Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Blog > Komentarze do wpisu

po trzydziestce

W ubiegłym tygodniu w pracy odbyły się potrójne urodziny. Dwie jeszcze dwudziestokilkulatki i ja dostałyśmy prezenty. Mnie w udziale przypadło "Pięćdziesiąt twarzy Grey'a", chciałoby się napisać - w języku Shakespeare'a, choć nie jestem pewna, czy William byłby z tego zadowolony. Zupełnie się nie spodziewałam jakichkolwiek uroczystości, więc autentycznie się wzruszyłam.

Jedna z ubiegłotygodniowych jubliatek zaprosiła nas w dniu swoich urodzin na rumuńskie wino, więc zamiast jak na prawdziwego leminga przystało (czy istnieje zgrabna forma żeńska leminga, bo leminżyca jakoś nie wygląda?) iść na zumbę, udałam się trzy piętra wyżej spożywać kolektywnie alkohol. Czego się nie zrobi dla zdrowia koleżanki pracy i wzmacniania team spirit?

W tych szczytnych celach siedziałam parę godzin na podłodze pokoju hotelowego pijąc wino rumuńskie, białe półsłodkie, a następnie wino chilijskie, czerwone wytrawne, a następnie czystą colę i wreszcie odmawiając drinka z polską wódką, a także dając się wodzić na pokuszenie paczce chipsów Lays paprykowych. Gdy tak siedziałam wśród całkiem sympatycznych ludzi, trochę sobie z nimi żartując, przez chwilę bawiłam się całkiem dobrze. Podobnie wczoraj, kiedy to oblewałam czyiś awans społeczny osiągnięty dzięki świeżemu wyższemu wykształceniu - było mi miło. No właśnie - miło, ale nie ekscytująco, cały czas dręczyło mnie poczucie bycia za ścianą. I gdy tak wracałam tuż przed północą przez Warszawę (poniewczasie, czyli w 1/3 drogi przypominając sobie, że wobec ostatnich prób napadów oraz informacjach o kradzieżach czy pobiciach to jednak jest niebezpieczne i obiecując sobie na przyszłość brać taksówkę) przyszło mi do głowy, że może ta trudność w relacjach z ludźmi niejedną ma przyczynę.

Raz, że ostatnio naprawdę bardzo rzadko zdarza mi się naprawdę zaangażować w kontakt z ludźmi, zwłaszcza takimi, którzy nie są moimi znajomymi od lat i z którymi nie wiąże mnie sieć zależności czy inna gęstwina wspomnień. Czy to kwestia dorosłości, czy tego że tak naprawdę przyjaźnię się teraz z dziennikarzem muzycznym i Facebookiem, czy może rozsądku i w związku z tym rezerwy wobec obcych w sumie ludzi - tak czy owak moje kontakty społeczne są jakoś zamrożone. Ale może, skoro od jakiegoś pół roku czuję się dorosła, tak właśnie ma być.

Po wtóre, przypomniałam sobie tych kilkadziesiąt warszawskich wieczorów spędzonych na piciu wina i paleniu fajek, w różnych konfiguracjach towarzyskich, że zawsze wszystko to niesamowicie zbliżało ludzi, prowokowało wyznania i poczucie wspólnoty. I że to wszystko nie było nieprawdziwe, ale traciło aktualność, gdy skończyło się wspólne bieganie do monopolu, przytrzymywanie włosów podczas wymiotowania i leczenie kaca.

Po trzecie, zastanawiam się jaki wpływ ma aktualna praca, polegająca na uzupełnianiu tabelek. Znajomy informatyk opowiadał niedawno, że gdy dużo programuje, to traci umiejętność nawiązywanie emocjonalnych relacji, zaczyna mieć z relacje z ludźmi traktować zadaniowo. Moje tabelki to nie to samo, ale może coś jest na rzeczy.

Po czwarte, zaczęłam się zastanawiać co się wydarzy, kiedy poczuję z jakimiś ludźmi ogromną przyjacielską więź. Skoro nie zdarzyło się mi to od dawna, to na ile będzie to mocne, determinujące przeżycie. I czy jest możliwe w tych warunkach, kiedy dla wszystkich, ze sobą samymi ma się tak mało czasu, że po prostu odhacza się kolejne rubryczki w checkliście. W przeczytanych niedawno wywiadach Agnieszki Dorotkiewicz "Jeszcze dzisiaj nie usiadłam" prof. Roch Sulima pięknie i bardzo prawdziwie mówił o tym, że do prawdziwego kontaktu z drugim człowiekiem brakuje nam bezinteresowności. I nie chodzi tu o "interesowność" jako załatwianie czegoś, tylko właśnie taki moment zawieszenia, braku przymusu, kiedy może tworzyć się prawdziwa więź.

Ciekawe, czy to jeszcze możliwe.

środa, 26 września 2012, tennesee

Polecane wpisy