Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Blog > Komentarze do wpisu

Mam na imię Earl

Nie jestem zbyt dobra w networkingu.

Straszną frajdę sprawia mi znajdowanie połączeń między ludźmi, wszelkich koneksji, formalnych, rodzinnych, towarzyskich i miłosnych powiązań. Lubię odkrywać z kimś wspólnych znajomych, albo nawet odkrywać, że ktoś inny z kimś innym takich ma. To nie jest trudne, bo pamięć do zdarzeń i okoliczności dla mojego życia trzeciorzędnych mam gigantyczną.

Na studiach na przykład pamiętałam bez trudu terminy egzaminów moich znajomych, w tym te terminy z których się wypisali. Pamiętałam ich oceny, a bywało że pytania. Żeby z taką samą lekkością szło mi zapamiętywanie instytucji prawnych, przesłanek wznowienia postępowania czy warunków zostania małym świadkiem koronnym, to teraz biegałabym być może w todze z zielonym kołnierzem zagiętym na 13 kontrafałd.

Tak więc pamiętam różne wydarzenia z życia innych ludzi, ich daty urodzin, zainteresowania, powiązania między nimi. Ba, czasem w zrywie odwagi zdarza się mi wysłać komuś coś, co go potencjalnie będzie interesowało - link do filmiku, artykułu, czy oferty pracy.

Mam zatem potencjał do tego, żeby tworzyć net. But it doesn't works. Bo cóż z tego, że ja o tycb różnych ludziach pamiętam, skoro daję o sobie zapomnieć. Czasem nawet mi się wydaje, że moi bliscy muszą mieć dużo determinacji, żeby tymi bliskimi być. To nie przypominanie o sobie, nie dzwonienie, nie pisanie, to ciągła historia o tym, że będę mogła zrobić coś fajnego dla siebie czy innych (wysłać kartkę, wyjść do knajpy, urządzić imprezę, dać z rozmysłem prezent), jeżeli spełnię jakieś warunki. A warunki te potrafią być tak wielostopniowe i nawarstwione, że wiadomo, że ni ch...olery spełnić się ich nie da.

Mam sporo takich przyjaciół, którzy cieszą się niezwykłą umiejętnością utrzymywania kontaktów. Zrobię od czasu do czasu jakąś imprezkę, na urodziny wyślą nie tylko sms, ale i pocztówkę, dbają o spotkania, pokażą mailem zbiorówką zdjęcia z wakacji, albo będą autentycznie przeżywać narodziny cudzych dzieci. Zawsze mnie to wzrusza.

Jeszcze bardziej dziwi umiejętność efektywnego networkingu u tych ludzi, którzy ani nie są uroczy, ani sympatyczni, ani porywająco inteligentni. Potrafią jednak utrzymywać kontakty, puszczać w niepamięć urazy i mieć co najmniej poprawne relacje z mnóstwem ludzi.

Niestety moja dobra pamięć, to też pamięć złych rzeczy. I to nie tylko tych złych, które ktoś zrobił mnie, ale także tych, które ja zrobiłam innym. W pierwszym przypadku po prostu schładzam relacje i swoją pełną szlachetnej urazy postawą demonstruję swemu adwersarzowi, jak marnym jest puchem. Lub ewentualnie powiem kilka serdecznych słów, takich, po których nie ma już czego zbierać.

Natomiast jeżeli to ja coś spieprzę, to sprawa jest cokolwiek gorsza. Sypanie głowy popiołem nie przychodzi mi łatwo, jak już wyciągnę rękę i przyznam się do błędu, to bywa za późno. No lekko nie jest.

Nauczona przykładem Earla postanowiłam zrobić listę osób, którym coś wiszę. Tak uczciwie pisząc, to na tej liście na pierwszych kilku miejscach powinnam być ja, bo wiszę sobie kilka tysięcy dni, które powinny być wesołe a były smutne, rozwijanie zainteresowań i zgodę na pasje, zaangażowanie w życie studencko - towarzyskie i pokonywanie wyzwań zamiast przeżywania dramatów.

Ale wychylając nos poza egocentrum: jest lista. Obejmuje ona 40 nazwisk, od błędów całkiem aktualnych, po bardzo stare. Od przewin naprawdę solidnych, kiedy wiem, że kogoś zawiodłam, po drobiazgi, jak nie odpisanie na maila albo nie napisanie, że nie będzie mnie na imprezie. Zresztą kto wie, czy takie małe grzeszki nie ranią innych równie mocno, jak wielkie krzywdy.

Jeszcze nie wiem, co zrobić z tymi wszystkimi osobami. Jak na przykład wynagrodzić stratę pewnej starszej pani, której mój ojciec przed swoim wyjazdem do USA powiedział, że będę ją odwiedzać, a ja tego ani razu nie zrobiłam. Ojciec, dodajmy, wyjechał tam w 1991 roku. Albo też, jak mam zadośćuczynić koleżance, za którą nie przepadam szczególnie, ale która okazuje mi strasznie dużo sympatii i zainteresowania, a nawet wysyła mi życzenia imieninowe, zaś ja ją ignoruję koncertowo. Albo też co zrobić ze znajomą, która pewnego lata przynosiła mi kilogramy owoców, a ja się nie odwdzięczyłam nic a nic, chyba żeby liczyć, że nauczyłam ją jak jeść groszek.

Ech, w przerwach szukania pracy i pisania recenzji przyjdzie mi jeszcze nad tą listą podumać. Mam tylko nadzieję, że to odkupywanie win nie zawiedzie mnie, tak jak Earla, do więzienia.

poniedziałek, 21 marca 2011, tennesee

Polecane wpisy