielsku, a jakby tego było mało książkę pisze przecież Sasha Grey i nie jest to książka o Greyu, dziennikarz muzyczny był na jej sponsorowanym przez Ministerstwo Kultury koncercie, porno, muzyka i literatura łączą się tak, że już nie sposób niczego od siebie odróżnić. Nie, nie przeczytam najnowszej Masłowskiej, nie potrzebuję oglądać lustrzanego odbicia mojego strumienia świadomości, to nie będzie oczyszczenie, tylko grzęźnięcie w bagnie bełkotu.

Rzeczywistość:

Spadł dzisiaj śnieg. Kończy się festiwal Conrada i Targi Książki. Obejrzałam nowego Bonda.

Wyłączam komputer i siadam na fotel czytać.



czwartek, 04 października 2012

Nie chce mi się kompletnie pisać o różnych ładnych, nostalgicznych lub życiowych historiach. O spotkaniu hippisa w pociągu inter regio, o tym, jak pomna historii z kuflami nie kupiłam tuszki z łososia w Marc Polu tylko śledzie w Społem i że źle na tym wyszłam, o pięknych kobietach, którym próbuję dorównać, o wyprawie do Mandali, która zakończyła się Safranem, ani o robaku w Tukanie i nadmiernej miłości do mięsa oraz o zawodach wynikających z wybranego zawodu.    I jeszcze nie będę pisała o samowiedzy, że dobrze, że mi kazano czytać i się uczyć, a nie opierać się na tym co po prostu wiem, bo dzięki temu teraz naprawdę wiem, ale co z tego, skoro zabrano mi tę pewność wygłaszania opinii opartej jedynie na własnym przypuszczeniu i teraz muszę sprawdzić, potwierdzić siedem razy, a kultura intelektualna raczej sprzyja wyrażaniu przekonań, popartych ewentualnie Wikipedią.

Chce mi się pisać, a raczej robić notatki o alkoholizmie, bo po obejrzeniu Wszyscy jesteśmy Chrystusami, przeczytaniu kilka miesięcy temu Rekreacji i obserwacjach z życia zastanawiam się, jak mogłam nie traktować kiedyś weekendowego pijaństwa jako zapowiedzi czegoś poważnego i jeszcze rozważam, co jest nowym alkoholizmem. Kiedyś na przykład miałam zainstalowaną na kompie grę w kulki i wydaje mi się, że zeszło mi na to pół roku.

Chce mi się jeszcze napomknąć o bezpardonowym obrażaniu katolików. Że już wystarczy. Że dlaczego inteligentni ludzie uznają, że nie można poniżać żydów, muzłumanów i buddystów, a sąsiada można. Że taki atak odwraca uwagę od prawdziwych problemów, buduje osaczoną twierdzę kościół i całkowicie odbiera wpływ na tę instytucję tzw. środowisku otwartych katolików.

Chce mi się jeszcze czytać, fura książek czeka na przeczytanie, dopisuję kolejne do listy już bez wiary, że to się kiedyś skończy, bo każda kolejna daje nowy kontekst. Chciałam przeczytać wszystkich noblistów a tu pech chciał co roku dochodzi nowy. I za mało przeczytałam najwyraźniej, a i smaku sobie nie wyrobiłam, skoro nadal podobają mi się maksymy i sentencje, na przykład taka, że własną dorosłość poznaje się po sposobie czytania książek - już wiesz, że nie będzie czasu do niej wrócić, więc czytasz dużo uważniej.

Chce mi się także iść na Meridę Waleczną i Weź ten Walc.

Chce mi się spać.

środa, 26 września 2012

W ubiegłym tygodniu w pracy odbyły się potrójne urodziny. Dwie jeszcze dwudziestokilkulatki i ja dostałyśmy prezenty. Mnie w udziale przypadło "Pięćdziesiąt twarzy Grey'a", chciałoby się napisać - w języku Shakespeare'a, choć nie jestem pewna, czy William byłby z tego zadowolony. Zupełnie się nie spodziewałam jakichkolwiek uroczystości, więc autentycznie się wzruszyłam.

Jedna z ubiegłotygodniowych jubliatek zaprosiła nas w dniu swoich urodzin na rumuńskie wino, więc zamiast jak na prawdziwego leminga przystało (czy istnieje zgrabna forma żeńska leminga, bo leminżyca jakoś nie wygląda?) iść na zumbę, udałam się trzy piętra wyżej spożywać kolektywnie alkohol. Czego się nie zrobi dla zdrowia koleżanki pracy i wzmacniania team spirit?

