Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Blog > Komentarze do wpisu

won’t you buy me a Mercedes Benz

Po dwumiesięcznym pobycie w Warszawie i Wielkim Wyjeździe na Węgry wróciłam do rytmu comiesięcznych podróży do Poznania. Podróży!? Odysei, tułaczki, która przy tym tempie wydłużania czasu dojazdu przez PKP niedługo będzie trwała więcej, niż podróż koleją transsyberyjską, że sobie pozwolę na takie wyświechtane porównanie.

Kupiłam sobie bilet podróżnika, który ma bardzo adekwatną do mojej sytuacji nazwę, a do niego miejscówkę na pierwszą klasę do pociągu do Warszawy - tam miałam się przesiadać na pociąg do Poznania.

Po powrocie do domu udaliśmy się z dziennikarzem muzycznym na obiadokolację połączoną z rendez-vous, które przeciągnęły się na tyle, że postanowiłam pojechać nocnym Przemyślaninem. Po przyjeździe na dworzec kupiłam kolejną miejscówkę na pierwszą klasę, wodę mineralną i udałam się na peron, z którego powinien był odjeżdżać mój pociąg, ale nie było go tam, za to były dwa inne - do Gdyni i Wiednia oraz duża ilość sokistów, których obecność radykalnie zmniejszyła moje poczucie bezpieczeństwa. 

Przemyślanin, poprzedzony wędrówką ludów poinformowanych o zmianie peronu, wjechał  z półgodzinnym opóźnieniem i poszłam szukać swojego miejsca w tym pociągu. Ku mojemu zaskoczeniu miałam cały przedział dla siebie, co wyjątkowo nie wzbudziło mojego entuzjazmu. Socjopatia socjopatią, ale całonocną podróż lepiej spędzić w przedziale z ludźmi - parą taterników, nauczycielkami, a nawet mamą z nadaktywnym trzylatkiem. Gdy tak stałam w przedziale i zastanawiałam się jak żyć, do przedziału wbiło dwóch chłopaków, w tym jeden z piercingowym ADHD na twarzy i w Russian English zapytali mnie, czy mówię po angielsku. Kiedy potwierdziłam, zapytali mnie, czy to ten pociąg, na który mają bilety, a ja w Ponglish wyjaśniłam im, że owszem i gdzie mają miejsca. Gdy poszli, nadal trwałam w niezdecydowaniu (rozsiadać się czy szukać miejsca gdzieś indziej) i moment mej zadumy wykorzystał mężczyzna zapytując mnie, po polsku, czy mówię po polsku, po niemiecku czy po angielsku. Kiedy przyznałam się do znajomości wszystkich tych języków zapytał mnie, czy to ten pociąg, na który ma bilet, a ja po polsku wyjaśniłam mu, że owszem i gdzie ma miejsce. Odchodząc wyraził podziw dla faktu, że znam trzy języki i wyraził przypuszczenie, że pracuję na uczelni. Aha, na uniwersytecie życia.

Postanowiłam, że do Gliwic dojadę w swoim przedziale, na Śląsku na pewno się ktoś dosiądzie, a jak nie, to ja dosiądę się do kogoś. I faktycznie, w Gliwicach do przedziału weszło trzech mężczyzn - jeden czterdziestoparoletni i dwóch młodszych od niego o połowę. Zanim się dobrze rozsiedli to się rozpachnili i nawet nie musieli mówić, że są bezdomni, poczułam to od pierwszej sekundy.

Starszy gość rozsiadł się wygodnie i puścił wiązankę pod adresem nieobecnej konduktorki, która chwilę wcześniej wypisała całej trójce bilety kredytowe.

- Głupie babsko - powiedział w podsumowaniu - na takie dokumenty, jakie jej pokazałem, nawet najgłupszy policjant by się nie nabrał.

I uspokoił swoich towarzyszy, że nie zamierza za ten bilet płacić, czego i im nie zaleca. Następnie panowie omówili kwestię sklepów monopolowych w Poznaniu, że jest chujowo i koło dworca nic nie ma i przenieśli swoją uwagę na mnie. Przez kilka lat pracy jako kurator społeczny wypracowałam sobie zestaw min, tonów i półsłówek pod hasłem "radzę dobrze nie zaczepiaj mnie", a dzięki ich implementacji panowie uznali swoje własne towarzystwo za atrakcyjniejsze od mojego. Mnie zaś pozostała do rozstrzygnięcia kwestia znalezienia odpowiedniego momentu do opuszczenia przedziału (siedziałam przy oknie).

Starszy z współtowarzyszy mej podróży opowiadał o kolorowym życiu bezdomnego w Niemczech. Tam nie jest tak badziewnie jak w Polsce. Siedzisz sobie z kubkiem na kasę pod sklepem i nie, że zbierasz na tanie wino, nie po lewej ręce masz bowiem piwko, wódeczkę i łiskacza. A zbierasz na hotel i prostytutkę, czyli na to, czego bezdomnemu najbardziej potrzeba. Opowiadał jeszcze o tym, że poszedł parę miesięcy temu po buty do organizacji pomagającej bezdomnym. Kobita chciała mu dać nike, ale on nie lubi miękkich butów, więc powiedział, że są za wąskie i wreszcie dostał martensy. I faktycznie miał na nogach dziesiątki z żółtą nitką.

W okolicach Kędzierzyna Koźla dwóch panów postanowiło się odświeżyć i udali się do toalet. Uznałam to za dobry moment, aby wziąć swoją czerwoną walizkę i zmykać. Szłam przez swój wagon pierwszej klasy szukając pary taterników, ale nic z tego - albo całe przedziały zapchane, albo zachlane, albo zaspane na całej długości siedzeń. W toalecie kolejnego wagonu palono marihuanę i w końcu znalazłam przedział wypełniony śpiącymi kobietami, do którego się dosiadłam. Była to już druga klasa, ale co robić, gdy w twoim przedziale pierwszej jadą bezdomni na biletach kredytowych.

Droga powrotna przebiegła bez zakłóceń - pociąg via Łódź ukołysał mnie do snu i pozwolił odespać krajowe i zagraniczne wojaże. Nie do tego stopnie jednak, abym nie zaspała nieco w poniedziałek rano - obudzona o 8.10 nie zdążyłam na pociąg o 8.32.

Na szczęście złapałam ten z 8.14. God bless PKP.

środa, 28 listopada 2012, tennesee

Polecane wpisy