Nie skaczę na główkę, tylko się przyglądam. Nie pędzę do przodu, tylko obserwuję. Bycie poza głównym nurtem bywa trudne, ale daje ogromną przestrzeń do przemyśleń.
Blog > Komentarze do wpisu

Projekt: Sylwester czyli Love Actually

Pojutrze Sylwester. Obowiązkowa napinka przy okazji tego przełomowego wydarzenia jest trochę absurdalna. Trzeba coś robić, trzeba gdzieś pójść, trzeba się wystroić i trzeba się napić. Oczywiście bywa i tak, że na imprezy w innych terminach też nie ma się ochoty iść, ale tu obowiązkowość świętowania dotyczy wszystkich, za wyjątkiem niemowląt może.

Jakoś tak się składa, że najlepsze, najbardziej epickie imprezy w moim życiu, to nigdy nie był Sylwester. Zwykle powitanie nowego roku uskuteczniam na domówkach, raz byłam na maratonie filmowym (widziałam wtedy m. in. Królową), kiedyś z moim najbardziej byłym chłopakiem świętowaliśmy w Krapaczu i najlepiej z całego beznadziejnego wyjazdu pamiętam wciąganie tabaki i to, że Putin został premierem Rosji, pamiętam jeszcze takiego sylwestra, kiedy z mężem mojej mamy graliśmy w szachy i jedliśmy smażone przez mamę pączki. Rok temu byłam na pierwszym od kilkunastu lat Sylwestrze bez alkoholu a za to z grami planszowymi. I choć dobrze się co do zasady na tych sylwestrach bawię, to nie bardzo odpowiadają one stereotypowemu wyobrażeniu szampańskiej zabawy.

Dwa lata temu Sylwestra spędziłam u D. Były same samotne dziewczyny, dużo jedzenia, muzyka women power, Psota - pies D., także płci żeńskiej i filmy. Sylwester sostał zapamiętany głównei dlatego, że podczas oglądania Lejdis jedna z koleżanek postanowiła się na chwilę położyć na wielkim łóżku w sypialni. Po godzinie i ja stwierdziłam, że się zdrzemnę. Podeszłam do tego łoża, stanęłam nad nim i zaczęlam wypatrywać kolezanki. A że było tam naprawdę ciemno, a ja dotknięta byłam prawdziwym zmęczeniem - nie mogłam jej znaleźć. Więc na wszelki wypadek, aby jej nie obudzić, ani nie zrobić krzywdy położyłam się w stopach tego łóżka. Po kilku godzinach, gdy reszta towarzystwa weszła do pokoju i zostałyśmy obudzone, koleżanka spojrzała na mnie ze zdziwieniem i mówi:

- Ojej to Ty! A ja myślałam, że to Psota i nawet Cię poklepałam, jak się położyłaś!

W Nowym Roku oglądałyśmy Love Actually. Bardzo lubię ten film, bo kiedyś wygrałam na niego bilety, więc siłą rzeczy kojarzy mi się dobrze. Oglądam do kilka razy do roku, bo jest zabawny, gra tam plejada pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn.

Gdyby jednak zastanowić się głębiej, to film ten już na poziomie zabiegów formalnych przestawia atomizację brytyjskiego społeczeństwa, małostkowość polityków, którzy dla swoich miłostek są gotowi poświęcić interes państwa, rozpad rodziny dotkniętej chorobami i zdradą, dramat dzieci, które ulegają łatwym zaquroczeniom pozostając pod presją popkultury, fakt, że mężczyźni wolą kobiety zimne i wyrachowane od serdecznych, kochających i oddanych oraz dwie smutne historie o poświęceniu.

Porzucając na chwilę te mroczne rozważania, trzeba przyznać, że film czasem warto obejrzeć. Choćby dla tej sceny:

 

 

środa, 29 grudnia 2010, tennesee

Polecane wpisy

Komentarze
wi72
2010/12/29 21:35:54
muszę obejrzeć ten film; jestem na bloxie od niedawna; fajny masz blog, więc pozwolisz, że będę na niego zaglądać i czasem coś powiem:)
-
tennesee
2010/12/30 11:53:54
Do komentowania i zaglądania na bloga oczywiście zapraszam :) A jeżeli chodzi o film, to całkiem przyjemna błyskotka, tylko broń Boże nie kieruj się moim opisem. To po prostu brytyjska, wielowątkowa komedia romantyczna!