W tych szczytnych celach siedziałam parę godzin na podłodze pokoju hotelowego pijąc wino rumuńskie, białe półsłodkie, a następnie wino chilijskie, czerwone wytrawne, a następnie czystą colę i wreszcie odmawiając drinka z polską wódką, a także dając się wodzić na pokuszenie paczce chipsów Lays paprykowych. Gdy tak siedziałam wśród całkiem sympatycznych ludzi, trochę sobie z nimi żartując, przez chwilę bawiłam się całkiem dobrze. Podobnie wczoraj, kiedy to oblewałam czyiś awans społeczny osiągnięty dzięki świeżemu wyższemu wykształceniu - było mi miło. No właśnie - miło, ale nie ekscytująco, cały czas dręczyło mnie poczucie bycia za ścianą. I gdy tak wracałam tuż przed północą przez Warszawę (poniewczasie, czyli w 1/3 drogi przypominając sobie, że wobec ostatnich prób napadów oraz informacjach o kradzieżach czy pobiciach to jednak jest niebezpieczne i obiecując sobie na przyszłość brać taksówkę) przyszło mi do głowy, że może ta trudność w relacjach z ludźmi niejedną ma przyczynę.

Raz, że ostatnio naprawdę bardzo rzadko zdarza mi się naprawdę zaangażować w kontakt z ludźmi, zwłaszcza takimi, którzy nie są moimi znajomymi od lat i z którymi nie wiąże mnie sieć zależności czy inna gęstwina wspomnień. Czy to kwestia dorosłości, czy tego że tak naprawdę przyjaźnię się teraz z dziennikarzem muzycznym i Facebookiem, czy może rozsądku i w związku z tym rezerwy wobec obcych w sumie ludzi - tak czy owak moje kontakty społeczne są jakoś zamrożone. Ale może, skoro od jakiegoś pół roku czuję się dorosła, tak właśnie ma być.

Po wtóre, przypomniałam sobie tych kilkadziesiąt warszawskich wieczorów spędzonych na piciu wina i paleniu fajek, w różnych konfiguracjach towarzyskich, że zawsze wszystko to niesamowicie zbliżało ludzi, prowokowało wyznania i poczucie wspólnoty. I że to wszystko nie było nieprawdziwe, ale traciło aktualność, gdy skończyło się wspólne bieganie do monopolu, przytrzymywanie włosów podczas wymiotowania i leczenie kaca.

Po trzecie, zastanawiam się jaki wpływ ma aktualna praca, polegająca na uzupełnianiu tabelek. Znajomy informatyk opowiadał niedawno, że gdy dużo programuje, to traci umiejętność nawiązywanie emocjonalnych relacji, zaczyna mieć z relacje z ludźmi traktować zadaniowo. Moje tabelki to nie to samo, ale może coś jest na rzeczy.

Po czwarte, zaczęłam się zastanawiać co się wydarzy, kiedy poczuję z jakimiś ludźmi ogromną przyjacielską więź. Skoro nie zdarzyło się mi to od dawna, to na ile będzie to mocne, determinujące przeżycie. I czy jest możliwe w tych warunkach, kiedy dla wszystkich, ze sobą samymi ma się tak mało czasu, że po prostu odhacza się kolejne rubryczki w checkliście. W przeczytanych niedawno wywiadach Agnieszki Dorotkiewicz "Jeszcze dzisiaj nie usiadłam" prof. Roch Sulima pięknie i bardzo prawdziwie mówił o tym, że do prawdziwego kontaktu z drugim człowiekiem brakuje nam bezinteresowności. I nie chodzi tu o "interesowność" jako załatwianie czegoś, tylko właśnie taki moment zawieszenia, braku przymusu, kiedy może tworzyć się prawdziwa więź.

Ciekawe, czy to jeszcze możliwe.

sobota, 15 września 2012

Tydzień temu byłam na weselu pod Krakowem. Ponieważ na ślub dotarliśmy z akademickim opóźnieniem, więc ominęła nas cała kościelna publicystyka dotycząca umów śmieciowych i Amber Gold, za to nie zabrakło jej na samym weselu. DJ nie przesadzał z animowaniem gośćmi i ze wspólnych zabaw był jedynie "Taniec z gwiazdami" oraz coraz bardziej krępujące oczepiny.

