Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Blog > Komentarze do wpisu

rzeczy

Nie wierzę w reinkarnację, choć to ciekawa koncepcja i przy całej beznadziei pomysłu, że trzeba wszystkie złe rzeczy przeżywać na nowo, daje przynajmniej szansę na naprawienie błędów. Przerażająca jest natomiast wizja, że zapłacę za wszystkie niechcący zdeptane mrówki, ze złością zgniecione komary albo za tego ślimaka, którego w bardzo wczesnym dzieciństwie potraktowałam jako paletę malarską. Jeżeli reinkarnacja miałaby mi przynieść podobny los, to uprzejmie dziękuję. Ale jeżeli jest prawdą, że wszystko do człowieka wraca, to chcę, żeby zbiorczo wróciły do mnie rzeczy, które zgubiłam.

Nie wiem, czy gubię więcej niż przeciętny człowiek, czy po prostu dobra pamięć każe mi zapamiętywać wiele takich utrat, ale niektóre, nawet bardzo stare - bolą bardzo.

I tak: na ósme urodziny dostałam od koleżanki długopis z elektronicznym zegarkiem. Zgubiłam go w klasie następnego dnia i wpadłam potem w taką histerię, że cała klasa padła wraz ze mną na kolana celem (bezskutecznych) poszukiwań.

Albo góralski portfelik, z niewielką zawartością, pozostawiony na drugim piętrze w hallu w moim liceum. Zostawiłam go na początku przerwy i po kilku minutach go nie było.

I łańcuszek złoty, który kiedyś założyłam do szkoły, bo mi się ładnie komponował z czerwonym, sweterkiem. Powierzyłam go na czas wf opiece koleżanki, która nie ćwiczyła i zapomniałam się zgłosić do niej po zajęciach. Zrobiłam to dopiero po następnej lekcji, a ona powiedziała, że zostawiła go na parapecie w szatni. Rzecz jasna go tam nie było. Ta koleżanka to w ogóle była ciekawa osoba, taka raczej posiedzieć, niż postać, bo ciągle ładowała się w dziwne sytuacje, miała młodszego chłopaka, z którym z braku lokalu okazywali sobie miłość w piwnicy, a jej brat uciekł do Niemiec, bo ukrywał się przed mafią. Nie była za ładna a wysoka ani odrobinę, a na studiach zaczęła pracować jako fotomodelka i zarabiała na tym na tyle dobrze, że stać ją było na wynajęcie mieszkania z dużą ilością luster. Mam tylko nadzieję, że łańcuszek od babci się na  te zdjęcia nie załapał.

Stracone szaliki trudno zebrać, ale: łososiowy padł ofiarą wkładania do rękawa "żeby nie zgubić" i wypadł z tegoż rękawa, gdy w biegu wychodziłam z Empiku na Placu Wolności. Chwilę później spotkałam uroczego kolegę, który wtedy jeszcze nie był w Chinach, na Islandii, w Gwatemali, Hiszpanii, na Kubie ni w RPA, tylko wracał wzburzony z Muzeum Martyrologicznego w Żabikowie i opowiedział mi, że ekspozycja jest żenująco słaba. Czarny szalik zaginął podobnie (rękaw!) w Brovarii, kiedy byłam na baaardzo nieudanej randce, którą chętnie bym włożyła w scenariusz komedii romantycznej, takiej raczej do śmiania się niż do romantyzmu. I był jeszcze taki szalik wełniany, w krateczkę, popielaty i nadzwyczaj elegancki, który został w autobusie do Ciechocinka, gdzie z babcią J. i ojcem odwiedzaliśmy ciocię Danusię i jej chłopaka Icchaka. Dzwoniłam nawet do przewoźnika, ale szalik gwizdnął pewnie już jakiś Maxi Kaz. Dostałam wtedy w prezencie od cioci dwa polary i jadłam ciasto miodowo - orzechowe. W maju ubiegłego roku, gdy czekałam na odpowiedzi w sprawie korpoprac, poszłam z koleżanką na kawę i plotki - wtedy gdzieś na krakowskim rynku przepadł szal czerwono - różowy, opalizujący. Mam nadzieję, że komuś dobrze służy.

Prezenty od ojca to osobna kategoria. Nie wiem, jak można zgubić Biblię Tysiąclecia, z dedykacją, otrzymaną na komunię. Dedykacja i sakralne okoliczności są tu nieistotne, ale to jest bardzo solidny Buch. Przeszukałam wszystkie mieszkania, w których w międzyczasie udało mi się zagnieździć, a Biblii od roku, jak nie było tak nie ma.

Pióro Waterman. Niebieskie, bardzo eleganckie, prezent na supersłodkie 17- naste urodziny. Podczas organizacji dnia szkocko - irlandzkiego pozostawione na chwilę bez nadzoru w auli szkolnej. No i te kolczyki, które dostałam w prezencie jak zdałam cywila dwójkę. Poszliśmy wtedy z ojcem do Starego Browaru i nogi same zaprowadziły nas do Kruka. Kupiliśmy wtedy srebrne kolczyki, w kształcie prostokątów, z cyrkoniami. Zakładałam je potem na każdy egzamin i ubierając się przed obroną pracy magisterskiej w panice zaczęłam ich szukać. Nie było w szkatułce z cepelii, ani w puszcze po ciastkach, ani na szafce, ani w odkurzaczu i na ostatnim na studiach egzaminie musiałam poradzić sobie sama. Zaginione kolczyki to jeszcze brązowe bursztyny oraz jeden od pary.

Do strat bardzo bolesnych należy zaliczyć także chusteczkę z monogramem, która tkwiła w kieszeni granatowej marynarki, która to marynarka z nieporóżnionymi kieszeniami wylądowała w kontenerze PCK i bilet na koncert w operze, który zdobyła dla mnie mama, a który wylądował w książce do muzyki. Książka do muzyki została w klasie, a ja przed wyjściem na koncert zorientowałam się, że raczej nic z tego. Odwiedziono mnie na szczęście od pomysłu włamywania się do szkoły.

Trudno zliczyć długopisy, rękawiczki, czapki, klucze, słuchawki do walkmana/ telefonu (ostatnie chyba pojechały autobusem do Koszalina). Rzadko natomiast gubię książki. Jedyne co przychodzi mi do głowy to Listy do Olgi pozostawione w kawiarni w Lesku. No i nie wiem, gdzie jest mój Mistrz i Małgorzata, ale rzeczy zagubione i takie, które nie wiem, gdzie są, to odmienne kategorie.

Najbardziej w tej reinkarnacji boję się tego, że jak wrócę na ten świat kiedyś jako bezkręgowiec, to znajdę te wszystkie rzeczy, a one na nic mi się nie przydadzą.

poniedziałek, 05 marca 2012, tennesee

Polecane wpisy