Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Blog > Komentarze do wpisu

niby luty, a tu smutek tropików

W czerwcu poznałam człowieka o aparycji efeba. Był śliczny, chłopięcą, gejowską, lekko wyuzdaną urodą, był bezczelny, bezczelnością dwudziestolatka, który ma świat u swoich stóp. Był też pełen pogardy dla ludzi, którzy nie mogli mu pomóc we wspinaniu się na szczyt. Wybitnie uzdolniony i bezwględny karierowicz w stylu Zuckerberga.

W czasie, gdy z nim jeszcze rozmawiałam a on uznawał mnie za osobę wartą konwersacji, podczas jednej z pogawędek popatrzył na mnie zza swoich hipsterskich (hipsterowskich?) okularów i powiedział "Widzę, że strasznie się ze sobą męczysz. Jest na to sposób - trzeba uczynić, ze swojego życia happening. Ja tak zrobiłem i jestem szczęśliwy."

Z tym szczęściem chyba trochę przesadził, ale rozumiem, że warszawkowy sznyt i korporacyjny lans wymagają tego, żeby być bardzo szczęśliwym, radować się koksem i ostrymi facetami.

W każdym razie ja postanowiłam go posłuchać. Uczynienie ze swojego życia happeningu okazało się je faktycznie nieco ułatwiać. Trzeba przyjmować role, które do Ciebie przychodzą i oddać się im bez reszty. A więc rola zakochanej bez pamięci nastolatki, porzucającej miejski moloch na rzecz magii spokojniejszego miasta zmęczonej kobiety, pustelniczki, kury domowej. Zgodnie z metodą Stanislawskiego odgrywałam role z oddaniem i byłam w nich tym lepsza, że wynikały z prawdziwych potrzeb i chęci. Choć nie zawsze moich.

Moje życie jako happening do pewnego momentu bardzo mnie uszczęślwiało, ale od kilku tygodni już raczej nie bardzo. Więc postanowiłam podejść do sprawy metodycznie i w dzisiejszy lekko skacowany poranek sprawdziłam, czy może robię coś niezgodnego ze sztuką happeningu. Ciotka Wikipedia powiedziała, że "Happening (z ang. "dzianie się", "zdarzenie") to zorganizowane wydarzenie o charakterze artystycznym, ograniczone czasowo, mające swoją dramaturgię, tworzącą logiczną lub nie narrację, lub jako zestaw znaków: haseł, obrazów, gestów, przedmiotów, postaci w przestrzeni."

Wydarzenie jest, ograniczenie czasowe także (przecież kiedyś umrę), dramturgii nie brakuje, narracja totalnie nielogiczna, są hasła i postulaty, niejeden gest, przez przestrzeń przewijają się liczne postaci. Są także interakcje z widzami. Happening pełną gębą, powinnam ze szczęścia rzygać tęczą.

I tak se pomyślałam, że pomysł efeba nie jest zły, tylko w mojej interpretacji jego dobrej rady zabrakło jednego elementu. Zapomniałam o bardzo ważnej, kluczowej w całym przedsięwzięciu postaci, bez której projekt: happening się nie powiedzie.

Bo choćbym nie wiem jak bardzo w tej trzydziestej zimie życia uciekała przed odpowiedzialnością, to jeżeli chcę, żeby poziom mojego happeningu był dobry, to w sztuce tej musi być reżyser. I to muszę być ja.

 

niedziela, 13 lutego 2011, tennesee

Polecane wpisy

Komentarze
2011/02/22 09:09:23
Głowa do góry! Wiosna idzie!
-
tennesee
2011/02/22 16:56:08
Dzięki za słowa otuchy i powodzenia w projekcie życzę! Czy aby nie jest za zimno ciągle w tej samej koszuli?
A co do wiosny:

mrokiiuroki.blox.pl/2010/03/wiosennie-bardzo-brzydko-i-w-zasadzie-pozytywnie.html