(panom sugeruję obejrzenie jedynie ostatnich 45 sekund)

 

Za to atmosfera była luźna i sprzyjająca rozmowom o życiu.

W dyskusji powrócił wątek Kuby Wojewódzkiego i Ukrainek. Przypomniano wywiad, jaki z Wojewódzkim przeprowadził Żakowski w "Polityce", w którym Wojewódzki z jednej strony przeprasza za swoje kiepskie poczucie humoru, z drugiej słusznie wskazuje, że jego występ nie powinien być traktowany w kategoriach szowinizmu, a jedynie kiepskiej jakości satyry. I wreszcie, niestety nie wykazuje się specjalną wrażliwością zestawiając urażoną godność Ukrainek z brakiem urażonej godności profesora Hartmana.

Nie odgrzewałabym tego kotleta po raz milionowy, gdyby nie to, że cała ta historia jest kolejną smutną egzemplifikacją marności mediów, bo najpierw była dzika nagonka na duet Wojewódzki & Figurski, potem tony papieru zmarnowane najpierw na polemizowanie z nimi, a potem na polemizowanie z polemikami (choćby tekst Ilony Witkowskiej i Marty Karaś z "Przekroju", którym moi co bardziej lewicowo usposobieni znajomi onanizowali się na Facebookowych ścianach), potwierdzają tylko, że polskie media zajmują się głównie samymi sobą. A jak wróży Tomasz Lis, czyli osoba, która się do tej intelektualnej pauperyzacji przyczyniła, będzie jeszcze gorzej.

Wracając jednak do Ukrainek - podczas weselnej dyskusji padł także argument, że przecież można się śmiać z każdego - byle po równo. I że nikt się nie obraża, kiedy wszyscy nabijają się ze skąpstwa Szkotów. Byłam szczerze zachwycona tym argumentem, nie dlatego, żebym się z nim zgadzała, ale był przyjemnie błyskotliwy, a jego blask spowodował (a zapewne także jasność bijąca z wody ognistej), że nie znalazłam kontrargumentów.

Na trzeźwo argumenty te przyszły do mnie same. Można nabijać się z każdego, ale po pierwsze zwiększamy w ten sposób ilość ścieków, które zamiast płynąć rynsztokiem, płyną środkiem chodnika. Dlatego jeżeli ktoś ma złośliwe poczucie humoru, to najlepiej byłoby, gdyby dzielił się nim śmiejąc się z siebie, albo z osób, które wyrażają na to zgodę. Po drugie, nabijanie się z grup dyskryminowanych, jest kopaniem leżącego, a kopać leżącego jest co najmniej nieelegancko, o ile nie bardzo brzydko. Po trzecie, są żarty, które naruszają czyjąś godność i takie, które są z tej perspektywy neutralne - śmianie się z gwałtów na kimś jest czymś całkowicie innym, niż śmianie się z tego, że ktoś jest skąpym - inna sprawa, że obecnie, kiedy hojnie i na kredyt rozdaje się wszystko, skąpstwo wydaje się być nie tyle przywarą, co przyjemnie staroświecką cechą.

Obok tej dyskusji przemknęły gdzieś słynne słowa Janusza Korwin - Mikkego o niepełnosprawnych na paraolimpiadzie i w mediach. Słowa, po których po raz kolejny przetoczyła się pełna potępienia burza, która pewnie uspokoiła niejedno sumienie. Głośna była przez chwilę sprawa obrażenia Jana Filipa Libickiego, przez Korwina - Mikkego. Cała scena, w wersji opisanej przez Gazetę Wyborczą, mogłaby być żywcem sceną z "South Parku". W tym serialu słodkie chłopaki na pewno podałyby swe tłuściutkie łapki Wojewódzkiemu, a patos nieodzowny w sytuacjach, gdy walczy się o godność byłby obnażony i wyśmiany bezwzględnie - już widzę kreskówkowego chłopczyka na wózku, który domaga się, aby ktoś  przeprosił "wszystkich niepełnosprawnych paraolimpijczyków, niepełnosprawnych sportowców oraz wszystkie osoby niepełnosprawne, które poczuły się obrażone wpisem z jego blogu."

Oczywiście można się nabijać z wszystkiego, można przesuwać granice, ale czy naprawdę wszyscy musimy mieszkać w "South Park"? Nie można w Cicely na Alasce?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi