Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Blog > Komentarze do wpisu

Bracia Carl i Gustav Jung

W poniedziałek obejrzałam Little Miss Sunshine, zaś wczoraj wreszcie Once. Pierwszy film przegapiłam i nie miałam świadomości jego istnienia, na drugi zaś bardzo chciałam iść, ale bałam się, że jest za smutny i w końcu ani w kinie, ani nigdzie indziej nie obejrzałam, aż do 24 maja 2011 r. Nie jest smutny, przeciwnie, to piękny film - przede wszystkim o marzeniach i złośliwie można by napisać, że też o tym, że chodniki w Dublinie są tak równe, że można prowadzić po nich odkurzacz.

Po obejrzeniu obu filmów doszłam do wniosku, że czasem w życiu tak się składa, że wszystko następuje we właściwym czasie. Wyjdzie się z domu i sekwencja zdarzeń okaże się idealna, tramwaje zgrają się ze sobą i pozwolą na korzystne przesiadki, wyczyta się coś w gazecie a potem zapytają o to podczas interviev, albo czyjś status w serwisie społecznościowym pomoże zdać ważny egzamin. Tak bywa. Tym razem obejrzenie Once i Little Miss Sunshine pozwala na dobry wstęp do wpisu o mojej licealnej polonistce.

Polonistka przypominała wtedy Olive, tyle, że nie marzyła od dziecka o zostaniu najpiękniejszą kobietą Ameryki, tylko o nauczaniu języka polskiego. Była dobrym przykładem na to, że niektóre dziecięce marzenia nigdy nie powinny były się spełnić.

Nieporozumienia między naszą klasą a panią pedagog nie wynikły tylko z tego, że części z nas przeszkadzało jej dyktowanie wszystkiego z fioletowego zeszyciku oraz porządkowanie uczuć Romea do Julii w tabelkach. Zresztą ten styl nauczania literatury ma swoje zalety, zapewne zwłaszcza w technikach czy klasach informatycznych, gdzie grupy nie interesuje duch tej literatury i łatwiej im się jest nauczyć tych romantycznych farmazonów z tabelki, zamiast czytać ciągły, archaiczny i co gorsza nieregularnie rymowany tekst. Problem naszej klasy polegał na tym, że była ona zgrają indywidualistów, kompletnie nie zgraną, ambitną i bezczelną, a pani polonistka miała lat 25, sprawiała wrażenie jakby była już człowiekiem w pełni ukształtowanym i jak teraz o niej myślę to wydaje mi się że jednak miała lat 50. Piekielnie się nas bała i ten strach starała się ukrywać pod płaszczykiem surowości i jasnych zasad, na przykład polegających na tym, że oceny semestralne wystawiała precyzyjnie ze średniej.

Ponieważ niestety byłą też naszą wychowawczynią to erupcje jej złego nastroju, powodowanego bezradnością, dotyczyły nas tym bardziej. Miernikiem jej niezadowolenia był kolor szminki - im czerwieńsze usta mocno kontrastujące z mlecznobiałą skórą pokrytą trądzikiem, tym humor gorszy i tym większych cięgów mogliśmy się spodziewać. Ja sama byłam wobec niej dość bezczelna i często mi się obrywało. Mimo swojej niezbyt wielkiej wiedzy była ona bowiem w stanie zgasić każdego, odpytując prześmiewczo przed całą klasą ze swojego fioletowego zeszyciku z tabelkami.

Byłam przerażona wizją tego, że ona właśnie będzie oceniała moją maturę i wtedy właśnie niebiosa zesłały nam cud. Cud życia. Pani polonistka zaszła w ciążę. Zniknęła w połowie października klasy maturalnej, nie miała na tyle odwagi, żeby stanąć przed swoją klasą i powiedzieć, że jej teraz nie będzie i tak przez dwa miesiące nie mieliśmy polonistki. A potem zdarzył się cud kolejny, bo zaczęła ją zastępować jej własna polonistka z liceum. Doświadczona, o ogromnych horyzontach, prawdziwa humanistka! Już nie było segregowania w tabelki, na zaliczenie Borowskiego nie trzeba było po przecinku wymieniać rodzajów poniżeń stosowanych w obozach koncentracyjnych ani pisać kartkówek z Pana Tadeusza (Jak dojechał Tadeusz na polowanie? Klasa odpowiedziała: Konno. Właściwa odpowiedź: Spóźniony). I moja matura była niezagrożona.

Wszystkie te złośliwości i schematyczność w myśleniu nie są jednak tak barwne jak jej urocze wpadki. O punkcie kulminacyjnym już wspominałam. Kiedyś koleżanka stała pod tablicą o odpowiadała z Dziadów.

- Konrad ofiarował się za naród - powiedziała.

- Co? - dopytała polonistka.

- Poświęcił się dla Polski - tłumaczy się zdezorientowana uczennica.

- No dobrze, kim zatem był Konrad? - zapytała zniecierpliwiona polonistka.

- Altruistą - koleżanka czuła, że stąpa po grzęzawisku.

- Nie! On był... (z drugiej strony milczenie) No o... (Klasa patrzy z wytrzeszczem)... o.... (koleżanka - o...) o... (klasa - o...) OFIARNIKIEM!

I koleżanka odmaszerowała z tróją, bo nie wiedziała, że tego właśnie słowa wymaga od niej fioletowy zeszyt.

Jedną z najlepiej zapamiętanych przez nas lekcji było wprowadzenie do XX - lecia międzywojennego. Przedstawiając nam tło epoki pani polonistka zdołała przekręcić nazwisko Wagnera opowiadając o psychoanalizie słusznie wyszła od Freuda, ale potem podyktowała z fioletowego zeszyciku, że koncepcję wiedeńskiego psychiatry rozwijali jego uczniowie, bracia Carl i Gustav Jung.

Nie bez kozery zaczęłam dzisiaj od Once i Little Miss Sunshine. Mieliśmy bowiem też lekcję o powieści modernistycznej i jej rozwoju. Jednym z przywoływanych przykładów była powieść Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, której narrator nadgryza magdalenkę, której smak powoduje ciąg skojarzeń i wspomnień, jak wędrował ulicami Dublina.

Nie przepadaliśmy za polonistką, ale i zemsta była słodka. Dosłownie. Pod jej nieobecność przez większość klasy maturalnej naszym wychowawcą był fizyk i honoris causa - germanistka. Oboje przyszli do nas na wręczenie świadectw i dostali w prezencie książkę Daviesa (fizyk) oraz biżuterię (germanistka). W ostatniej chwili okazało się, że pojawi się także polonistka, która dwa miesiące wcześniej porodziła syna. Nie mogliśmy przyjąć jej z pustymi rękami, tak hojnie obdarowując resztę. Poszliśmy do pobliskiego kiosku, kupiliśmy bombonierkę Goplany, zawinęliśmy w biały papier pakowy. Na kokardkę kasy nam już nie stykło.

środa, 25 maja 2011, tennesee

Polecane wpisy